rowery

stat

Rowerowa wyprawa przez ogień i lód Islandii

Miesięczna wyprawa rowerowa przez Islandię


Legendarna wyspa "ognia i lodu" na północnym Atlantyku zachwyca potęgą przyrody. Trasa naszej miesięcznej wyprawy rowerowej wiodła przez ogromne bazaltowe wzgórza, rozległe pola lawy, przez wielkie lodowce i wulkany, a także wśród meandrujących rzek i grzmiących wodospadów. Ich piękno przedstawiamy w słowach, jak i kadrach, jednak to i tak nie to samo, co prawdziwa podróż.



Półwysep Reykjanes:

Półwysep Reykjanes przywitał nas wiejącym od morza zimnym i porywistym wiatrem. Pomimo wieczornej pory nie musieliśmy się zbytnio spieszyć - na tych szerokościach geograficznych słońce w czerwcu chowa się za horyzontem około północy, by wzejść 2-3 godziny później. Po ponad godzinie spędzonej na skręcaniu rowerów, przyczepek, pompowaniu kół, łapaniu odfruwającego bagażu oraz upychaniu ogromnych - jak nam się wtedy wydawało - ilości prowiantu do sakw, potoczyliśmy się w końcu powoli w stronę głównej drogi łączącej lotnisko z Reykjavikiem. Widok ciągnących się po horyzont, porośniętych mchami płaskich pól lawy, pustych, pozbawionych drzew oraz jakiejkolwiek innej ochrony przed wiatrem uświadomił nam w końcu, że Gdańsk został daleko za nami. Od powrotu dzieliły nas cztery tygodnie i kilka tysięcy kilometrów do przejechania. Zatem - nareszcie wakacje!
Wkrótce skręciliśmy z głównej drogi i przed północą rozbiliśmy namioty na zboczu pierwszego napotkanego przez nas wulkanu, tuż przed Grindavikiem.

Kolejny dzień upłynął nam na podróży asfaltem wzdłuż wybrzeża - pogoda nas wprost rozpieszczała, umożliwiając jazdę w krótkich spodniach a wiejący w plecy wiatr pozwalał trzymać równe 30 km/h po płaskim. Ruch samochodowy praktycznie nie występował, za to w oczy rzucały nam się wielkie ilości nowych dla nas ptaków oraz stada bardzo charakterystycznych islandzkich koni biegających po ciągnących się wzdłuż drogi ogromnych pastwiskach. Odbiliśmy kilka kilometrów na północ, by zwiedzić Krisuvik - aktywny geotermalnie rejon, pełen ogromnych ujść pary i kotłów z wrzącym błotem. Chodząc po wyznaczonym wśród wzgórz szlaku mieliśmy poczucie, że ziemia dosłownie gotuje się pod nami. Z natężeniem wrażeń optycznych konkurować mogło chyba jedynie natężenie smrodu - całą okolicę otulały wyziewy siarkowodoru.

Po kolejnej przerwie, poświęconej na zwiedzanie leżącego tuż nad brzegiem oceanu kościółka Strandakirkja (podobno słynącego z cudów), porzuciliśmy ostatecznie wybrzeże, by zanocować pod Selfoss i kolejnego dnia udać się w stronę Złotego Kręgu, zahaczając po drodze o niezbyt wielką, ale bardzo charakterystyczną kalderę wulkanu Kerið.

Islandia gościła nas przez cały miesiąc. Poznaliśmy jej różne oblicza, ale nadal nie możemy powiedzieć że widzieliśmy już wszystko.
Islandia gościła nas przez cały miesiąc. Poznaliśmy jej różne oblicza, ale nadal nie możemy powiedzieć że widzieliśmy już wszystko. fot. K&K


Złoty Krąg:

Rejon zwany Złotym Kręgiem, to turystyczne zagłębie wyspy. Nagromadzenie atrakcyjnych miejsc i bliskość stolicy sprawia, że jest to obowiązkowy punkt programu dla każdego odwiedzającego Islandię. Znajduje się tutaj dolina Þingvellir, bardzo ważne miejsce w historii islandzkiej państwowości. Postanowiliśmy jednak ją ominąć i zostawić jej zwiedzanie na podróż powrotną i  skierowaliśmy się wprost ku słynnym gejzerom Geysir i Strokkur - kilkunastometrowa fontanna wody wyrzucana przez ten drugi regularnie co kilka minut widoczna była już z daleka.

Kilka kilometrów dalej, wzdłuż drogi 35, czekał na nas ogromny, wyżłobiony przez rzekę wąwóz oraz potężny wodospad Gullfoss. Zostaliśmy tam parę godzin i wygoniło nas dopiero nadciągające oberwanie chmury, zmuszając do szybkiego znalezienia miejsca na rozbicie namiotów. Wieczór spędziliśmy nad mapą dyskutując nad dalszą trasą. Kusił nas rozpoczynający się w tym miejscu i wchodzący w interior szlak Kjölur (droga F35) ale nie mogliśmy nim jechać, gdyż chcieliśmy kierować się na wschód. Chcąc jechać asfaltem musielibyśmy się jednak wrócić ponad 30 km po własnych śladach do rozjazdu dróg, co średnio nam się uśmiechało. Ostatecznie podjęliśmy decyzję, by pojechać przez interior na wschód, skrótem przez góry, gdyż udało mi się wypatrzeć na mapie coś, co wyglądało na drogę.

Kto drogi prostuje ten w lesie nocuje...

To znane powiedzenie na Islandii nie ma racji bytu z prozaicznego powodu - trudno tam znaleźć drzewo, nie mówiąc już o całym lesie. Uspokojeni tym faktem cofnęliśmy się do najbliższego mostu i - zjechawszy z asfaltu - rozpoczęliśmy mozolną podróż przez wzgórza. Wczesnym popołudniem, zostawiając rowery i pokonując ostatni odcinek pieszo, dotarliśmy do wodospadu... Gullfoss. Tym razem byliśmy jednak po jego drugiej stronie - to samo miejsce, a jakże inne. Na stromym urwisku nie było nikogo poza nami, tłumy turystów i autokary zostały gdzieś daleko na drugim brzegu zaś Gullfoss prezentował nam cała swoją potęgę, a nie tylko profil. To z pewnością było doskonale wybrane miejsce na obiad.

Następnie ruszyliśmy wąską drogą pod górę i wkrótce interior pokazał nam, że łatwo nie będzie. Czasami pchaliśmy obładowane rowery na stromych, kamienistych podjazdach ale wysiłek rekompensowały nam widoki ośnieżonych wulkanów na horyzoncie i świadomość, że poza nami nie ma tu nikogo - ani zwierząt, ani ludzi. Tylko my, droga i cisza, która aż dzwoniła w uszach, gdy się zatrzymywaliśmy. No i od czasu do czasu brody. Do przeprawy przez pierwszą rzekę podchodziliśmy jak pies do jeża, kolejne szły nam już sprawniej, a dobry humor dopisywał - rzucaliśmy się nawet śnieżkami, bo gdzieniegdzie nadal leżał tu śnieg. Gdy jednak trafiliśmy na szeroką, wezbraną rzekę, przez którą w deszczu nosiliśmy sprzęt na raty brodząc po pas w wartkiej i lodowatej wodzie, stwierdziliśmy, że na ten dzień wystarczy wrażeń - rozbiliśmy się zaraz na drugim jej brzegu.

Kolejnego ranka mieliśmy się przekonać, dlaczego byliśmy tu jedynymi podróżnymi - nawet jeśli ktoś byłby w stanie przejechać terenowym samochodem te rzeki, to zatrzymałaby go ogromna, wysoka na 5-6 metrów, czapa śniegu i lodu pod którą znikała nasza droga. Tak tu wygląda koniec czerwca. Chcąc nie chcąc zabrałem się za wyrąbywanie w śniegu stopni, po których udało nam się wnieść cały sprzęt i przedostać na drugą stronę. Wkrótce po tym pokonaliśmy ostatni głęboki bród, by kawałek za nim spotkać pierwszego od dwóch dni człowieka- Islandczyka prowadzącego stado koni. Bardzo miło wspominam to spotkanie, tym bardziej, że doszło do niego tuż przy liczącym ponad 120 metrów wysokości wodospadzie Háifoss, który uznaję za najpiękniejszy jaki do tej pory widziałem i którego widok wynagrodził nam z nawiązką wszystkie trudy. Pamiętam też, że z zazdrością patrzyłem jak sprawnie i szybko poruszają się konie w tym terenie, podczas gdy my toczyliśmy się mozolnie po kamieniach. Koniec końców jednak dotoczyliśmy się do zrekonstruowanej chaty wikingów w Stöng, w pobliżu której spędziliśmy noc.

Islandia gościła nas przez cały miesiąc. Poznaliśmy jej różne oblicza, ale nadal nie możemy powiedzieć że widzieliśmy już wszystko.
Islandia gościła nas przez cały miesiąc. Poznaliśmy jej różne oblicza, ale nadal nie możemy powiedzieć że widzieliśmy już wszystko. fot. K&K


Kolory wulkanów:

Rankiem spotkaliśmy trójkę francuskich rowerzystów. Jak się okazało jedziemy w tym samym kierunku - naszym celem był Landmannalaugar, górzysty rejon w pobliżu wulkanu Hekla. Dotarliśmy tam po całodziennej podróży przez szutrowe i piaszczyste drogi z oznaczeniem F, czyli dostępne tylko dla samochodów terenowych z napędem 4x4. Tuż przed północą dojechaliśmy do znajdującego się u podnóży gór schroniska i pola namiotowego. Gorące źródło, prąd dostępny kilka godzin dziennie z baterii słonecznych, sklep w starym autobusie i przede wszystkim góry dookoła tworzyły fantastyczny klimat. Landmannalaugar to jedno z tych miejsc, które bardzo chcę odwiedzić jeszcze raz i tym razem zostać tam na dłużej, by pochodzić po górach z plecakiem. A góry są tam po prostu obłędne - biel śniegu, błękit nieba, czerń lawowych pół oraz riolitowe skały we wszystkich możliwych kolorach od brązu, żółci przez zieleń, błękit, purpurę aż do czerni - takiej kombinacji barw nie mają żadne inne góry na świecie.

Kolejny dzień zaczęliśmy od kilkugodzinnej wspinaczki na pobliski szczyt, aby popatrzeć z wysoka na te cuda natury. Spotkaliśmy też pierwszego Polaka, Piotra, który podarował nam kilka szczegółowych, a jemu już zbędnych, map. Wyjazd z  Landmannalaugar to kolejne rzeki i szutrowo-błotne drogi, które doprowadziły nas w końcu do ogromnej wulkanicznej szczeliny Eldgjá (dosłownie Szczelina Ognia). Na jej zwiedzenie i odpoczynek przy wodospadzie Ófærufoss poświęciliśmy kilka godzin.

Nie zawsze jednak było tak kolorowo. Chcąc dotrzeć do kolejnej atrakcji, którą postawiliśmy sobie za cel, musieliśmy zjechać do prowadzącej wokoło całej wyspy obwodnicy - drogi nr1. Im niżej, tym lepsze szutrowe drogi, wiec mogliśmy się w końcu rozpędzić. Mając już resztki energii w bateriach nie ładowanych od kilku dni dojechaliśmy do samotnego kościółka, gdzie schroniliśmy się do czasu podładowania akumulatorów. Na obwodnicy czekało na nas 25 km kompletnej nudy, czyli nocnej jazdy po prostej jak szyna drodze wytyczonej przez pozostałe po erupcji Laki monotonne pola lawy. Ponieważ poza drogą nie było tam nic, więc na kolacje zatrzymaliśmy się... po prostu na środku jezdni i zjedliśmy ją siedząc na asfalcie. I tak nic tą droga nie jeździło :)

Wkrótce też dotarliśmy do kempingu gdzie zostaliśmy dwie kolejne noce. Krzysiek Kochanowicz z powodu problemów z nogą postanowił zrobić sobie luźniejszy dzień, natomiast Kamila i ja spakowaliśmy tylko po jednej sakwie z podstawowym ekwipunkiem i postanowiliśmy się trochę skatować wycieczką do kraterów Laki. Dobrze, że pojechaliśmy na lekko - droga liczyła ok. 50 km w jedną stronę i przez większość czasu wyglądała jak górski szlak wyłożony brukiem... a następnie zbombardowany. Byłaby kompletnie nieprzejezdna dla rowerów z bagażem. Po drodze spotkaliśmy tylko kilka ciężkich terenowych samochodów - jadących niewiele szybciej od nas, za to w przeciwną stronę. Na miejscu czekał na nas krajobraz jak z Mordoru - czarna lawa, pył, puste i zimne kratery. Przejmująca cisza i przytłaczająca świadomość, że mająca tu miejsce 230 lat temu potężna erupcja zabiła ¼ ludności wyspy i przyczyniła się do śmierci kilku milionów ludzi na całym świecie. Ponieważ na miejsce dotarliśmy już późnym wieczorem, powrót zabrał nam większą część tak zwanej nocy. Mimo zmęczenia, końcowy odcinek po wjechaniu na asfalt pokonaliśmy utrzymując prędkość blisko 40 km/h - chyba motywowało nas jedzenie zostawione nam przez Krzyśka. Jedno jest pewne, cel osiągnęliśmy - udało nam się skatować i siebie i sprzęt :)



GALERIA ZDJĘĆ z Lodowca Vatnajökull fot. Krzysztof Kochanowicz

Lód:

Kolejne kilka dni spędziliśmy jadąc po obwodnicy, pomiędzy oceanem a gigantycznym lodowcem Vatnajökull. Zatrzymaliśmy się w Parku Narodowym Skaftafell, by obejrzeć słynny, otoczony bazaltowymi kolumnami wodospad Svartifoss, oraz spędzić cały dzień na lodowcu. Wyposażeni w raki, czekany, liny i śruby lodowe pod okiem przewodnika uczyliśmy się podstaw lodowej wspinaczki. Było to dla nas pierwsze w życiu wejście na lodowiec a potęga tego miejsca i głęboki błękit lodu wywarły na nas ogromne wrażenie.

Pogoda zwróciła się wkrótce przeciw nam i Islandia pokazała swoje mniej przyjazne oblicze. W zacinającym lodowatym deszczu i walcząc z wiatrem dojechaliśmy do Jökulsárlón - laguny, po której dryfują majestatycznie ogromne góry lodowe. Jeśli ktoś oglądał "Zabójczy Widok" z serii o Jamesie Bondzie, z pewnością kojarzy to miejsce. Kolejne kilometry, już za Höfn, to przewracający rowery wiatr, jazda wąską drogą między górami a wzburzonym oceanem i nocleg na klifie, u stóp którego rozbijały się ogromne fale. Przebijanie się pod wiatr w tempie piechura kosztowało nas już zbyt wiele czasu, więc gdy pojawiła się możliwość podjechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów autobusem do Egilsstaðir. Byliśmy jedynymi pasażerami i kierowca chyba się cieszył, że ma z kim porozmawiać - zasnęliśmy jednak bardzo szybko, bo autobus to było pierwsze od kilku dni ciche i ciepłe miejsce.

Tak daleko od stolicy, na wschodnim wybrzeżu, nawet główna droga nr 1 jest odcinkami szutrowa. I tak jednak jestem pod ogromnym wrażeniem, że kraj z tak małą liczbą mieszkańców i surowym klimatem jest w stanie utrzymać infrastrukturę drogową na tak ogromnym obszarze.

Prometeusz:

Od Egilsstaðir mieliśmy znów gładki asfalt obwodnicy i wiatr w plecy. Gnaliśmy więc bijąc kolejne rekordy prędkości na zjazdach i patrząc na rosnący na horyzoncie, ośnieżony i kwadratowy szczyt wulkanu Herðubreið - uznawanego za najpiękniejszą górę Islandii. Po dwóch dniach dojechaliśmy do Dettifoss - najpotężniejszego (choć wcale nie najwyższego) wodospadu Europy. Jego ujęcia otwierają film "Prometeusz" Ridleya Scotta, ale z bliska i na żywo robi jeszcze większe wrażenie. W tym też miejscu zgodnie z planem rozpoczęliśmy naszą przygodę z trasę F88, która wiedzie w głąb Interioru. Stojące na jej początku, trzykrotnie powtórzone znaki "uwaga brody", "wjazd tylko dla samochodów z napędem 4x4" i informacja, że najbliższa stacja paliw jest za 268 km, wyraźnie mówiły, że oto zaczyna się prawdziwa przygoda.

Askja, czyli perła Interioru:

Askja to mierząca 50 km2 kaldera wznosząca się na wysokość półtora kilometra w samym sercu wyspy, w środku której leży przykrywajcie krater spektakularne jezioro. Dotrzeć tam drogą można tylko przez kilka miesięcy w roku, a przebycie tej tras było moim głównym celem wyjazdu. Zaplanowałem, że w Interiorze spędzimy tydzień i na tyle zabraliśmy ze sobą prowiantu. Musieliśmy być samowystarczalni, gdyż tam, nawet w schroniskach, nie można kupić nic do jedzenia (można za to dostać uśmiech i jabłko, gdy ociekając deszczem przyjdzie się zapytać o drogę, ale to inna historia).

Przyzwoita szutrowa droga F88 szybko zmieniła się w nieznośną dla rowerzystów tarkę, która później ustąpiła miejsca wulkanicznym kolorowym pyłom, kamieniom i czarnej lawie. Nie rosło tu nic, co wystawałoby więcej niż kilka centymetrów nad ziemię. Dotarcie do Askji zajęło nam dwa dni - jechaliśmy z prędkością 10 km/h, czasem pchaliśmy rowery, przeprawialiśmy się przez brody w deszczu i wylewaliśmy wodę z namiotu, gdy oberwanie chmury chciało zmyć nas do rzeki. Wszystko to w cieniu góry Herðubreið, która wyglądała niesamowicie, będąc stale otoczona pierścieniem chmur.

Przed Askją dowiedziałem się ile prawdy jest w islandzkim powiedzeniu "jeśli nie podoba Ci się pogoda, poczekaj kilka minut." Osiem razy złapała nas ulewa, osiem razy świeciło słońce, krótka piaskowa burza prawie pozrzucała nas z rowerów a na koniec dostaliśmy jeszcze tęczę - wszystko to na ostatnich kilkunastu kilometrach drogi F910. Po dotarciu na miejsce szybko rozbiliśmy namiot, obkładając go kamieniami by nie odfrunął w wichurze i ruszyliśmy do kaldery. Tutaj bardzo pomogła nam jedna z dziewczyn prowadzących schronisko, która podrzuciła nas w jedną stronę samochodem, dzięki czemu udało nam się wrócić z gór jeszcze przed północą. Rozmiar kaldery, gdy już jest się w środku, jest wprost trudny do ogarnięcia- miałem wrażenie, że chodzimy wewnątrz lufy wielkiego, nabitego działa. Nie było to pewnie zbyt dalekie od prawdy - ostatnia erupcja miała tu miejsce raptem pół wieku temu. Obszar ten jest cały czas sejsmicznie aktywny a badania pokazują, że pod powierzchnią stale przybywa magmy.

Islandia gościła nas przez cały miesiąc. Poznaliśmy jej różne oblicza, ale nadal nie możemy powiedzieć że widzieliśmy już wszystko.
Islandia gościła nas przez cały miesiąc. Poznaliśmy jej różne oblicza, ale nadal nie możemy powiedzieć że widzieliśmy już wszystko. fot. K&K


Pustynia:

Tuż za Askją droga F910 wiedzie przez niegościnną pustynię. Od kolejnego schroniska dzieliło nas 125 km, co jak planowaliśmy powinno nam zająć trzy dni. Twardsze podłoże pojawia się dopiero w połowie tego dystansu, a wcześniej drobniejszy od piasku pył wulkaniczny sprawia, że jest to teren całkowicie nieprzejezdny dla rowerów. Przez kilkadziesiąt kilometrów nie ma też żadnego źródła wody. Zostawiliśmy służbom ratowniczym informacje dokąd zmierzamy, następnie podjechaliśmy obejrzeć Nautagil - kanion, w którym trenowali astronauci Apollo 11 przed swoją księżycową misją i ruszyliśmy po południu na pustynię. Ten etap podróży był dla nas niemal mistycznym przeżyciem i sprawił ogromną satysfakcję ale trzeba przyznać, że nie było to łatwe doświadczenie. Pierwszego dnia pokonaliśmy 30 km pchając obładowane rowery w piachu i pyle, który niesiony wiatrem wciskał się wszędzie. Wyprzedził nas jeden terenowy samochód - jadący nim ludzie najpierw upewnili się, że wiemy w co się pchamy a potem zgodzili się zabrać część naszych bagaży i wyrzucić je gdzieś na rozwidleniu dróg - dzięki temu nasze tempo wzrosło do zawrotnych 4 km/h. Gdy późnym wieczorem dotarliśmy do ułożonej sterty sakw i zostawionych dla nas w prezencie dwóch puszek coli, nasza radość była ogromna. Następnego dnia droga się trochę poprawiła a wkrótce dogonił nas konwój składający się z dwóch terenówek i  ciężarówki - jak się okazało, była to jakaś włoska ekspedycja. Kilkukrotnie padło słowo "pazzi" (szaleńcy) po czym nasi nowi znajomi, Giordano i Bruno wpakowali nasze rowery na dach trucka i w ten sposób, dzień wcześniej niż zakładałaliśmy, dotarliśmy do schroniska Nyidalur. Złapać stopa na pustyni to jest to!

Kolejne dwa dni jechaliśmy na północ, przez surową wyżynę Sprengisanduru, czyli kamienistą pustynię ukształtowaną przez wypływające spod lodowców powodzie. Zamierzaliśmy drogami F752 i F821 wydostać się z Interioru. Z tego odcinka zapamiętałem przepiękne widoki, ale też wiatr, śnieg, kamieniste drogi, przy których krzywy bruk wydaje się najlepszym asfaltem, zimne rzeki i pękające w rowerze Kamili szprychy.. Do miasta zjechaliśmy wąwozem przechodzącym w ogromną dolinę, gdzie musieliśmy wytracić ponad 800 m wysokości. Myślałem, że z góry zjedziemy szybko, ale nic z tego. Jak się okazało czekał na nas trwający wiele godzin, trudny technicznie zjazd po kamieniach, przez liczne brody a czasem i w korycie rzeki, która akurat zdecydowała się płynąć drogą. Najważniejsze jednak, że w końcu dotarliśmy do miasta, gdzie mogliśmy znaleźć serwis, zapleść koło i kupić chleb, za którym tęskniliśmy od kilku dni.

Ku Stolicy:

Akureyri - mimo że liczy raptem 17 tysięcy mieszkańców - jest drugim co do wielkości miastem Islandii, ważnym ośrodkiem kulturowym i znaleźć tu można wszystko co potrzeba, łącznie z ogrodem botanicznym i uniwersytetem. Na zwiedzanie mieliśmy pół dnia. Następnie ruszyliśmy ku Þingvellir, miejscu gdzie rozdzielają się od siebie płyty tektoniczne - amerykańska i europejska. Od kolejnego dnia nasza podróż nabrała spokojnego, wręcz leniwego tempa - mieliśmy świadomość, że zbliżamy się do końca wyjazdu i nikomu się już nie spieszyło. W drodze do stolicy Islandii pozwoliliśmy sobie zatrzymać się jeszcze na słynnej farmie rodziny Laxness, gdzie dla odmiany na kilka godzin wymieniłem rower na dzielnego islandzkiego konia.

Powrót:

W samym Reykjavíku spędziliśmy półtora dnia, głównie zwiedzając muzea (Muzeum Narodowe bardzo polecam). O samym mieście nie będę pisał - miasto jak miasto, dużo ludzi, samochodów, marketing turystyczny i hałas, za którym wcale nie tęskniliśmy. Z pewną ulgą wyjechaliśmy w stronę Keflavíku, by rozbić namiot nad samym brzegiem oceanu. Kolejnego dnia przebazowaliśmy się pod lotnisko i stwierdziliśmy, że warto by było "strzelić po setce dla kurażu" przed lotem - zostawiliśmy zatem bagaże i objechaliśmy półwysep dokoła wzdłuż brzegu by przypomnieć sobie jak się jeździ rowerem bez obciążenia. ...a kolejnym naszym przystankiem była już Warszawa.



GALERIA ZDJĘĆ z wyprawy przez Islandię fot. Krzysztof Kochanowicz & Krzysztof Arentowicz

Trasa i statystyki:

Miejsce rozpoczęcia i zakończenia wyprawy: lotnisko Keflavik
Czas trwania wyprawy: 30 dni (przełom czerwca i lipca)
Pokonany dystans: +/- 2200 km
Nawierzchnia dróg: głównie szutrowe i kamieniste
Ślad gps i mapa podróży

Sprzęt i awarie:

Islandzki interior wystawia rowery na ciężką próbę. Wstrząsy od tysięcy dziur i kamieni sprawiają, że śruby rozkręcają się same i trzeba je regularnie kontrolować. Szprychy też nie mają lekko - Kamila straciła 6 sztuk w tylnym kole. Problem mieliśmy z sakwami Crosso - urwaliśmy w sumie 4 haki mocujące, co zmusiło nas do improwizacji z taśmą klejącą i sznurkiem. Wszędobylski pył wulkaniczny powodował zacieranie się amortyzatorów.

Przeprawy przez rzeki z pewnością nie przysłużyły się piastom, ale dotrwały one do końca. Kulminacją wszystkiego było jednak złamanie przeze mnie sztycy 30 km przed Akureyri. Przyczepki udało nam się trochę odrapać, lecz nie mieliśmy z nimi żadnych problemów.

Większość rowerzystów, których spotkaliśmy po drodze, jechała na rowerach górskich i to często specjalnie modyfikowanych lub wręcz budowanych samodzielnie pod kątem turystyki w trudnym terenie - ale jak widać, Interior da się też przejechać także na trekingu.


Poniesione koszty oprócz podróży:

Fakt, jest tu drogo, ale nikt nie powiedział, że będzie inaczej. Dlatego też znaczną cześć przestrzeni naszego bagażu zajmował prowiant. Zaopatrzyliśmy się więc w lekkie liofilizowane jedzenie, dzięki któremu udało nam się przeżyć całą naszą miesięczną wyprawę.

Żywność liofilizowana:

Z uwagi na chęć odwiedzenia miejsc z dala od jakiejkolwiek cywilizacji, zaopatrzyliśmy się w żywność liofilizowaną. Na każdy dzień przewidziane były dwie paczki - śniadanie oraz podwójna porcja obiadowa, co dawało łącznie 60 opakowań na głowę. Dzięki zastosowaniu specjalnej technologii produkcji, żywność ta jest pełnowartościowym i pełnokalorycznym posiłkiem, kompletna pod każdym względem, a do tego smaczna, bo co to byłaby za przyjemność zapychać się jakąś papką bez smaku? Nie chcąc eksperymentować w markach wybraliśmy naszą ulubioną i sprawdzoną podczas wcześniejszych wyjazdów firmę Travellunch. Rekomendowana przez polarników, podróżników, sportowców wyczynowych, przypadła i nam do smaku, choć w stosunku do innych marek najtańsza nie jest.

Prócz powyższych zalet, korzyścią tego typu prowiantu jest jej mała waga, co pozwala oszczędzić sporo miejsca a także krótki i bardzo łatwy sposób przygotowania - wystarczy zalać ją wrzątkiem i po kilku minutach jemy już pełnowartościowy i smaczny obiad. A jeśli mówimy o wadze, to warto nadmienić, że każdego dnia ekwipunek zmniejsza się, a w sakwach robi się luźniej... ale nie na długo! Do momentu uzupełnienia go drobnymi pamiątkami, które przywozimy z każdej podróży.

Pragnienie gasiliśmy natomiast wodą czerpaną z licznych górskich potoków, która uzupełnialiśmy różnymi mikroelementami w postaci tabletek musujących. Dziennie na trasie spożywaliśmy nawet kilka litrów płynów w postaci napojów orzeźwiających lub herbaty, którą przygotowywaliśmy na zabranej ze sobą kuchence turystycznej. Uwaga, palnik oczywiście możecie zabrać ze sobą do bagażu, ale lecąc samolotem, należy pamiętać, że butlę gazową będzie trzeba kupić na miejscu!

Więcej na temat żywności liofilizowanej Travellunch

Odzież nie tylko rowerowa:

Wybierając się do Islandii, nawet w środku lata, należy pamiętać o zabraniu ze sobą ciepłej odzieży i kurtki przeciwdeszczowej. Pogoda naprawdę potrafi być bardzo kapryśna, co doświadczyliśmy na własnej skórze. Bywało, że padało przez kilka dni z rzędu. Nie była to mżawka, lecz lejąca się z nieba niczym z wiadra woda. Temperatury też niekiedy nie były za łaskawe, w lecie potrafiły spaść nawet do zera! Wybierając się na wyprawę warto zatem zainwestować w porządną odzież. Nasz ekwipunek prócz tradycyjnej rowerowej odzieży "termoaktywnej" składał się również z odzieży turystycznej. Wzięliśmy ze sobą m.in.: kurtkę i spodnie przeciwdeszczowe o wysokich parametrach oddychalności, tak by podczas intensywnej jazdy nie pływać we własnym pocie, bardzo lekką kurtkę z puchu syntetycznego, zapewniającą duży komfort podczas jazdy, a jednocześnie gwarantującą ciepło przy sporych wahaniach temperatur oraz kilka par rękawiczek.

Islandia gościła nas przez cały miesiąc. Poznaliśmy jej różne oblicza, ale nadal nie możemy powiedzieć że widzieliśmy już wszystko.
Islandia gościła nas przez cały miesiąc. Poznaliśmy jej różne oblicza, ale nadal nie możemy powiedzieć że widzieliśmy już wszystko. fot. K&K


Sprzęt noclegowy:

Ważnym elementem naszego wyposażenia były również akcesoria noclegowe jak: namiot, śpiwór oraz mata samopompująca. Wiadomo, czym bardziej profesjonalny sprzęt, tym zwykle jego waga również jest niższa, co jest bardzo ważne przy podróżach z wykorzystaniem przelotów samolotem. Zabrane przez nas narzędzia rowerowe na szczęście przydały się tylko kilka razy, głównie przy naprawie kół i połamanych mocowań przy sakwach.

1) Namiot:

Żeby spać w miarę komfortowo i mieć ekwipunek pod ręką zabraliśmy ze sobą dwa namioty polskiej firmy Fjord Nansen, modele Veig Pro III i Troll. Prócz faktu, że są one w miarę lekkie - ważą 3,4 i 3,8 kg sprawdziły się naprawdę w niełatwych warunkach. Dzięki podklejanym szwom i wzmacnianemu stelażowi żaden ani nie przemókł podczas ulew przez kilka dni z rzędu, ani nie połamał się przy silnych wiatrach znad oceanu. Zaletą namiotów jest również możliwość rozstawiania ich w deszczu tak by sypialnia pozostała sucha. Jest to możliwe dzięki systemowi podczepianego tropiku, który można złożyć i rozłożyć nie odczepiając od reszty namiotu.

Więcej na ten temat w artykule pt. Jaki namiot wybrać na wycieczkę, a jaki na wyprawę?

2) Śpiwór:

Oprócz dachu nad głową należy pamiętać o "ciepłej kołderce". Wszystko pięknie, jednak nie zapomnijmy, że jedziemy rowerem z sakwami gdzie ważne jest miejsce i waga! Biorąc dodatkowo pod uwagę pogodę, i fakt, że może coś się przemoczyć, zdecydowaliśmy się na zakup śpiworów z wypełnieniem syntetycznym, które co prawda mają rozmiary większe niż śpiwory puchowe o tym samym zakresie temperatur, lecz lepiej sprawdzają się w wilgotnych warunkach -Wybraliśmy również tą samą firmę Fjord Nansen, model Kjolen, w którym komfortowo spać można przy dolnej granicy jednego stopnia poniżej zera. Komfortowo czyli w bieliźnie, zaś ubranym w dres polarowy nawet do minus piętnastu stopni.(czego na szczęście nie musieliśmy sprawdzać)

Więcej na ten temat w artykule pt. Jaki śpiwór wybrać na wycieczkę, a jaki na wyprawę?

3) Mata lub karimata:

Początkowo planowaliśmy wziąć zwykłe karimaty, jednak te zajmowały sporo miejsca. Zaproponowano nam zatem przetestowanie tzw. mat samopompujących, które na dobrą sprawę są tylko nieco cięższe, ale za to są bardziej poręczne (po ich zwinięciu mniej więcej połowa zwykłej karimaty). Ich zalety prócz rozmiarów, to przede wszystkim bardzo dobry komfort spania, jak również izolacja od podłoża.

Przyczepka ExtraWhel:

Podczas naszej miesięcznej wyprawy w niełatwym terenie testowaliśmy także jednokołowe przyczepki rowerowe ExtraWhel. Przeciągnęliśmy je przez kamieniste drogi, szutry, grząskie piachy, rwące rzeki i potoki, jak również setki kilometrów dróg asfaltowych i nie udało nam się ich zajechać. Jazda z przyczepką była przyjemnością, co pozwoliło nam wyrobić sobie o niej pozytywne opinie.

Więcej o przyczepce w artykule pt. testy ExtraWhel

Partnerzy naszej wyprawy:

-Sklep Turystyczny Tuttu.pl (dziękujemy za porady i pomoc w doborze odpowiedniego sprzętu )
-Producent ExtraWhel (dziękujemy za skompletowanie sprzętu i sakw)
-Sklep Turystyczny 8a.pl (dziękujemy za porady i pomoc w doborze żywności liofilizowanej)

Autor relacji: Krzysztof Arentowicz

Uczestnicy wyprawy: Kamila Niechwiadowicz, Krzysztof Arentowicz, Krzysztof Kochanowicz

opracował:
Też przeżyłeś ciekawą przygodę, odkryłe(a)ś nową trasę? Podziel się wrażeniami z innymi, napisz do nas.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (21)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

wydarzenia - imprezy i szkolenia

+ dodaj

Porady rowerowe

zobacz więcej »

Szlaki rowerowe

Znajdź trasę rowerową

Turystyka rowerowa

zobacz więcej »