rowery

stat

Norwegia zdobyta przez trójmiejską grupę SundayBikers

Migawki z wyprawy rowerowej przez Norwegię
Migawki z wyprawy rowerowej przez Norwegię fot. Sunday Bikers

Norwegia. Nasze pierwsze skojarzenie to fiordy, przyroda, czyste powietrze i wolność. Wolność pod postacią otwartych przestrzeni, na tle której zaplanowaliśmy tegoroczną wyprawę rowerową. Dziś wiemy, że była to dobra decyzja. Norwegia, jaką poznaliśmy, to niezwykle gościnne miejsce. To już nie czasy Wikingów, lecz spokój, uprzejmość i synonim piękna. Kraj ten ugościł nas tym, co w nim najlepsze, czyli ciszą, spokojem i bezpieczeństwem.



W połowie lipca zaczęła się nasza wyprawa rowerowa do tego niezwykle malowniczego kraju, jednakże początki planu sięgają kilku miesięcy wstecz. Wiedzieliśmy wtedy tylko dokąd chcemy jechać, a mianowicie do kraju, którego powierzchnia zbliżona jest do Polski, lecz w którym statystycznie na jednego mieszkańca przypada ponad dziewięć razy więcej kilometrów kwadratowych niż w naszym kraju. Po kilkunastu dniach spędzonych na logistycznym rozplanowaniu naszego wyjazdu wiedzieliśmy, że początkiem wyprawy będzie Trondheim, a końcem Oslo. Wiedzieliśmy też, że chcemy zobaczyć fiordy, wjechać na słynne Trollstigen oraz sprawdzić swoją kondycję na tak długiej trasie. Podczas wyjazdu byliśmy w 100% niezależni posiadaliśmy kuchnię polową w postaci gazowego palnika, menażkę, zapas jedzenia i namiot. Całość zaplanowanej wyprawy zakładała przejechanie dystansu 1200 km po drogach asfaltowych. Czy nam się udało? Czy napotkaliśmy po drodze jakieś trudności? A może wyprawa nas rozczarowała?

Zapraszamy do relacji z wyprawy trójmiejskiej grupy SundayBikers :

Nasza przygoda rowerowa w Norwegii zaczęła się od złożenia rowerów na lotnisku w Trondheim, które opuściliśmy spakowani i gotowi do drogi po godzinie 1:00 w nocy. Po przejechaniu 6 km znaleźliśmy idealne miejsce na pierwszy nocleg. Spędziliśmy go pod gołym niebem rozkładając jedynie karimaty w wysokiej trawie i zasnęliśmy wtuleni w śpiwory. Pierwszy raz doświadczyliśmy białej nocy. O godzinie 3:00 było jasno jak w dzień i tylko księżyc na niebie i wskazówki na tarczach zegarków informowały nas o porze dnia/nocy.

Wiedzieliśmy, że by zdążyć na samolot powrotny musimy pokonywać dziennie średnio 100 km. Jadąc po płaskich Żuławach, które mieszkając w Gdańsku są nam bardzo bliskie, trasę dzienną można planować na podstawie dystansu. Jeżdżąc w górzystym kraju nie jest to już takie proste. Staraliśmy trzymać się tego założenia przez kolejne dni, lecz nie zawsze było to wykonalne.

Drugiego dnia, a może lepiej byłoby powiedzieć pierwszego dnia wyprawy, pokonaliśmy dystans ponad 100 km. Przez cały dzień towarzyszyła nam piękna, słoneczna pogoda, przy której liczniki niemalże same nabijały kilometry. Jako, że rano na stacji benzynowej udało nam się znaleźć gaz do naszego palnika, to zgodnie z planem obiad mogliśmy przygotować w dowolnym miejscu. Ładna pogoda towarzyszyła nam przez cały dzień. O godzinie 19:30 w jednej z miejscowości termometr wskazywał 35°C. W takiej temperaturze bardzo potrzebna jest woda. Na szczęście w całej Norwegii można bez obaw pić wodę z większości strumieni, jezior, rzek i wodospadów, więc gdy nasze zapasy wody kończyły się, a w pobliżu nie było jak jej zdobyć, ratunkiem byli mieszkańcy, którzy nigdy nie odmówili nam napełnienia bidonów, czy to z ogrodowego węża, czy z kranu. Za każdym razem zresztą żartując - "ciepła czy zimna?".

Migawki z wyprawy rowerowej przez Norwegię
Migawki z wyprawy rowerowej przez Norwegię fot. Sunday Bikers


Kolejnego dnia Norwegia przywitała nas typową skandynawską pogodą. Byliśmy zmuszeni ubrać ochraniacze na buty, spodnie i kurtki przeciwdeszczowe. Na szczęście deszcz padał z przerwami i jeszcze tego samego dnia mieliśmy okazję wykąpać się w fiordzie. Tego dnia po raz pierwszy na wyjeździe przeprawialiśmy się promem. Przeprawa z Halsy trwała 30 minut, podczas niej ponownie uzupełniliśmy zapas wody i ogrzaliśmy się pod pokładem. Po zejściu z promu, znowu się rozpadało. Znaleźliśmy wiatę przystankową w miejscowości Oydegard, w której przygotowaliśmy obiad, wypiliśmy herbatę i zregenerowaliśmy siły. Gdy byliśmy już gotowi do drogi na przystanek podjechał samochód. Był to początek jednej z naszych większych "przygód" na tym wyjeździe. Kierowca łamaną angielszczyzną zapytał, czy nie jesteśmy głodni, czy chcemy kawy i czy nam nie zimno. Był niezmiernie zdziwiony naszą odpowiedzią, że właśnie zjedliśmy obiad, wypiliśmy gorącą herbatę i szykujemy się do dalszej drogi. Jego odpowiedź była jednak krótka i brzmiała: "zapraszam Was do swojego domu, wypijecie herbatę i ogrzejecie się - jeździe za mną!"

Nie mogliśmy odmówić, nie co dzień słyszy się takie zaproszenie. Norwegowie ugościli nas truskawkami, kawą i herbatą; spędziliśmy bardzo miły wieczór na rozmowie - począwszy od polityki, po pracę, skończywszy na tym, w jaki sposób spędzamy wolny czas. Nasi gospodarze okazali wyraźnie zaskoczeni, gdy powiedzieliśmy, że nie przyjechaliśmy pracować w Norwegii, lecz zwiedzić ich kraj na rowerach w ramach wakacji. Zyskaliśmy tym w ich oczach do tego stopnia, że zaproponowali nam nocleg i śniadanie! Noc spędziliśmy w obszernej ogrodowej altanie z drewnianą podłogą, z dostępem do łazienki w domu przez całą dobę. Następny dzień zaczęliśmy o godzinie 8:00 od wspomnianego śniadania - sadzone jajko z bekonem, świeże domowe bułeczki, łosoś, kawa, soki, dżemy i cała masa innych pyszności szybko napełniła nasze brzuchy. Nie zwracaliśmy już uwagi na deszcz za oknem. Spakowaliśmy się, ubraliśmy odpowiednio do pogody i po zrobieniu pamiątkowego zdjęcia ruszyliśmy w stronę Isfjorden, gdzie tego dnia na nasz namiot czekała idealnie skoszona trawa. Zanim jednak rozbiliśmy się na tak przygotowanej połaci zieleni musieliśmy zmierzyć się z wciąż deszczową aurą oraz leśnymi skrótami. W końcu wszyscy jechaliśmy na rowerach MTB, więc trzeba było choć odrobinę odskoczyć od asfaltu. Mniej więcej na 40tym kilometrze trasy, gdy za miejscówkę naszego drugiego śniadania posłużył nam wiadukt, a właściwie miejsce pod nim, dając nam idealne schronienie przed deszczem, Kędzior posmutniał. Posmutniał to raczej złe określenie, lekko przeklął i wyraźnie poirytowany zastygł w milczeniu, trzymając swoją ukochaną dwukołową maszynę... "pękła mi rama" - oznajmił.

Migawki z wyprawy rowerowej przez Norwegię
Migawki z wyprawy rowerowej przez Norwegię fot. Sunday Bikers


Faktycznie, rama pękła w miejscu w którym wchodzi sztyca. Byliśmy na początku wyprawy, na każdych wyjazdach zawsze trzymaliśmy się razem, tak wiec tym razem nie mogło być inaczej. Gdy emocje opadły, wykonaliśmy telefon ratunkowy do serwisu rowerowego Rock And Road, który wspierał technicznie naszą wyprawę, aby uzyskać poradę. Finalnie skończyło się na podmianie sztycy Kędziora ze sztycą Radka (która była dłuższa), podmianie siodełka i kontynuowaniu jazdy. W czasie postoju techniczno-regeneracyjnego pod wiadukt podjechała ciężarówka, z której wysiadł Bjørn, czyli Norweg, który ugościł nas poprzedniej nocy. Ucięliśmy sobie miłą pogawędkę i ruszyliśmy każdy w swoją stronę. Tego dnia sporą część trasy jechaliśmy wzdłuż fiordów, które musieliśmy objechać, gdyż w tym miejscu nie było przepraw promowych. Podczas objazdu trzeciego z nich wybił setny kilometr przejechany tego dnia. Oznaczało to czas szukania miejsca na nocleg. W Norwegii okolice fiordów są gęsto zaludnione, dlatego też znalezienie miejsca na rozbicie namiotu, które według norweskiego prawa musi znajdować się 150 m od zabudowań, nie było łatwe. Finalnie miejsce na nocleg tego wieczoru znalazł Kędzior, który to zapukał do jednego domu z pytaniem: "Czy możemy rozbić się na Państwa trawniku?". Odpowiedź uzyskaliśmy błyskawicznie: "nie ma problemu, zapraszamy, proszę sobie wybrać dogodne miejsce, a gdybyście potrzebowali wody, zapukajcie". W ten oto sposób rozbiliśmy namiot na pięknie skoszonej trawie, na kolację zjedliśmy gainera i poszliśmy spać.
Czwarty dzień naszego pobytu w Norwegii, to zgodnie z planem wielka atrakcja tego kraju - Trollstigen. Droga otwarta w 1936 roku, to 11 serpentyn zakręcających pod kątem 180°, której podjazd zaczyna się z parkingu na wysokości 300 m n.p.m. poprzez punkt widokowy na 700 m n.p.m. i kończy finalnym wjazdem na ponad 800 m n.p.m. Słynne jedenaście serpentyn pokonaliśmy w 47 minut, po tym czasie zaparkowaliśmy nasze dzielne rumaki z sakwami na punkcie widokowym, robiąc sobie obowiązkową sesję zdjęciową. Co dziwne, większość napotkanych ludzi, którzy oczywiście drogę pokonują samochodami lub autokarami nie jedzie wyżej, lecz zjeżdża w dół tą samą drogą. Podczas wjazdu motywowały nas "okejki", które wynurzały się z okien mijających nas samochodów. Nasza trasa nie zakładała jednak jazdy dwa razy tym samym odcinkiem, czekała nas jeszcze wspinaczka na finalne 852 m n.p.m. Zbliżając się na ostatnie wzniesienie tego dnia dostrzegliśmy trzech rowerzystów, którzy jechali z naprzeciwka i zatrzymali się na przerwę. Będąc około 20 metrów przed nimi usłyszeliśmy z ich gardeł Hymn Polski. Biało czerwone flagi powiewające na naszych rowerach nie dawały wątpliwości skąd przyjechaliśmy, co wychwyciło sprawne około naszych rowerowych pobratymców, którzy w bardzo miły sposób powitali nas na górze. Rowerowi bracia jechali z Bergen do Trondheim, również podróżowali z sakwami, a noce spędzali na dziko pod nieboskłonem. Doszliśmy wspólnie do wniosku, że tylko Polacy robią takie rzeczy. Nasze organizmy nie mogły jednak stygnąć w nieskończoność, więc po krótkiej rozmowie ruszyliśmy w wyznaczonych kierunkach. Kolejnym etapem naszej trasy był zjazd. Zjazd trwał 30 km. W trakcie drogi w dół zatrzymaliśmy się na obiad i odpoczynek. Po uzupełnieniu braków energetycznych kontynuowaliśmy trasę i finalnie zjechaliśmy do brzegu fiordu, gdzie przeprawiliśmy się promem do miejscowości Stranda. Noc spędziliśmy śpiąc nad rzeką nieopodal drogi.

Migawki z wyprawy rowerowej przez Norwegię
Migawki z wyprawy rowerowej przez Norwegię fot. Sunday Bikers


Czwartkowy poranek przywitał nas deszczem. Kuba wykorzystał moment bez deszczu, na szybką kąpiel w lodowatej rzece. Śniadanie zjedliśmy jedną nogą będąc w namiocie, chroniąc się w ten sposób od deszczu. Pakowanie sakw i składanie namiotu nie było proste przy takiej pogodzie. Nasz trzyosobowy namiot, który pożyczyła nam Harcerska Baza Obozowa Wygonin, podzieliliśmy pomiędzy siebie tak, aby w miarę równomiernie rozłożyć ciężar. Tropik, mokry tego dnia, przysparzał dodatkowych kilogramów, lecz jest to coś, z czym trzeba się liczyć na wyprawie rowerowej. Rozpogodziło się dopiero około godziny 17: 00, po raz kolejny doceniliśmy ubrania przeciwdeszczowe, które po przyczepieniu do sakw schły w błyskawicznym tempie. Wyjątkowo krótki dzień, krótki pod względem dostarczonych atrakcji, zakończyliśmy za miejscowością Stryn, gdzie tym razem Kuba wybrał miejsce na nocleg. Było to jedno z piękniejszych miejsc noclegowych podczas tego wyjazdu. Objazd tunelu odsłonił przed nami maleńką polankę na skraju klifu z miejscem na ognisko. Widząc to nie chcieliśmy jechać dalej, mimo iż dzienny dystans pokazywał dopiero 80 kilometrów. Tego wieczoru ponownie zauważyliśmy jak jesteśmy zgrani. Bardzo ważną kwestią wyprawy, jest zgranie uczestników. Szczególnie, gdy trzeba na siebie liczyć oraz gdy nie ma czasu na kłótnie i spory. Każdego wieczoru bez żadnego rozkazu dzieliliśmy między siebie zadania jakie mieliśmy do wykonania. Z reguły w pojedynkę lub we dwóch rozbijaliśmy namiot, trzeci z nas w tym czasie albo przygotowywał posiłek, albo zbierał drewno na ognisko. Nie inaczej było tego wieczoru. Po kilkunastu minutach mieliśmy rozstawiony namiot, gotową kolację oraz rozpalone ognisko, przy którym suszyliśmy rowerowe koszulki oraz trochę przemoczone buty SPD. W oczekiwaniu na piękny poranny widok udaliśmy się do krainy snów.

Przez kolejne dni mogliśmy zapomnieć o ubraniach przeciwdeszczowych. Warto wspomnieć, że poza obowiązkowym ubraniem na wypadek deszczu warto zadbać o solidne sakwy rowerowe. Na tym wyjeździe mieliśmy przyjemność testować sakwy MSX, które faktycznie są w 100% nieprzemakalne. Możemy polecić je z czystym sumieniem, nie zawiodły nas ani razu! Gdy powróciło słońce i wysokie temperatury dobrze chroniły żywność jaką w nich przewoziliśmy, dając lekki chłód w środku. Tego dnia po porannym objechaniu jednego z fiordów stanęliśmy u podnóża kolejnego podjazdu, który jak się wkrótce miało okazać był dla nas dużo większym wyzwaniem niż Trollstigen. Podjazd w okolicach miejscowości Re zaczął się na wysokości 10 m n.p.m. i skończył na 640 m n.p.m. bez wielkiego parkingu i punktu widokowego, z mniejszą ilością serpentyn, był przez to bardziej stromy. Podjazd ten podjechaliśmy bez zająknięcia, nie robiąc sobie żadnej przerwy, co musimy dziś przyznać, nie było zbyt mądre. Nasze stawy kolanowe wyraźnie odczuły ten odcinek, o czym przypominały przez kilka kolejnych dni. Po przejechaniu 80 km tego dnia dojechaliśmy do końca jeziora Jolstravatnet w stronę Sogndal, na końcu którego znajdował się tunel. Niestety akurat jeden z tych, które w Norwegii nie są przejezdne dla rowerów. Przed wyjazdem trasa była planowana w oparciu o  internetowe mapy tuneli w Norwegii , na których faktycznie tunel na naszej trasie nie był przejezdny. Cóż błędy się zdarzają jednak nie skupialiśmy się na tym "dlaczego się tutaj znaleźliśmy", lecz na poszukiwaniu rozwiązania zaistniałej sytuacji. Rozwiązania, jakie przychodziły nam na myśl były trzy: jechać mimo zakazu, iść tunelem i prowadzić rowery, czy może złapać stopa.

Migawki z wyprawy rowerowej przez Norwegię
Migawki z wyprawy rowerowej przez Norwegię fot. Sunday Bikers


Demokratyczną większością głosów skłanialiśmy się do ostatniej opcji. Samochód, którego szukaliśmy musiał być na tyle pakowny, by pomieścić nas oraz nasze rowery. Ruch na tej trasie nie był duży, gdy byliśmy już nieco zrezygnowani powiedzieliśmy sobie, że czekamy jeszcze trzy samochody. Szczęście się do nas uśmiechnęło. Zatrzymał się kamper na fińskich rejestracjach. Nim zdążyliśmy wytłumaczyć, w jakiej sytuacji się znaleźliśmy, że przez ostatnie 40 km nie było żadnego oznakowania, a teraz stoimy przed takim oto tunelem, kierowca wysiadł z samochodu i pakował nasze rowery na dach auta. Sakwy zabraliśmy z sobą do środka ciepłego samochodu. Po drugiej stronie góry pogoda była diametralnie różna. Gdy tylko wysiedliśmy z samochodu musieliśmy natychmiast się ubrać. Długie spodnie, polar, wiatrówka, Radek ubrał nawet zimową czapkę z windstoperem pod kask! Jechaliśmy doliną, było późno i zimno. Noc spędziliśmy na punkcie widokowym, gdzie pomiędzy ławkami na drobnych kamieniach rozstawiliśmy nasz namiot. Los sprzyjał nam jednak i w tym miejscu. Na parkingu znajdowała się toaleta, w której była duża umywalka i ciepła woda. Poza prysznicem mogliśmy również zrobić drobne pranie.

Następne dni to początek wczesnego wstawania. Im dalej na południe tym noce są coraz ciemniejsze i nie można już komfortowo pedałować wieczorami. Ciężko było nam przestawić swoje organizmy na wcześniejsze wstawanie. Otwieraliśmy oczy o 8:30 wyjeżdżając niestety jak zawsze, czyli w okolicach 10:30-11:00.

Norwegia, którą poznaliśmy podzielić można na kilka owocowych regionów. Z początku mijaliśmy wiele krzewów porzeczek, malin, a także sady z jabłkami i pola truskawek. Zapach soczystych malin, które równie często co na plantacjach rosną dziko, wymuszały kilka postojów niezwiązanych z uzupełnieniem wody czy posiłkiem, do których przywykliśmy przez kilka ostatnich dni. Nie skorzystać jednak z malinowej przyjemności byłoby grzechem, w końcu nie samym pedałowaniem człowiek żyje.

W niedzielny poranek 20.07.2014 przetarliśmy oczy ze zdumieniem patrząc się na ośnieżone szczyty norweskich fiordów. Atrakcją były także trzy owce, które zaciekawione trzema rowerzystami z Polski postanowiły zbadać wszystko, co ze sobą przywieźliśmy. Ten dzień zaczęliśmy od solidnego podjazdu na 950 m n.p.m., na szczycie którego czekał na nas (tym razem w pełni namacalny) śnieg. Największy niedowiarek, czyli Kuba musiał sprawdzić czy biała masa obok nas to na pewno to, o czym myśli. W końcu był lipiec, na niebie palące słońce, co potwierdzał nasz strój i opalenizna na tzw. "rowerzystę". W pięknych okolicznościach przyrody dobiliśmy do 97 km tego dnia, trafiając na miejsce idealne na nocleg. Mała polanka, z miejscem na ognisko i rzeką Espelandselvi, która, jako że przepływała przez dwa jeziora, nie była zimna, co pozwoliło nam się w pełni zrelaksować.

Migawki z wyprawy rowerowej przez Norwegię
Migawki z wyprawy rowerowej przez Norwegię fot. Sunday Bikers


Przestawianie organizmu nie jest rzeczą prostą. Szczególnie dla Króla Drzemek, który następnego poranka budząc się o godzinie 7:30, przestawił budzik na... godzinę później. W efekcie Radek obudził się o 10:00, a nad nim była już tylko sypialnia. Chłopaki zdążyli spakować tropik i swoje rzeczy. Tomasz tradycyjnie zdążył już przygotować kawę i owsiankę, którą wręczył Radkowi leżącemu w swym śpiworze. "Uwielbiam atmosferę, jaka między nami panuje; to, że się nie spinamy, że możemy na siebie liczyć i przede wszystkim czerpać z tego wszystkiego ogromną radochę." - powiedział Radek.

Mówią, że w przyrodzie ważna jest równowaga, dlatego my kolejny dzień zaczęliśmy od zjazdu, który zaprowadził nas wprost do Hardangerbrua. Najdłuższego wiszącego mostu w Norwegii, trzeciego w Europie i jednocześnie jednego z dziesięciu najdłuższych mostów na świecie. Ma długość 1380 m, a droga znajduje się 55 m nad wodą. Most zrobił na nas duże wrażenie, a jeszcze bardziej ścieżka pieszo-rowerowa, która bezpiecznie przeprowadziła nas na jego drugi kraniec. Na przygotowanie drugiego śniadania wybraliśmy niewielki port w Eidfiord. Miasteczko liczące niespełna tysiąc mieszkańców jest miejscem cumowania i uzupełniania zapasów potężnych pasażerskich statków wycieczkowych, z basenami, salami tanecznymi i własnymi rowerami, którymi spragnieni ruchu pasażerowie mogą pojeździć na lądzie. Właśnie taką wycieczkę ponad 40 rowerzystów mieliśmy na ogonie przez kilka kilometrów w drodze do Mabo. Kolejna piękna droga wzdłuż fiordu doprowadziła nas do tabliczki informującej, że za 15 km skończy się droga dla rowerów. Po szybkiej analizie mapy papierowej i elektronicznej z niezwykłym zaciekawieniem podążaliśmy dalej. Mapy pokazywały kilka serpentyn, które dosłownie tworzyły spiralę.

Od Ovre Eidfiord podążaliśmy trasą ekstremalnego triathlonu, którego napisy na asfalcie motywowały Nas do jeszcze mocniejszego naciskania na pedały i targania naszych maszyn wraz z sakwami coraz wyżej. Gdy w końcu dojechaliśmy do tabliczki informującej o zamknięciu drogi nie mogliśmy zrozumieć o co dokładnie chodzi. Informacja na tabliczce nie była jednoznaczna. Jak się okazało ostrzeżenia były spowodowane osuwającymi się kamieniami ze skał na odcinku niespełna 200 metrów. Po raz kolejny zobaczyliśmy, jak kraj dba o rowerzystów. Serpentyny, które widzieliśmy na mapie były nową drogą, tunelem wydrążonym w skale! My jechaliśmy starą droga, objeżdżając nowoczesne, zamknięte dla rowerzystów tunele. Po raz kolejny stara samochodowa droga nie była zniszczona czy zaniedbana, lecz wykorzystano i dostosowano ją właśnie dla dwóch kółek, dzięki temu bezpiecznie mogliśmy wjechać na sam szczyt, 1250 m n.p.m. Była to najwyższa wysokość na jaką wdrapaliśmy się na tym wyjeździe. Na górze jedyna droga, która przecinała góry, poprowadzona była pomiędzy tyczkami, które zimą są torem dla odśnieżarek. Po obu stronach po horyzont widoczny był jedynie bezkres, którego nikt z nas nigdy wcześniej nie doświadczył. Była godzina 20:00, a my wciąż byliśmy grubo ponad 1000 m n.p.m. i o ile miejsca na rozbicie namiotu było mnóstwo, bo wszędzie były polanki, pitna woda, o tyle ilość komarów była nie do zniesienia. Zatrzymanie się na dłużej niż 4 sekundy skutkowała kilkoma ukąszeniami i chmurą owadów nad głową. Jedynie turyści w kamperach mogli swobodnie "biwakować", my musieliśmy zjechać niżej. Rozbiliśmy namiot tuż przed północą, za miastem Haugastol 1000 m n.p.m., gdzie z sąsiedniego jeziora wybija potężne źródło wody.

Migawki z wyprawy rowerowej przez Norwegię
Migawki z wyprawy rowerowej przez Norwegię fot. Sunday Bikers


Tego dnia zrodziło się powiedzenie, które już na stałe weszło do kanonu SundayBikers, a którego autorem jest Radek. Brzmi ono: "Panowie, wyczuwam niezły zjazd".

Wszystko spowodowane było niedokładnym ocenieniem trasy, szybkim rzutem oka na gps, na którym wyświetlana trasa miała zaznaczone końce podjazdów i zjazdów. Błąd w ocenie trasy sprawił, że wszyscy liczyliśmy na zjazd, z serpentynami i muchami odbijającymi się od okularów. W rzeczywistości pedałowaliśmy pod górę, wylewając litry potu na asfalt.
Lubimy zjazdy, zawsze mówimy, że zjazd jest nagrodą. Od nagrody właśnie zaczynamy kolejny dzień. Przez prawie 80 km zjeżdżaliśmy. Przyjemnie? Na początku tak. Szczególnie, że z nieba lał się żar i temperatura sięgała ponad 30 °C. Cieszyliśmy się, że nie musimy cisnąć pod górę. Jednakże po kilkunastu kilometrach, gdy nasze nogi nie musiały praktycznie w ogóle się ruszać robiło się nieco... nudno. Nie narzekaliśmy i znaleźliśmy dobrą stronę tej sytuacji. Długi zjazd pozwolił nam zaoszczędzić siły na podjazd na wysokość 850 m n.p.m., gdzie ostatecznie rozbiliśmy swój mały obóz na przydrożnym parkingu. Do dyspozycji mieliśmy drewnianą ławkę ze stołem, miejsce na ognisko oraz kosz na śmieci. Nie było tylko wody, lecz byliśmy przygotowani. Posiadaliśmy łącznie 6 bidonów 0.7 l wody, co wystarczyło nam na przygotowanie kolacji oraz śniadania, ba! nawet wystarczało na umycie zębów.

Podróżowanie jest przyjemne, zmienianie miejsca noclegowego również, lecz mimo wszystko po 11 dniach nieustanego pedałowania człowiek ma w głowie małą, maluteńką myśl, że chciałby trochę odpocząć. Pobyczyć się na zielonej trawie lub w fiordzie z zimnym piwem w ręku. Pedałując przez Norwegię wykorzystywaliśmy nasz urlop. Zamiast leżeć w Egipcie i sączyć drinka z palemką nad brzegiem basenu wybraliśmy taką, a nie inną formę wypoczynku. Jednakże zaplanowaliśmy, uwaga, dwa dni nicnierobienia :D Szaleństwo, wiemy ;) Zanim jednak nastało niewinne lenistwo czekał nas kolejny stu kilometrowy odcinek, na każdą nagrodę trzeba zasłużyć. Tego dnia każdy z nas miał przed oczyma łazienkę i krzesło, na którym można będzie usiąść i się oprzeć. Naszym celem była miejscowość Hov, w której mieszkają nasi przyjaciele - Michał i Paula. Jeśli mamy być szczerzy to nie pamiętamy szczegółów tego dnia. W pamięć zapadł nam obiad, który spożyliśmy tuż przy drodze asfaltowej, którą podążaliśmy. Pamiętamy, że był cień i to nam wystarczyło. Ugotowaliśmy wodę, którą zalaliśmy obiady liofilizowane. Odczekaliśmy 10 minut, zjedliśmy, Kuba pojechał na stację benzynową po coca-colę i naładowani energią ruszyliśmy dalej. O godzinie 19:30 byliśmy na miejscu, dużo wcześniej niż zakładaliśmy.

Goszcząc w Hov mieliśmy przyjemność zwiedzić lokalną piekarnię, w której produkuje się słynne na cały kraj ciastka Lefse. Poznaliśmy cały proces produkcji, od składników, przez maszyny, dekorowanie, pakowanie, na magazynowaniu skończywszy. Każdy z nas inaczej to sobie wyobrażał. Było to pomieszanie niczym z  programów "Jak to jest zrobione" lecz bez pulchnego Pana piekarza formującego ręcznie każdy pączek.

Migawki z wyprawy rowerowej przez Norwegię
Migawki z wyprawy rowerowej przez Norwegię fot. Sunday Bikers


Jeden dzień lenistwa sprawia, że już wieczorem chcieliśmy wsiadać na rowery, cierpliwie jednak doczekaliśmy poranka. Pożegnaliśmy się z Paulą i Michałem, którzy swą gościnnością doprowadziliby do adopcji naszej trójki. By więc nie sprawiać kłopotu ruszyliśmy dalej. Kolejnym celem naszej rowerowej wyprawy była miejscowość Eidsvoll, gdzie czekali na nas Jola i Kuba. Wpierw jednak musieliśmy wkręcić się na obroty, po całym dniu nic nierobienia, potrzebowaliśmy na to ponad 10 km. Od kolejnego byczenia się dzieliło nas 120 km. Udało nam się skrócić trasę korzystając z przeprawy promowej. Finalnie pokonaliśmy 100 km, meldując się o godzinie 19:00 pod drzwiami naszych przyjaciół. Cieszyliśmy się bardzo, że udało nam się połączyć wyprawę rowerową z odwiedzinami u znajomych. Gdy prawie daliśmy adoptować się po raz drugi, Kuba powiedział: "To w jakim kraju mamy jeszcze znajomych? Takie wyprawowanie bardzo mi się podoba ;)".

Od początku wyprawy żartowaliśmy, że cały czas wracamy do domu. Było to prawdą, z każdym dniem przybliżaliśmy się do lotniska Gardermoen, z którego opuściliśmy przepiękną Norwegię. Na lotnisko dostaliśmy się nie inaczej jak rowerami, w końcu jak wyprawa rowerowa, to do samego końca. W drodze powrotnej gościliśmy na pokładzie linii Norwegian, która to nie wymagała od nas składania rowerów do kartonu. Było to głównym powodem wybrania tych linii, gdyż nasze kartony porzuciliśmy 1200 km na północ od lotniska pod Oslo i nie chcieliśmy tracić czasu na kombinowanie kartonów tuż przed wylotem. Jedyne, czego od nas wymagano to przekręcenie kierownicy, odkręcenie siodełka i pedałów. Od siebie dodaliśmy jeszcze zabezpieczenie napędu kartonem. Następnie pełni obaw oddaliśmy nasze dzielne rumaki w ręce pracowników lotniska, kończąc wyprawę rowerową "SundayBikers uderzają na północ".

Podsumowanie:

Ciężko jest spisać relację z dwóch tygodni wyprawy. Z jednej strony można powiedzieć "nic się nie działo, cały dzień spędzałem na rowerze" z drugiej strony nie jest to prawdą - nie było przecież tak, że tylko jechaliśmy. Okoliczności przyrody, jakie mieliśmy zaszczyt oglądać, w jakich przebywaliśmy i jakie nas ugościły zasługują na udokumentowanie. Dlatego też zawsze opisujemy nasze przygody, robimy zdjęcia, a będąc w drodze co dzień wieczór uzupełniam pamiętnik podróży, by po powrocie do domu, gdy wpadnę w wir domowych, rodzinnych i zawodowych obowiązków można było odwzorować jak najwięcej. Nasza norweska przygoda, jak lubię nazywać ten wyjazd, w 100% spełniła moje oczekiwania. Trasę, którą przejechaliśmy mogę w 100% polecić, uważajcie tylko przy tunelach, które napotkaliśmy na trasie. Białe noce towarzyszyły nam przez ponad połowę wyprawy. Ceniliśmy je pod względem możliwości bezpiecznego pokonywania trasy, lecz musieliśmy pilnować się by spać i regenerować nasze organizmy na kolejne dni.

Dziękujemy sponsorom, patronom medialnym, partnerom oraz Prezydentowi Miasta Gdańska za pomoc w realizacji wyprawy!



GALERIA ZDJĘĆ

Statystyki wyprawy:

-Dystans rowerem: 1175 km
-Liczba dni na siodełku: 12
-Maksymalna wysokość: 1250 m n.p.m.
Ślad GPS trasy

Relacja pochodzi z bloga rowerowego SundayBikers
Też przeżyłeś ciekawą przygodę, odkryłe(a)ś nową trasę?
Podziel się wrażeniami z innymi, napisz do nas: rowery@trojmiasto.pl.
Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (19)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

wydarzenia - imprezy i szkolenia

+ dodaj

Porady rowerowe

zobacz więcej »

Szlaki rowerowe

Znajdź trasę rowerową

Turystyka rowerowa

zobacz więcej »