Dołącz do ludzi pozytywnie zakręconych!
stat

Wzdłuż Kosy Północy, czyli z Helu do Gdańska nocą

Na godzinę przed odpłynięciem "morskiego tramwaju", na Skwer Kościuszki w Gdyni, gdzie postanowiliśmy się spotkać, stawiło się łącznie 9 chętnych. Jedynie Darek przybył nie z zamiarami takimi jak większość, a pomachać nam chusteczką na pożegnanie ;-) Tuż przed zakupem biletów okazało się, że wszyscy mniej czy więcej już się znamy, dlatego rajd ten uznać można niemalże za wypad "rodzinny". Pomimo, iż słońce było już dość nisko i nie było tak upalnie jak za dnia, wszyscy zajęliśmy miejsca na najwyżej położonym pokładzie by móc rozkoszować się pięknymi morskimi widokami. Podczas rejsu, pomimo, iż łajbą nieco kołysało, świetny humor nas nie opuszczał, dlatego też podróż przeminęła nam w "mgnieniu oka".



Po godzinie dopłynęliśmy do Helu, gdzie zamierzaliśmy po pierwsze zwiedzić szlak militarii, po drugie przy ostatnich promieniach słońca powylegiwać się na plaży, wykąpać się w morzu i na zakończenie wizyty, zjeść jakąś pyszną bałtycką rybkę, by do domu nie wracać z "echem" w żołądku. Zanim zjechaliśmy do wsi rybackiej, słońce zmierzało już ku zachodowi, dlatego dużo czasu na zwiedzanie nie mieliśmy. Kościółek i jego bramy były już zamknięte, na zwiedzanie latarni też już trochę było późno, dlatego skierowaliśmy się od razu ku szlaku militarii, bohaterskiej obrony Helu. Wg znawców to wyspa skarbów historii polskiej, nas jednak specjalnie to nie zachwyciło. Zobaczyliśmy kilka fortyfikacji, po czym udaliśmy się na plażę. Zaś po pięknym zachodzie słońca pojechaliśmy wszyscy do knajpki zwanej smażalnią ryb, gdzie skosztowaliśmy wyśmienitych morskich przysmaków. Taką oto ucztą zakończyliśmy wizytę na Helu i wraz z zapadnięciem zupełnego zmroku ruszyliśmy w ciemną dal...



Początkowo tuż za wsią skierowaliśmy się ku nowej ścieżce rowerowej, jednak jak tylko zagłębiliśmy się w lesie Wojtek złapał gumę. Pech... szkło z rozbitej butelki na środku szlaku rowerowego? To chyba nie przypadek, a ludzka złośliwość. Ale tą kwestię pominę, gdyż zarówno ta usterka jak i dwa kolejne małe incydenty ani nie zepsuły mam humoru, ani miłej atmosfery rajdu. Jako, że naprawa trwała nieco dłużej niż byśmy przypuszczali, postanowiliśmy ten ciemny odcinek z Helu do Juraty przejechać szosą.



W Juracie pomimo, iż czas nieco nas gonił i mieliśmy już małe opóźnienie zatrzymaliśmy się na pamiątkowe zdjęcie na tutejszym molo. Później staraliśmy się zbytnio nie tracić czasu aż do samego Władysławowa, choć po drodze kilka razy zmuszeni byliśmy zmniejszyć tempo ze wzglądu na turystów, którzy niczym święte krowy szli po całej szerokości ścieżki. Na to już nie będę się skarżył, bo i tak nic nie wskóram, nie ma co się łudzić, pomimo pięknych deptaków i ścieżek rowerowych Polacy szybko nie zmienią swej postawy...
Podsumowując jazdę nowo wybudowaną ścieżką rowerową wzdłuż Półwyspu Helskiego muszę powiedzieć, iż byłbym pod miłym wrażeniem, gdyby nie niemalże 90 stopniowy zakręt na ostatnim odcinku przed Władkiem. Dobrze, że nie jechaliśmy szybko i że w porę zorientowaliśmy się o co chodzi, bo mogłoby to skończyć się o wiele gorzej.



Ze względu na dość porywisty wiatr we Władysławowie również odpuściliśmy sobie jakiekolwiek zwiedzanie. Zamiast do portu, dobiliśmy do stacji paliw i całodobowego sklepu, gdzie uzupełniliśmy płyny na dalszą drogę. Jako, że podczas jazdy półwyspem nieco dmuchało i nie było tak ciepło jak byśmy przypuszczali, woleliśmy nie robić tu dłuższych postoi, by po pierwsze nie zmarznąć, po drugie trzymać się czasu, by Wojtek zdążył do pracy.



Odbijając za Władysławowem w kierunku Pucka cały czas staraliśmy się jechać wzdłuż brzegu. Z wcześniejszych doświadczeń wiedzieliśmy, iż do samego Swarzewa można swobodnie dojechać ścieżką rowerową, niegdyś szlakiem turystycznym o nazwie wywodzącej się od miejscowości, o której mowa. Jednak nikt z nas by nie przypuszczał, że "konstruktorzy" owej nadmorskiej promenady dla upiększenia swego dzieła wymyślą coś w rodzaju betonowych "kwietników", które w żaden sposób nie zostały zabezpieczone, przed posadzeniem tam jakiejkolwiek roślinności. Z tego co się dowiedzieliśmy, szkoda, że już po fakcie, stały takie "gołe", niczym studnie i stwarzały zagrożenie nie tylko dla turystów pieszych czy rowerzystów poruszających się w nocy ale i za dnia. Szkoda, że promenadę oddano do użytku bez jej zakończenia, szkoda że zabrakło tych kilkunastu złotówek na wsadzenie tam kilku kolorowych kwiatków, czy krzewów. Szkoda.... bo do tragedii niewiele brakowało! Jadąc przy pięknym blasku księżyca, który odbijał się od tafli Zatoki Puckiej, "pięknie przygotowaną" promenadą nadmorską nigdy bym nie przypuszczał, że mógłbym wpaść w tak głęboki wykop, niemalże jak kamień w studnię, waląc głową prosto w chodnik. Ułamki sekund, początkowo wielki nur, a następnie lot przez kierownicę... później już tylko bezwład, jakieś poruszające się nade mną postacie, jakieś głosy... Po kilku kolejnych sekundach zaczynam kojarzyć, dochodzić do siebie. Czuję ogromny ból w klatce piersiowej i innych częściach ciała. Gdyby nie kask, nie wiem jakby to się skończyło...



Szczęście w nieszczęściu. Dobrze, że nic poważniejszego mi się nie stało, a drobne stłuczenia jak to się żartobliwie mówi: "do wesela się zagoją". Dobrze również, że nie jechaliśmy koło w koło i nikt inny nie musiał tego doświadczać co ja. W końcu po takich przygodach, mieliśmy tak serdecznie dosyć owej "nowo wybudowanej ścieżki rowerowej", że postanowiliśmy dalszą drogę kontynuować ruchliwą, obecnie poszerzaną drogą wojewódzką nr 216.



Do Pucka dojechaliśmy bez żadnych incydentów. Tu zamierzaliśmy zrobić większy odpoczynek, niemniej jednak fakt o braku oświetlenia zarówno na deptaku nadmorskim jak i samym molo z charakterystycznym "spodkiem" na jego końcu nieco nas zmartwił. Dlatego też nie zagościliśmy tu zbyt długo. Jako, że Puck nocą specjalnie nas nie uroczył, uznaliśmy że z pewnością bardziej atrakcyjnym miejscem będzie nocna wizyta pięknego zamku w Rzucewie. Lecz i tu mocno się przeliczyliśmy! Pomimo tak atrakcyjnego miejsca za dnia, w nocy nic zza jego bram nie dostrzegliśmy. Słychać było jedynie ujadające psy, dlatego też nie mieliśmy zamiaru nadwerężać zbyt długo ich cierpliwości.



Z Rzucewa, początkowo planowaliśmy pojechać przez Rezerwat Beka do Rewy, lecz szybko z tego planu zrezygnowaliśmy. Po części przeze mnie i bóle, jakie odczuwałem w okolicy żeber, nie czułem się na siłach by poprowadzić tak wyboistą drogą. Z drugiej strony obiecałem Wojtkowi, że zdąży jeszcze przed pracą się wypluskać i umyć ząbki ;-) Dlatego, chcąc nie chcąc daliśmy sobie spokój z przedzieraniem się przez tatarakowy busz i idąc nieco na łatwiznę pojechaliśmy nieco spokojniejszą drogą przez Marzęcino, Mostowe Błoto, Kazimierz, Kosakowo, aż do Pogórza Górnego. Tu jeszcze na chwilę, dosłownie przez zjazdem tzw. serpentyną zatrzymaliśmy się na jednym z tarasów widokowych w celu podziwiania pięknej panoramy na kolorowo oświetloną Stocznię Gdynia. Dalej przedzierając się przez przemysłowe dzielnice Gdyni dotarliśmy do centrum oraz do Skweru Kosciuszki, skąd dzień wcześniej rozpoczynaliśmy rajd. Tu zrobiliśmy sobie ostatnie pamiątkowe wspólne zdjęcie, jak również pożegnaliśmy Agnieszkę. W drodze do Sopotu powoli wstawał nowy dzień, a na wysokości sopockiego molo ujrzeliśmy piękny wschód słońca. Rajd zakończyliśmy przy gdańskim molo robiąc łącznie 112 km.



Podsumowanie

Z pewnością, gdyby tak wymazać z pamięci wszystkie pułapki, które czyhały na nas na nowo przygotowanej ścieżce rowerowej, mógłbym powiedzieć, że był to świetny rajd. I nie powiem inaczej, gdyż rajd, naprawdę mile wspominam, poza oczywiście incydentem, który mnie spotkał. To, że miałem niemałe "bam", nie zmienia faktu, że atmosfera była przednia! Pomimo natłoku turystów, Półwysep Helski w sezonie letnim ma swój klimat.

Analizując natomiast kolejne, nie pierwsze i nie ostatnie przykłady bezmyślnie zaprojektowanych ścieżek rowerowych w naszym kraju, dochodzę do wniosku, iż lepiej jednak, a nawet bezpieczniej byłoby nam poruszać się drogami asfaltowymi wśród samochodów. I jak tu rozkoszować się przyrodą, cieszyć się pięknymi widokami, jak nagle, bez wcześniejszego oznakowania na 2/3 metry przed kołem "wyrasta" 90-stopnipwy zakręt bądź studnia na pół metra głęboka? Nie warto ryzykować życiem przez głupotę nieodpowiedzialnych ludzi! Znając nasze polskie realia pewnie nadal tak tam stoją stwarzając zagrożenie nie od dziś. Może kiedyś jak nasi wspaniali "konstruktorzy" zaczną myśleć głową, powrócimy na ścieżki rowerowe, może kiedyś będą one bezpieczniejsze...

Za rok spróbujemy zarówno za dnia, jak i w nocy pokonać po raz kolejny ten sam odcinek. Mamy nadzieję, że owe niebezpiecznie miejsca będą bardziej widoczne i nikomu nie zdarzy się już tam krzywda.

Rajd zorganizowali:
Krzysztof Kochanowicz & Cezary Buchholz (Grupa Rowerowa Trójmiasto)
Autor relacji i zdjęć: Krzysztof Kochanowicz

Opinie (28)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.