rowery

stat

Harpagan 26; Bytonia

Moje przygotowania

Na start miałem ochotę już od dłuższego czasu, lecz jakoś nie do końca dotarł do mojej świadomości termin tegorocznej jesiennej edycji i zagapiłem się - przygotowania moje zaczęły się dopiero około 18 września. Nigdy wcześniej nie miałem okazji startować na tak dużej imprezie na orientację, zatem postarałem się najpierw o niezły podkład teoretyczny. Brałem co prawda udział w kilku nocnych marszach pieszych oraz jednokrotnie w rowerowej imprezie na orientację w lasach oliwskich (notabene organizowanej również przez klub NEPTUN), ale tych doświadczeń dużo nie było. Zerknąłem zatem do najlepszego źródła podpowiedzi - strony WWW Harpagana i relacji uczestników z ostatnich kilku edycji. Oglądałem także mapy tych imprez, analizując wybierane przez uczestników warianty przejazdów.



Przygotowanie fizyczne z różnych względów również ruszyło dopiero na 4 tygodnie przed imprezą, co przy ogólnie bardzo słabo przejechanym tym roku dawało nikłe szanse na bezbolesne przeżycie tej XXVI-tej, a mojej pierwszej, edycji Harpagana. Utrzymałem jednak konsekwentnie plan: I tydz. - przejażdżki 40-50 km, II tydz. - jazda 60-70 km, III tydz. - na zmianę dystanse 100-120km/40-50km, IV tydz. - regeneracja i odpoczynek. Szczegółami pewnie bym zanudził, napiszę tylko, że całość przygotowań odbyła się na asfaltach Kaszub i Żuław, przy często spotykanych o tej porze porywistych wiatrach. Rower - szosowy. Udało się te przygotowania ukończyć bez kontuzji, choć co prawda z lekkim podziębieniem.

Góralem, na którym zamierzałem pojechać w Harpaganie, zająłem się dopiero w ostatnim, czwartym tygodniu. Czynności, które uważałem za konieczne, objęły: zamontowanie aluminiowego bagażnika tylnego wraz z małą sakwą na nim, zmianę kierownicy giętej na płaską z rogami (i odwrócenie mostka), zmianę pedałów z masywnych shimanowych DX-ów na mniejsze i poręczniejsze, skręcenie amortyzatora do 7 cm, zmianę dętek na nowe, zmianę opon z niezbyt wygodną na bitych traktach kostką na semislicki Mach SS (do których wpompowałem po 3 atm.). Oczywiście obowiązkowo montaż błotników, lampek oraz własnorobnego ;) mapnika (powstał m.in. z resztek lemondki). Chwilę także zastanowiłem się nad siodłem i w rezultacie padło na bardzo twardego, skórzanego Nitroxa z żelową łatką w odpowiednim miejscu (siodło wykręciłem z rowerka szosowego).

Ostatni tydzień przed imprezą za cel postawiłem sobie niezłe wysypianie się i tego dotrzymałem. Na samego Harpagana pojechałem dzień wcześniej, w piątek, rezerwując nocleg kilkaset metrów od Bazy maratonu. Rano w sobotę, budząc się o 4.40, podgrzewając michę makaronu, byłem gotów sprawdzić czy moje trzytygodniowe przygotowania na coś się zdały.



No to jedziemy...

Start, jak to wiedziałem z innych edycji, miał przebieg typowy: dziesiątki rowerzystów ubranych w windstoppery i ortaliony rzuciło się o godz. 6.30 do kilku osób rozdających mapy. Potem nastąpiła chwila analizowania i wyboru trasy. Moim założeniem było nie tyle przejechanie największej ilości punktów, ile zebranie tych najbardziej wartościowych (przypomnę, iż 20 punktów które należało odnaleźć w terenie miało różne wartości wagowe, uzależnione od odległości od bazy).



Pierwszym do którego się udaję, jest punkt 13. Po drodze, na tych kilkunastu kilometrach, zamarza mi kompletnie przewód worka z piciem ;) a płyn w bidonie zamienia się w kaszkę lodową. Nic dziwnego - w momencie startu były -2 st. C, a dodatkowy pęd powietrza spowodowany utrzymaniem na tym odcinku prędkości ok. 26-29 km/h (asfalt drogi krajowej) sprzyjał zamrożeniu. Na punkcie 13, na brzegu jeziora w Wiecku niespodzianka: zastaję oznaczenie punktu, ale nikogo przy nim nie ma. Mija 1.5 minuty, a tu nadjeżdża auto z obsadą, która natychmiast wystawia kasownik i spisuje mój numer. OK. Ruszam dalej w kierunku dwunastki. Po mniej więcej 1.5 km napotykam rowerzystów nadjeżdżających... z przeciwnego kierunku! Domyślałem się że niektórzy zaczną od bliższych punktów, ale... ja ich nie powinienem był spotkać. Chwila konsternacji, analizowania mapy. Kompas w ręku. Zmieniam lekko kierunek na północ, po drodze spotykajac kilku pieszych Harpaganowiczów, którzy utwierdzają mnie w przekonaniu, że popełniłem błąd i wjechałem w nie tę przecinkę co trzeba. Zatem - korekta i obieram kierunek północno-zachodni.



Docieram do punktu 12, tam już jest kilka osób z 3-ki oraz Diablo, który po drodze z 13-stki na skutek moich zygzaków jest sporo z przodu. Punkt 14-ty to niemiła podwójna niespodzianka. Dokładnie 30 metrów przed nim słyszę chrupnięcie za swoimi plecami i trzask pękającego plastiku. Zatrzymuję rower. Krótka analiza - zerwało się połączenie bagażnika ze sztycą podsiodłową, którego nie zabezpieczyłem drugą nakrętką - kontrą. Grrr.. Pęknięta klapka bidonu isostara, przy okazji stwierdzam brak lampki tylnej (na końcu maratonu okazało się, że ktoś ją zebrał z trasy i zniósł do Bazy - dziękuję za to temu Komuś!!!). Zostawiam rowerek jak leży i idę do punktu, gdzie robię fotkę plakietce i spisuję numer drzewa - kasownika oraz obsady nie ma - to ta druga niespodzianka. Nie martwię się jednakże tym wiedząc, że dokumentacja foto jest dla organizatorów dowodem akceptowalnym w takich przypadkach ;P Mocowanie bagażnika "załatwiam" plastikową taśmą ściągającą oraz bardzo mocną gumą z klamrami (łączę nią bagażnik z siodłem), która dotychczas przytrzymywała dwa zapasowe bidony po 0,75 l picia każdy - jakoś mieszczą się do plecaczka z piciem (zapomniałem napisać, że jego rurka w końcu odmarzła). Droga do kolejnego punktu (nr 20) to kawałek asfaltu oraz bita droga polna. Po drodze napotykam co rusz rowerzystów, m.in. Anię i Scoota, którzy dają mi znać, że punkt... nie istnieje! Lekko skonsternowany jadę tam i w miejscu gdzie powinien on być - napotykam kilkunastu rowerowych uczestników imprezy. Lekka dezorientacja. To musi być tu! Zatem - pamiątkowe fotki, ktoś wykonuje telefon do Organizatora i ruszam dalej. Potem okazało się, że obsługa nie dotarła do tego punktu (ponoć zgubił się pilot :), a miejscowi musieli zedrzeć plakietkę imprezy z drzewa. No cóż.. Zdarza się.



Przyjemną drogą asafaltową z Nowych Polaszek przemykam do Starych Polaszek a stamtąd już krok do 8-mki. Następnie dobrze punktowana 15-stka, z której udaję się wprost na północ do drogi na Skarszewy. Po drodze napotykam kilku rowerzystów jadących właśnie z 18-stki, na którą ja się wybieram. Potwierdzam swoje przypuszczenia co do przebiegu drogi w tamtym kierunku. Jeszcze podjazd brukowy za Skarszewami (na drodze prowadzącej dokładnie na południe) i... napotykam naprzeciwko siebie kogoś, kto jedzie z punktu 6 i tak samo jak ja - liczy kilometry odczytane z mapy porównując do tych "licznikowych". Również szuka 18-stki. Hę? Moje spostrzeżenia wskazują, że powinienem jeszcze jechać bardziej na południe (około kilometra), on twierdzi, że wg. niego zjazd do punktu jest 2 km wyżej na północ. Chwilę dyskutujemy, sprawdzamy jedną z odnóg, po czym decyduję się jednak na swój plan, on - na swój. Jak się niedługo potem okazuje - liczyłem dobrze.



Trafiam na punkt 18. Tutaj małe wahanie: jechac na 5 (za 2 punkty wagowe), czy konsekwentnie realizować plan i podążać na 16-stkę? Wybieram drugą opcję. Przejeżdżam przez Starogard Gdański kierujac się na Koteże i bez problemu dojeżdżam na parking przy leśnictwie Wygoda. Kilka minut odpoczynku, wyrzucam niewiele śmieci. Droga asfaltową, przez Zieloną Górę (tak tak!) i Lubochowo wpadam w przecinkę ku punktowi 11. Niestety gdzieś po drodze wybieram nie tę co trzeba ścieżkę i ląduję co prawda na przejeździe, ale samochodowym, który jest zbyt blisko Lubichowa. Punkt 11 jest zaś skrzyżowaniem drogi (przy rzece) i wiaduktu kolejowego. Decyduję się na przejazd równolegle do torów, najpierw drogą bitą, następnie - rowem przeciwpożarowym (zarośniętym trawą). Jeszcze tylko zjazd po zakrzaczonym zboczu i ... trafiam do przepięknego miejsca. Tam też właśnie znalazł swoje miejsce punkt. Kasownik idzie w ruch. Jadę dalej, tzn. idę. Bo przechodzę po wiadukcie prowadząc rower i kieruję się przecinkami (znowu przecinki, hehe) na południe, ku drodze z Ocypla do miejscowości Wda.



We Wdzie udaje mi się zakupić dodatkowy litr napoju jabłkowo - miętowego. 19 jest prosty do odnalezienia, potem już tylko skok do 9-tki, w ktorej zatrzymuję się na 10 minut, analizując czas i własne możliwości. Jak na razie - nic nie boli, funkcjonuję poprawnie. Jest godzina 15:34. jechać na 17, potem 10 i jak najprostszą drogą do szosy Czarna Woda - Bytonia, czy nie kombinować i wybrać 10 a potem skonfrontować jeszcze raz czas? Wybieram drugie rozwiązanie. Dziesiątka także znajduje się bez problemu, jadę dalej na Zimne Zdroje, chcąc dostać się do do wspomnianej drogi krajowej 22. Jednakże tu niespodzianka. Z Zimnych Zdrojów nie ma wprost asfaltu tam gdzie chcę, więc podążam przez Hutę Kalną i wjeżdżam na rowerowy żółty szlak. Weryfikacja czasu - i decyzja. Jadę jeszcze na czwórkę. Mała pomyłka wyprowadza mnie w przysłowiowy "las" , zawracam i... napotykam na punkt 4. Zaliczony. Coś kusi - 'pojedź jeszcze na jedynkę', ale rozsądek wskazuje - 'nie szarżuj :P wracaj na asfalt do Młyńska i asfaltem spokojnie do Bazy'. Tak tez uczyniłem. Po drodze łapią mnie delikatne skurcze w prawej łydce i zaczynam czuć ukłucia w lewym kolanie. Na asfalcie odpoczywam, a wpadając na krajówkę dokręcam do 28-30 km/h. Po chwili mijam tablicę z napisem Bytonia i melduję się na MECIE.



Podsumowanie

Zakończenie Harpagana 26 zostało zaplanowane na godz. 21.30 i odbyło się z niewielkim poślizgiem. Korzystając z tego w międzyczasie zapodałem posiłek w bazie (wliczony w koszty wpisowego), prysznic oraz dodatkowy posiłek w miejscu mojego zakwaterowania, bogato popijany płynami.

Organizatorzy podsumowując imprezę stwierdzili przybycie łącznie 627 uczestników, z których 187 wybrało trasę rowerową. Tym razem, korzystając ze sprzyjającej pogody, oprócz wielu pieszych z kompletem punktów, tytuł Harpagana uzyskali aż czterej uczestnicy rowerowi: Daniel Śmieja, Grzegorz Grabiec, Andrzej Chorab oraz Roman Trzmielewski. Mnie udało się "wypracować" pozycję 33-cią, co uważam za dobry wynik biorąc pod uwagę poziom swojego przygotowania ;P Poniższa mapka pokazuje moją trasę (dla uproszczenia punkty połączyłem liniami prostymi). Opis, np. 12(3) znaczy: punkt 12 o wadze 3.



Słowa pochwały należą się bezwzględnie Organizatorom, którzy z edycji na edycję przyjmują uwagi startujących i poprawiają co należy poprawić. Tym razem - potknięć nie było prawie wcale.

Parę danych z jazdy:
- czas całkowity: 11 godz. 34 min.
- czas jazdy: 9 godz. 2 min.
- dystans: 183 km
- średnia prędkość: 20,4 km/h
- wypite płyny łącznie: ok. 4,5 l
- zjadłem: 3 carbosnacki, 2 batoniki zbożowe, 2 batony booster.

Następny Harpagan odbędzie się w połowie kwietnia 2004 roku w Gdyni. Do zobaczenia!

Tekst & foto: Tomek 'TJ'
Też przeżyłeś ciekawą przygodę, odkryłe(a)ś nową trasę? Podziel się wrażeniami z innymi, napisz do nas.

Opinie (31)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

wydarzenia - imprezy i szkolenia

+ dodaj

Porady rowerowe

zobacz więcej »

Szlaki rowerowe

Znajdź trasę rowerową

Turystyka rowerowa

zobacz więcej »