rowery

Wyprawa szlakiem rowerowym R10 wzdłuż Wybrzeża

Wyprawa - dzień pierwszy
Wyprawa - dzień pierwszy fot. archiwum prywatne

Wszystko zaczęło się od Mariana. Marian to mój wymarzony rower, który został złożony na zamówienie w zeszłym roku pod koniec wakacji. Na ramie, którą przyniósł sprzedawca, widniało wielkimi literami: Marin - a że ja ślepa trochę jestem, to przeczytałam "Marian" i tak zostało. Zakochałam się w moim Marianie. Zaczęło się od krótkich wycieczek po okolicy. Potem, ciekawa tego, co kryje się za rogiem, a następnie za rogiem tamtego rogu, wypuszczałam się coraz dalej i dalej...



W poszukiwaniu nowych pomysłów zaczęłam grzebać w internecie i wtedy natknęłam się na R10 - legendarny szlak polskim Wybrzeżem. Pomyślałam wtedy, że muszę, bo inaczej się uduszę.
Zimowe wieczory spędzałam na gorączkowym analizowaniu trasy i kompletowaniu sprzętu na wyprzedażach. Wpadłam w to po czubek głowy. Na początku lutego, kiedy prawie wszystko miałam skompletowane, podzieliłam się swoimi planami z kumpelą. Zaiskrzyło. Gosia stwierdziła, że to świetny pomysł na urlop i że chciałaby pokonać podobną trasę samochodem, zabierając ze sobą swoje psy, by w końcu porządnie wypocząć. Postanowiłyśmy, że będziemy spotykać się na kempingach.
Zaczęło się więc wielkie wspólne odliczanie.

Pandemia zamiast wyjazdu



Niestety w marcu czar prysł. Przyszła pandemia i obostrzenia z nią związane. Rower w pewnym momencie poszedł w odstawkę. Pomyślałam, że nici z wyjazdu... Może jesień, może przyszły sezon, może kiedyś? Patrzyłam trochę z żalem na zgromadzony sprzęt.
Trzy tygodnie przed wcześniej planowaną wyprawą, w czasie kiedy obostrzenia zaczęły być już luzowane, nagle napisała do mnie Gosia:
- Hania, a co z naszą wyprawą? Aktualna?
Potrzebowałam kilku minut, zmierzyłam pożądliwym wzrokiem nagromadzoną przez miesiące w kącie kupkę z ekwipunkiem:
- No jasne, że aktualna, jedziemy! Lepszego czasu nie będzie - odpowiedziałam, pękając z radości. Nadzieja wróciła.


Dzień 1: 70 km - Świnoujście-Międzyzdroje-Dziwnów-Pobierowo



5:30 pobudka. Ładujemy do samochodu nasze bambetle, Mariana, trzy charakterne teriery i ruszamy.
Przytrzymało nas w korku na przeprawie promowej w Świnoujściu, więc ruszyłyśmy z około 2,5-godzinnym poślizgiem w stosunku do tego, co zakładałyśmy: ja Marianem, Gosia swoją superfurą, która jednocześnie robiła za minikamper. Umówiłyśmy się na koniec dnia na kempingu w Pobierowie o wdzięcznej nazwie 7 żab.

Ten dzień Gosia spędziła z psami, spacerując po nadmorskich plażach i zwiedzając port w Świnoujściu. Ja przeciwnie - prawie cały dzień nie widziałam morza. Mój szlak dość szybko odbił w głąb lądu i poprowadził pomiędzy remontami w Świnoujściu, piaszczystym lasem do Międzyzdrojów, następnie w kierunku Wolińskiego Parku Narodowego, jego pobliskich jezior i wiosek. Trasa dość urokliwa, jednak docelowy przebieg tego odcinka niedługo będzie prowadził gdzie indziej - na szczęście bliżej morza. Z powodu pandemii nie udało mi się wpaść w odwiedziny do wolińskich żubrów - zamknięte. Sam park też był pusty. Pod koniec dnia dotarłam do Pobierowa na nasz pierwszy wspólny kemping. Pobierowo bardzo mile nas zaskoczyło. Malutka, bardzo urokliwa miejscowość wolna od kiczowatych bud, straganów i banerów, z ładnym deptakiem przy plaży, na którą bez problemu weszłyśmy z psami. Sam kemping prawie pusty o tej porze, równie przytulny, cichy i pełen drzew.


Dzień 2: 98 km - Pobierowo-Rewal-Niechorze-Pogorzelica-Mrzeżyno-Kołobrzeg-Łazy



Gdybym miała opisać, jak wyglądałaby dla mnie wymarzona trasa polskim Wybrzeżem, to ta dzisiejsza w zdecydowanej większości taka była.

Pierwszą niespodzianką był dla mnie pomnik Małego Księcia w Alei Zakochanych w Rewalu. Mam sentyment do "Małego Księcia" i bardzo się ucieszyłam. To dla mnie trochę jak znak, drogowskaz, że znajdujesz się w odpowiednim miejscu i czasie.

Potem już było tylko fajniej: malownicze plaże, urocze sosnowe lasy i jazda po klifach. Idealne punkty dla rowerzystów. W jednym z nich udało mi się podładować komórę o całe 2 proc., niestety musiałam potem pędzić dalej. W Niechorzu trasa rowerowa prowadziła wzdłuż kolejki wąskotorowej, ale z powodu pandemii nie udało mi się żadnej spotkać. Za Pogorzelicą, w lesie, zagapiłam się i przez pomyłkę wjechałam na ścieżkę rowerową prowadzącą przez dawne tereny wojskowe. Odradzam - droga prowadzi po kocich łbach. Obecnie jest zrobiony objazd, więc radzę zachować czujność i nie zagapiać się, bo potem mocno czuć to w zadku i w rękach.

Tak jak nie znoszę przejeżdżać przez duże miasta, tak jazda przez Kołobrzeg była czystą przyjemnością - infrastruktura rowerowa na 5. Wisienką na torcie była trasa zaraz za Kołobrzegiem w kierunku Ustronia Morskiego, prowadząca przez chwilę przez drewnianą kładkę pomiędzy morzem a rezerwatem ptaków - miodzio. Generalnie ten odcinek był fajnie oznakowany.

Końcówka dzisiejszej mojej trasy prowadziła malowniczym brzegiem jeziora Jamno. Jadąc z głową chmurach, na 7 km przed celem wpadłam na policyjny patrol, który przytkał mi drogę. Gdy knułam w swojej głowie, jak go objechać krzakami, z samochodu wyskoczył pan policjant, wołając:
- Pani dalej nie jedzie, bo droga zaminowana! Dzięki temu na kolejny kemping dojechałam w całości. W sumie to planowałam się trochę rozerwać na tym wyjeździe, ale bez przesady.

Gosia tego dnia, oprócz aktywnego odpoczynku na plaży, troszkę sobie pozwiedzała. Była z psami w Parku Miniaturowych Latarni Morskich w Niechorzu, odwiedziła też ruiny kościoła w Trzęsaczu. Po drodze umówiłyśmy się na wspólną kanapkę na plaży w Gąskach i krótki odpoczynek. Wieczorem dzielnie dobiłam do naszej "Osady nad Wodą" - kolejnego kempingu na naszej mapie, położonego między jeziorem Jamno a morzem. Bardzo fajna miejscówka, również pusta o tej porze roku. Przemili właściciele. Trochę wiało od wody, ale opatulona w śpiwór po chwili nic już nie czułam, zasypiając kamiennym snem.


Dzień 3 i 4: 106 km - Łazy-Darłówko-Jarosławiec-Ustka-Rowy



Dzisiejszy dzień zaczął się nudnawo. Pierwsze 40 km trasy prowadziło przez pola z wiatrakami, część z nich przy ruchliwej drodze. Ścieżki idealne, ale gdyby nie ból zadka, zasnęłabym. Po drodze spotkałam sympatycznego młodego tatę-rowerzystę z maluchem w przyczepce, jadącego z Międzyzdrojów do Gdyni szlakiem R10, też nocującego w namiocie. Zamieniliśmy kilka słów. Wielki szacun dla pana taty!

Jadąc dalej, w Darłówku, natknęłam się przy plaży na Gosię, która wykulała z samochodu pięknego arbuza i zaczęło się wspólne nawadnianie. Tak mnie nawodniła, że jeździłam później od krzaka do krzaka.

Od Darłówka trasa znów zaczęła być piękna, taka jak lubię - nadmorska, z fajnymi, dzikimi plażami.
Niestety nic nie trwa wiecznie. Plaże skończyły się, a ja odbiłam w głąb lądu, objeżdżając jezioro Wicko i... chciałoby się tutaj napisać, że niepostrzeżenie przekroczyłam granicę województw, zachodniopomorskiego z pomorskim. Niestety tak nie było. Rzeczywistość była bardziej bolesna.
Porównując do dawnych czasów, to trochę jak przejechać nagle z RFN do NRD. Szlak R10 nagle zniknął, a wraz z nim pięknie oznakowane, nowe, pomarańczowe tabliczki R10. Tu oznakowanie powinno nazywać się "Pojawiam się i znikam" z naciskiem na znikam. Ja też miałam ochotę czasem zniknąć, pchając Mariana po kostki w piachu.

Do Rowów dotarłam ledwo żywa, ścigając się z zachodzącym słońcem. Moje pierwsze 100 km, które w życiu zrobiłam, jednak miałam wrażenie, jakbym zrobiła 150. Zapamiętam je na zawsze. Przyjechałam i padłam. Kochana Gosia czekała na mnie z gorącym leczo. Co ja bym bez niej dziś zrobiła? Tego dnia zarządziłyśmy, że zostajemy w Rowach o jeden dzień dłużej w celu regeneracji i rekreacji. Następnego dnia wybrałyśmy się na długi spacer z psami w okolice jeziora Gardno. Pięknie tam, o ile ktoś lubi dzikie klimaty i rechot żab.

Po południu miałyśmy w planach wybrać się na ruchome wydmy. Najpierw przy wejściu okazało się, że wejście na teren Słowińskiego Parku od tej strony jest płatne i trzeba to zrobić wcześniej internetowo, ponieważ z powodu koronawirusa kasy są zamknięte. Po kilku nieudanych próbach i problemem z zasięgiem stwierdziłyśmy, że wchodzimy i zapłacimy później. Niestety odbiłyśmy się od tabliczki zakazującej wstępu z psami.

Rozczarowane pojechałyśmy najeść się lodów, następnie postanowiłyśmy iść z winkiem na zachód słońca na plaży w Rowach. Niestety tam też odbiła nas tabliczka zakazu wstępu z psami. Poszłyśmy więc wypić wino na kempingu... i tak zakończyłyśmy dzień.

Moja trasa na kolejny dzień została wyznaczona też przez płatny odcinek parku, czego wcześniej nie sprawdziłam. Ze względu na problemy z zasięgiem postanowiłam opłacić przejazd po powrocie. Moim zdaniem zostało to rozwiązane bardzo kiepsko.


Dzień 5: 113 km - Rowy-Kluki-Łeba



Kap, kap, kap. O godz. 5 rano obudziły mnie krople deszczu, uderzające o tropik namiotu. Wiedziałam już wcześniej, że ta jednodniowa przerwa będzie oznaczać jazdę w deszczu. Wyruszyłam rano, w największą pompę, z zamiarem zrobienia 76 km. Tak mi pokazywał ślad. Przejechałam w miarę sprawnie jak na lejący deszcz przez opustoszały Słowiński Park Narodowy i zadowolona dotarłam do miejscowości Kluki. W Klukach jest Muzeum Wsi Słowińskiej z charakterystycznymi domami "w kratkę". Wiedziałam wcześniej, że najkrótsza przeprawa do Łeby z Kluk odbywa się przez mokradła. Planując trasę, za wszelką cenę chciałam jej uniknąć, tym bardziej że nawet w porze suchej nieźle można się tam skąpać. Pozostałe dwie alternatywy to ciągnięcie roweru po plaży lub jazda naokoło ruchliwą drogą wojewódzką. Była jeszcze czwarta alternatywa, godząca bagna z wielkimi objazdami, ale nie do końca wiedziałam jaka.

Wgrywając ślad w GPS wydawało mi się, że wgrywam właśnie tę alternatywną drogę, jednak coś mi nie poszło... Po kilku kilometrach ciągnięcia roweru pomiędzy kładkami rozłożonymi na podmokłych łąkach dotarło do mnie, że właśnie stoję na mokradłach z nogami po kostki w wodzie. Chwyciłam Mariana za chabety i szybko z powrotem do Kluk. Niestety po dłuższym grzebaniu w mapie nie udało mi się znaleźć drogi alternatywnej. Zrezygnowana ruszyłam wojewódzką 213, żeby nie zostać wchłonięta przez bagna. Okazało się również, że jazda drogą wojewódzką jest o 40 km dłuższa. To był mój chrzest - dosłownie. Nigdy wcześniej nie przyjęłam na siebie tyle wody co tego dnia. Tak jak w Zachodniopomorskiem przejeżdżałam koło pięknych wzorcowych wiat i dróg rowerowych, tak w Pomorskiem jedyne moje dzisiejsze wiaty na szybki posiłek to zasikane betonowe przystanki przy połatanej DW213.

Kiedy w końcu udało mi się zjechać z wojewódzkiej w boczne drogi, odetchnęłam z ulgą. Niestety nie na długo. Czarę goryczy przelało utknięcie w głębokich, piaszczysto-gliniastych leśnych drogach w okolicach Wicka i przed Stilo. Oblepiony piaszczystą, betonową panierką zalepiającą napęd Marian nie był w stanie jechać, wydawał za to dziwne dźwięki. Kiedy myślałam, że zbliżam się do granicy własnej wytrzymałości, nagle zza zakrętu ni z gruszki, ni z pietruszki wyłoniła się znajoma, nowiutka tabliczka z oznaczeniem szlaku R10, a wraz z nią całkiem przyzwoita, równa leśna droga. Ostatnio z takimi nowoczesnymi oznaczeniami pożegnałam się w województwie zachodniopomorskim. Zza chmur wytoczyło się słońce - w przenośni i dosłownie. Ostatnie 20 km trasy od latarni Stilo do Lubiatowa jechałam świetnie oznakowaną, leśną drogą przez piękny sosnowy las. To najpiękniejszy sosnowy las, jaki widziałam na swojej trasie: z mchami, porostami i wrzosami. W zachodzącym słońcu wyglądał obłędnie. Do celu dotarłam późno, trochę przemoczona i porządnie zmęczona. Tego dnia nocleg miałyśmy w prywatnej bazie Gosi w klimatycznym domu z prawdziwym łóżkiem. Myślę, że sobie zasłużyłam.


Dzień 6: 85 km - Lubiatowo-Dębki-Karwia-Władysławowo-Hel



Ostatni dzień naszej wyprawy.
Rano odkułam Mariana z betonowego błota i ruszyłam w las. Zaraz za Lubiatowem szlak się skończył, ale miło, że widniała informacja, że jest planowany. Zasadniczo przez cały dzisiejszy odcinek było widać, że praca nad wytyczaniem szlaku R10 wre. Miejscami dwa szlaki R10, stary i nowy, rozjeżdżały się w różnych kierunkach, dlatego trzymałam się własnego wgranego śladu i dobrze na tym wyszłam, bo dzięki temu przez cały czas jechałam blisko morza. Dopiero za Jastrzębią Górą szlak zrobił się spójny i tak zostało do końca. Do celu dotarłam wieczorem. Dzielnie wspierająca mnie Gosia też.
Na Cyplu Helskim wpadłyśmy sobie w ramiona, szczęśliwe, że w końcu udało się nam wspólnie spełnić marzenie.

To był naprawdę fajnie spędzony czas, mimo całego tego trudu. Wracając wpadłyśmy jeszcze nad zatokę między Chałupami a Kuźnicą, żeby odpalić grilla i zjeść ostatnią wspólną kolację tej wyprawy.


Podsumowanie



To był mój najlepszy urlop, jaki sobie mogłam wymarzyć. Udało się. Mimo że koronawirus chciał pokrzyżować nam plany, wszechświat nam sprzyjał. W sześć dni przejechałam rowerem około 470 km, nigdy wcześniej nie robiąc tak dużych dystansów.

Jeszcze kilka słów o samym szlaku. Przez całą wyprawę zależało mi, żeby - na ile to możliwe - trzymać się wytyczonego szlaku, ponieważ chciałam go sprawdzić w całości. Niestety nie udało mi się tego dokonać na wszystkich odcinkach. Na pewno mam niedosyt związany z pokonywaniem trasy z Kluk do Łeby i planuję tam jeszcze wrócić przy bardziej przyjaznej aurze. Jestem też ciekawa ostatniego etapu trasy z Lubiatowa do Jastrzębiej Góry. Poczekam na koniec budowy.

Porównując szlak w obu województwach, dla mnie oczywiście wygrywa zachodniopomorskie. Tam niebawem szlak będzie gotowy. Myślę, że w przyszłym sezonie powinni większość robót skończyć, choć czas chyba mają do 2022 roku. Pomorskie zaś, moim zdaniem, potrzebuje cudu, żeby ten szlak powstał w całości w tym czasie. Tutaj praktycznie nie istnieje. Jakieś marne szczątki, relikty przeszłości ze starym oznakowaniem pojawiają się po drodze. Dopiero od Stilo widać, że coś tam się wykluwa i powoli łączy w całość. Ślad zachodniopomorskiego szlaku pobrałam stąd. Pomorskie Trasy Rowerowe na moją prośbę przesłały mi link do mapy, jednak postanowiłam oprzeć się na jednym ze śladów z Traseo.

Czy warto wybrać R10 na swoją pierwszą wyprawę?



Myślę, że warto, choć dobrze mieć świadomość, że niektóre odcinki nie będą łatwe, szczególnie gdyby ktoś chciał jechać z dzieckiem przyczepką lub zabrać ze sobą w niej psa. Mam tu na myśli woj. pomorskie, bo zachodniopomorskie bardzo polecam, szczególnie w przyszłym sezonie, kiedy większość szlaku będzie ukończona. Bardzo fajną opcją jest połączenie wypadu samochodowo-rowerowego, tak jak miało to miejsce w naszym przypadku.

Cały wyjazd kosztował nas około 200 zł na głowę plus jedzenie, które miałyśmy własne. "Mobilny Bar u Małgośki", gdzie Gosia była szefową kuchni, nie miał sobie równych. Gdyby dziś ktoś mnie zapytał, które województwo bardziej polecam na aktywny wypad rowerem i generalnie na aktywny urlop, odpowiedziałabym, że zdecydowanie zachodniopomorskie. Jest taniej, więcej dzikich plaż przyjaznych psom, co akurat dla nas miało znaczenie, oraz lepsza infrastruktura rowerowa.

Warto spełniać swoje marzenia. Jak to powiadają, pierwsze koty za płoty. Moje myśli już nieśmiało płyną w stronę Podlasia i Green Velo. Rower to jednak fajna sprawa, bo z roweru widzi się więcej.

Trasa wyprawy na AllTrails
Trasa wyprawy rowerowej wzdłuż Wybrzeża
Trasa wyprawy rowerowej wzdłuż Wybrzeża Hania Rączkowska/AllTrains
Masz dla nas temat? Chcesz podzielić się swoimi spostrzeżeniami?
A może przeżyłe(a)ś ciekawą przygodę, odkryłe(a)ś nową trasę? Napisz do nas: rowery@trojmiasto.pl.

wydarzenia - imprezy i szkolenia

+ dodaj

Porady rowerowe

zobacz więcej »

Szlaki rowerowe

Znajdź trasę rowerową

Turystyka rowerowa

zobacz więcej »