rowery

stat

Szlak rowerowy Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego

Po tym jak przetestowaliśmy niebieski szlak rowerowy wraz z jego przedłużeniem z Lęborka, nadszedł czas na przejechanie się odcinkiem przez Trójmiejski Park Krajobrazowy. Przez nasze lasy szlak ten można zacząć na kilka sposobów. My dla łatwiejszej orientacji podzieliliśmy go sobie na trzy główne nitki, jednak zrealizowaliśmy tylko dwie, zaczynając w Gdańsku Oliwie i kończąc w Wejherowie.

Odcinki szlaku rowerowego przez Trójmiejski PK
1 odcinek: niecałe 8 km: Gdańsk Złota Karczma - Trawiasta Droga - Dolina Bobrów - Dolina Zajączkowskiego Potoku - Gliniasta Droga - Droga Marnych Mostów - Dolina Czystej Wody - Młyn Oliwski

2 odcinek: nieco ponad 20 km: Gdańsk Oliwa - Gdynia Śródmieście
Gdańsk Oliwa - wieża widokowa Pachołek - Droga Nadleśniczych - Borodziej - Długa Linia - Leśniczówka Gołębiewo - Gdynia Wielki Kack -Karwiny - Krykulec - Leśniczówka Witomino - Rez.Kacze Łęgi - Chwarzno - Gdynia Śródmieście

3 odcinek: nieco ponad 48 km: Gdynia Śródmieście - Wejherowo
Gdynia - Leśniczówka Zwierzyniec - Dolina Marszewskiej Strugi (k.Leśniczówki Cisowa) - Dolina Cisowskiego Potoku - Łężyce - Leśniczówka Piekiełko - Piecewo - Reszki - Zbychowo - jez.Wyspowo - jez.Pałsznik i Krypko - Ustarbowo - Wejherowo

Niebieski szlak - czyli tzw. Szlak Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego lub Trójmiejska ścieżka rowerowa, jak kto woli dobrze oznaczona jest na mapach Wydawnictwa Eko-Kapio, pt.: Trójmiejski Park Krajobrazowy część północna w skali 1:25 000 i południowa 1:20 000, które bardzo ułatwiły nam orientację w terenie.

W dniu rajdu, czyli 20 maja 2007 r. na głównym miejscu zbiórki w Gdańsku przed Katedrą Oliwską stawiła się dokładnie garstka ludków: Ja, Beavis, Jordan oraz Piotr. Krzysiek tym razem nieco zaspał, lecz zmieścił się w tzw. kwadransie studenckim. Pomimo tak świetnej pogody widać, że pora zbiórki godz.7 rano specjalnie nikogo innego nie zachęciła. Jednak moim skromnym zdaniem, znacznie lepiej jeździ się w kameralnym gronie niż w peletonie takim jak ostatnio. Oczywiście pomijając rajdy typu Totalny Light, gdzie nastawiamy się na sielankę. W przypadku testowanego przez nas szlaku, było jednak inaczej. Z leżeniem na łące i wzdychaniem miał on mało wspólnego. Zresztą przeczytacie, to się dowiecie.

No, to zaczynamy. Ruszyliśmy całkiem spokojnym tempem, tak by nie zamęczyć zaspanego jeszcze Kristofa, wspinając się ul.Tatrzańską pod Pachołek. Tam rozpoczęliśmy naszą przygodę z niebieskim szlakiem rowerowym wiodącym przez Trójmiejski Park Krajobrazowy. Jak już wcześniej pisałem naszym celem było dotarcie do Wejherowa, jednak nie był on taki łatwy do zdobycia.

Od Pachołka początkowo szlak wiódł wraz z innymi szlakami pieszymi, jednak na którymś rozjeździe oddzielił się odbijając ku Drodze Nadleśniczych i dalej ku Borodziejowi. Ten odcinek był w miarę spokojny, a sam szlak dobrze widoczny.

Dalej tzw. Długą Linią czyli leśną drogą asfaltową popędziliśmy ku Leśniczówce Gołębiewo. Korzystając z wiatru uderzającego nam prosto w plecy grzaliśmy ponad 35 km/h. Jednak nie trwało to zbyt długo. Dalej początkowo wraz z pieszym Szlakiem Trójmiejskim (kolor żółty) wskoczyliśmy z powrotem na ścieżkę leśną.

W drodze z Gołębiewa do Gdyni Wielkiego Kacka przez kilka minut uwagę skupiliśmy na ładnej dziewczynie na koniu. Tzn.na dwóch koniach, hmmm? na jednym koniu z drugim koniem źrebakiem. Dobra, w każdym razie: nie koń albo konie mnie interesowały, a ona; aż zapragnąłem przystanąć na chwilę. Jednak te jej zwierze jakieś płochliwe było na widok naszych rowerów więc pojechaliśmy dalej, ajajaj... Przed stacją PKP Wlk.Kack, Beavis pokazał nam co to znaczy prawdziwy zjazd po korzeniach, my jednak nie poszliśmy w jego ślady obawiając się wywrotki. Na dobrą sprawę od momentu zjazdu do ul.Wielkopolskiej toczyliśmy się przez dzielnicę domków jednorodzinnych. Ponownie w las wskoczyliśmy dopiero za Wielkim Kackiem i gdyby nie mapa, szlaku moglibyśmy szukać jak wiatru w polu.

Od ponownego wjazdu w las szlak, którym zamierzaliśmy dotrzeć do Wejherowa coś słabo był oznaczony (słabo w naszym kierunku jazdy). Dziwne to zjawisko, że jego oznaczenia nieraz pojawiały się z boku drzew a nieraz z tyłu. Wyglądało to tak jakby był jednokierunkowy ;-/ Ale mniejsza o to, dobrze, że był z nami Kristof, który ma dobry węch i trochę farta, że w gąszczu dojrzy jakiś ledwo widoczny "niebieski obrazek" z rowerzystą. Jadąc tak prawie po "omacku" dojechaliśmy do ... no właśnie, tego to nikt się nie spodziewał: Gdyni Głównej. Fakt ten nieco nas zaskoczył, gdyż wcześniej powinien być rozjazd na Wejherowo i Lębork, jednak takiej istotnej krzyżówki nikt z naszej piątki nie zauważył.

No cóż, skoro żeśmy się "gruchnęli" trzeba by wrócić do punktu, w którym powinno znajdować się rozwidlenie owych szlaków. Tu już z mapą w ręku odmierzając przebyty dystans pilnowaliśmy by po raz kolejny się nie pomylić i nie dojechać z powrotem do Gdańska ;-) Na szczęście znaleźliśmy punkt naszej pomyłki i ruszyliśmy dalej do celu. Jednak oznaczenia szlaku nadal nam nie pomagały, gdyż po prostu praktycznie ich nie było. Brawo tu dla znakarzy! Przewodniki to potrafią pisać, jednak maznąć od czasu do czasu farbą to tu, to tam już chyba nie. Po drodze, Beavis złapał gumę więc zrobiliśmy sobie wszyscy dłuższą 10-minutową przerwę, którą na dobrą sprawę planowaliśmy dopiero w Cisowej.

Po zjedzeniu małego śniadania, ruszyliśmy dalej, jednak daleko nie zajechaliśmy, gdyż nagle naszym oczom ukazała się barierka jakiejś budowy i ogromna kilkunastometrowa dziura w ziemi. A tu co? No tak drogę budują, a most dla turystów powstanie dopiero za kilka miesięcy ... Wówczas Krzysiek zadecydował, że pomimo okoliczności przeprawiamy się na drugą stronę. Początkowo, chcieliśmy skorzystać ze stojącego nieopodal dźwigu, jednak operator zamknął wejście na klucz, a ja wytrycha ze sobą nie zabrałem. Pozostały nam jednak tzw. schodki dla pracowników budowy, którzy specjalnie na naszą obecność nie reagowali. W końcu faktyczna budowa odbywała się kilkadziesiąt metrów dalej.

Przez ten cały bajzel z oczu straciliśmy szlak i na wysokości Gdyni Cisowej zjechaliśmy do cywilizacji by w ogóle zorientować się gdzie jesteśmy. Korzystając z okazji zajechaliśmy również do sklepu, gdzie przez kolejne kilkanaście minut uzupełnialiśmy niedobór płynów w naszych bidonach.

Dalej ruszyliśmy wzdłuż Doliny Cisowskiego Potoku, gdzie w końcu trafiliśmy na szlak, jednak podobnie jak wcześniej oznaczenia znaleźliśmy wspak. No cóż, skoro i tu znakarze oszczędzali na farbie uznaliśmy, że tak czy siak do celu dotrzemy choćby "po trupach". Metoda jechania przed siebie odwracając głowę co jakiś czas była dość skuteczna ;-) ale mało przyjemna. Po drodze przez tą nieuwagę prawie rozjechaliśmy małego zwierza. Na początku myśleliśmy, że to jeż, jednak jak mu się przyjrzeliśmy z bliska, to okazało się, że to mały... no właśnie i tu mieliśmy już zagadkę. Wg Kristofa był to "szop pracz", jednak co by on robił w środku suchego lasu? Wg Piotra - borsuk. Po sprawdzeniu tego po powrocie Piotr miał rację, był to mały borsuk, który albo zgubił gdzieś mamę albo był jakiś wściekły. W końcu takie zachowanie jak łaszenie się do nas to nienormalne w przypadku dzikich zwierząt. Fajne to było, jednak musieliśmy jechać dalej więc "małego" odstawiliśmy na bok, by przypadkiem ktoś inny go nie rozjechał.

Tak oto z małymi przygodami po drodze dotarliśmy do Łężyc. Gdyby nie ta "cholerna patelnia" - czytaj: żar z nieba, byłoby świetnie. Jednak powoli zaczęliśmy odczuwać zmęczenie, w naszych bidonach zaczęło odzywać się echo, a przydrożny wiejski sklep na dodatek był zamknięty. Chyba to spowodowało, iż na kolejnej krzyżówce jadąc zupełnie rozkojarzeni popędziliśmy przed siebie nie zważając już na jakiekolwiek wskazówki. Ten błąd kosztował nas 6 km nie w tę "mańkę" i niezbyt miły podjazd by wrócić z powrotem na szlak. No cóż, nie ma co znowu zwalać na niekompetentnych znakarzy, tym razem była to nasza nieuwaga, jednak z drugiej strony nieuwaga na co? Na tego czego nie ma?

Nieco wkurzeni doturlaliśmy się spowrotem pod górkę po dziurawym i krzywym bruku do krzyżówki, w której nasz "szlak widmo" odbija w kierunku Leśniczówki Piekiełko. O dziwo, tuż za rozjazdem napotkaliśmy na "niebieski znaczek" oznaczony oczywiście w przeciwną stronę, co poprawiło nam trochę humory. No nic, nie pozostało nam nic innego jak dalej drożyć temat wzbijając się szlakiem w górę jeszcze gorszym i dziurawym brukiem niż wcześniej. Jednak ten fakt, mieliśmy już "głęboko". Zdążyliśmy się przyzwyczaić do gorszych warunków. Jedno co można tu powiedzieć mega dobrego to przepiękne widoki meandrującego tuż przy samym szlaku potoku. Mmmm miodzio! Po wyjeździe z lasu przywitały nas kolejne niesamowite pejzaże północnych Kaszub, zwane często "Kaszubskimi Bieszczadami". Tego nam trzeba było! Relaksu, po prostu relaksu.

Jadąc przez wsie Piecewo, Reszki, Zbychowo nieco sobie odsapnęliśmy od "ciężkiego leśnego terenu". Odpoczęły mięśnie, a wiejskie powietrze sprawiło, że jechało nam się bardzo dobrze. Po drodze kilkakrotnie zatrzymaliśmy się w celu uwiecznienia starych, zardzewiałych nieco maszyn rolniczych, które w niektórych krajach Europy spotkać można jedynie w muzeum oraz pięknych pól wysianych mleczami czy dmuchawcami. Ahhh, jednak nasz kraj jest piękny. ...Wszystko jest piękne, ... nawet ten cholerny niebieski szlak ;-)

Nad Jeziorem Wyspowo zrobiliśmy kolejny dłuższy postój, a że piękne widoki nam sprzyjały specjalnie nie mieliśmy ochoty jechać dalej. Na naszym horyzoncie prócz tafli wody leżała sobie piękna niewiasta o blond włosach, szczupłej figurze, mmmm, aż się rozmarzyłem by posmarować jej plecy olejkiem do opalania się... ;-) KristofJordan niby wgapieni w mapę, też lookali z ukrycia, hehehe.

No dobra, wróćmy jednak do rajdu. Po półgodzinnej przerwie byliśmy tak wypoczęci, że dotarcie do Wejherowa było pestką. I tak jak optowaliśmy skończyć trasę na dwie godziny przed planowanym czasem, tak się przeliczyliśmy ... Jadąc dalej niebieskim szlakiem, który o dziwo od jeziora ktoś zechciał oznaczyć w obu kierunkach, po raz kolejny zbłądziliśmy. Ktoś od razu powie, no jak można się zgubić skoro jest oznaczony szlak! A można, chociażby tak, że nie skierowaliśmy się w stronę Wejherowa, a całkiem przypadkiem wskoczyliśmy na szlak do Lęborka, który oznaczony jest tym samym kolorem. I tak sobie jadąc całkiem nieświadomi, że zmierzamy zupełnie nie w tym kierunku co trzeba przeżyliśmy sporo fajnych i nie fajnych przygód. Do tych pozytywnych z pewnością zaliczyć można przejazd przez rzeczkę, która okazała się nieco głębsza niż przypuszczaliśmy. Zaś do zdarzeń nie przyjemnych z pewnością zaliczyć można dość nieprzyjemny upadek Jordana, który jak później się dowiedzieliśmy skończył się złamaniem kości gdzieś w okolicach nadgarstka ;-/ Na te wiejskie kundle niestety nie ma rady. Następnym razem warto przeciągnąć "sierściucha" po żwirówce, może się nauczy żeby nie chwytać za nogę. Oooo!

W każdym razie po tym nieszczęśliwym upadku zrobiliśmy przerwę, tak by kolega mógł spokojnie dojść do siebie. Na początku jednak nie dawał oznak by cokolwiek było złamane, dlatego też po kilkunastu minutach przerwy ruszyliśmy dalej. W czasie przystanku looknęliśmy również na mapę by zobaczyć mniej więcej gdzie jesteśmy i tu coś nas zaskoczyło. Niby od jeziora do kolejnej wsi mieliśmy zaledwie 4 km, a my już dawno przejechaliśmy dwa razy tyle. Coś zaczęło nam nie pasować i zaczęliśmy poważnie zastanawiać się gdzie faktycznie jesteśmy.

Kiedy w końcu dotarliśmy do szosy i pierwszej wsi, okazało się, że nie ma jej na naszej mapie. No to kolejny zoonk ;-/ Szlak nas trafił i zdecydowaliśmy się zjechać do Wejherowa szosą. Jednak po drodze udało nam się zahaczyć o jedną z wiosek, która leży niedaleko Ustarbowa, którędy z kolei wiedzie szlak, którym mieliśmy jechać. Zatem uznaliśmy, że fajnie byłoby wjechać ponownie na nasz kochany szlak niebieski kończąc już z nim przygodę na dobre. Tak jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Wprawdzie do Wejherowa nie dojechaliśmy dwie godziny wcześniej, a godzinę później i nie zrobiliśmy 70 km tak jak było to w planie a ponad sto, to spędziliśmy ten dzień naprawdę miło.

Podsumowując:

Wg mnie i mam nadzieję, że i reszty również było naprawdę przednio. Szlak co rusz dawał nam do wiwatu, szarpał nam nerwy, ale było naprawdę wesoło. No może już mniej później dla Jordana, jednak wiemy, że "wyliże się" z tego i niebawem znowu do nas dołączy.

Niebieski szlak rowerowy, tzw. Trójmiejska ścieżka jest... no właśnie jaka ścieżka?, jaki szlak, hehehe. Wg mnie, a z resztą nie tylko i mnie, ten nowopowstały szlak rowerowy oznaczony przez Zarząd Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego to śmiech na sali, jest naprawdę beznadziejnie oznaczony, przynajmniej w stronę w którą my zmierzaliśmy.

Z Gdańska do mniej więcej Gdyni - nie mogę nic złego powiedzieć, tu szlak zasługuje na miano szlaku, jednak z Gdyni do Wejherowa to chyba szlak jest tylko jednokierunkowy? Dziwi nas to, że coś takiego w ogóle jest możliwe, nawet szlaki piesze są znacznie lepiej oznakowane!

Organizatorzy rajdu: Krzysztof Kochanowicz i Dariusz Zieliński

Autor relacji: Dariusz Zieliński

Zdjęcia i grafika: Dariusz Zieliński i Krzysztof Kochanowicz

P.S. Jeżeli chcecie poznać fajne towarzystwo, a przy tym aktywnie spędzać wolny czas - dołączcie się do nas. To nic nie kosztuje. Wszelkie informacje związane z uczestnictwem w naszych rajdach znajdziecie na naszej stronie

Na prośbę autorów relacji redakcja Portalu Rowerowego Trójmiasta będzie usuwać wszystkie opinie nie związane z tematem. Zatem jeśli znacie przebytą przez nas trasę, odwiedzone miejsca i chcielibyście coś dodać czego nie ujął autor relacji, podzielcie się własnymi doświadczeniami. Będą one z pewnością bardzo przydatne tym, którzy będą chcieli powtórzyć tą trasę lub ułożyć własną na jej podstawie.
Też przeżyłeś ciekawą przygodę, odkryłe(a)ś nową trasę?
Podziel się wrażeniami z innymi, napisz do nas: rowery@trojmiasto.pl.

Opinie (15)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

wydarzenia - imprezy i szkolenia

+ dodaj

Porady rowerowe

zobacz więcej »

Szlaki rowerowe

Znajdź trasę rowerową

Turystyka rowerowa

zobacz więcej »