Dołącz do ludzi pozytywnie zakręconych!
stat

Szlak Zagórskiej Strugi ... dosłownie

Punktualnie o 9.30 przyjechał po mnie Maciek i razem pojechaliśmy na miejsce spotkania, które miało miejsce przed wejściem głównym na molo w Sopocie. Jadąc sobie spokojnie deptaczkiem, nagle coś strzeliło i złapałem gumę ! Co za pech tuż przed samym molo! Chyba był to "odgórny" znak, żebyśmy odwołali rajd, lecz jlakoś zbytnio go nie zakumałem :-), wziąłem szybko rower na plecy, doszedłem na miejsce naszego spotkania, po czym oczekując na kolegów zabrałem się za wymianę dętki. Przed molo czekał już Jacek, Robert i Adam, który przyjechał niestety tylko odprowadzić Roberta, poczym życząc nam udanego rajdu ruszył do pracy... Ostatecznie, pomimo iż nasz wyjazd trochę się opóźnił, nikt więcej do nas nie dołączył.



Spod molo ruszyliśmy w stronę Kamiennego Potoku by dostać się na czerwony szlak, Szlak Wejherowski. Będąc już koło AquaParku niebo zaczęło się chmurzyć, lecz jakoś nie odstraszyło to nas, by przerwać rajd. W prawdzie mówiąc, taką mieliśmy ochotę przedrzeć się czarnym szlakiem przez Trójmiejski Park Krajobrazowy, że było nam wszystko jedno co do pogody. Stwierdziliśmy, że i tak go przejedziemy, nawet jakby miało lać przez cały dzień. No i chyba wykrakaliśmy. Nie minęło pół godziny, a niebo przykryte było kompletnie chmurami i zaczęło powoli kapać. Kap, kap, kap... wdrapujemy się pod górkę, a któryś z nas mówi "...Dziś mają być deszcze, tylko przelotne, poza tym jesteśmy w lesie więc będzie spoko" :-) Fajnie by było, gdyby było chociaż "przelotne słońce" , lecz od tego momentu słońce zaświeciło dopiero jak dojeżdżaliśmy do Wejherowa, czyli około godziny 19 !!! Na czerwonym szlaku tylko delikatnie kapało, a szlak i tak był bardzo śliski. Miejscami, było dość grząsko, ale nie aż tak by nie dało się przejechać. Myślałem, że ze względu na moje totalnie łyse opony, nie dam rady i co pięć minut będę leżał, ale to nie ja pierwszy wywinąłem orła :-) Do przeprawy przez strumyk, niedaleko Rezerwatu "Kacze Łęgi" jechało się w miarę przyjemnie. Bywały odcinki, gdzie trzeba było wziąć rower na plecy, lecz nie stanowiły ode większych trudności.



Gdy dojechaliśmy do strumyka, mieliśmy małą zagadkę jak przez niego się przeprawić, tak by nie zamoczyć nóg. Hmmm ? W sumie niedaleko leżało powalone drzewo, po którym można by było przejść na drugą stronę. Lecz weźmy pod uwagę, że pień był śliski, a wszyscy są w SPD'ach :-) (oprócz Jacka) Pierwszy przez potok odważył się przejechać Maciek, i prawie mu się tu udało, ledwo, ledwo, ale dotarł do brzegu. Niestety potok w tym miejscu był dość głęboki i chcąc, nie chcąc zamoczył buty. Jacek stwierdził, że jednak przejdzie powalonym drzewem. Ja, nie chcąc robić "lipy" stwierdziłem, że też przejadę... ale zacząłem się wahać, gdyż nie mam jeszcze opanowanej techniki wypinania się w wodzie :-) Dlatego też przede mną ruszył Robert, który "sprawdził" grunt. Udało mu się przejechać na drugą stronę pomimo, iż były kamienie, ale zamoczył jedną nogę. Mi już różne myśli po głowie chodziły... powiedziałem reszcie, by zacisnęli kciuki, żebym nie dał nura :-) Ale wszystko poszło gładko. Mi również udało się przejechać na drugi brzeg, lecz podobnie jak Robert zamoczyłem buta; dobrze, że tylko jednego :-) Za strumykiem, z czerwonego szlaku zjechaliśmy na czarny i w prawdzie mówiąc, tu zaczęły się nasze prawdziwe przygody...



Najpierw klika podjazdów i zjazdów, kolejny mały strumyczek, przez który każdy bez problemu przeleciał górą; było w miarę dobrze. Lecz będąc już za obwodnicą, troszeczkę mocniej zaczęło padać i szlak zaczął "nabierać wody". A my byliśmy już tak przemoczeni, że wszystko było nam jedno. Ładnie mówiąc, pogoda się popsuła na maxa :-) Wiaterek również sobie nie żałował, wyginając drzewa na wszystkie strony. Dobrze, że jechaliśmy lasem, bo na pustej przestrzeni chyba byśmy odfrunęli przy tak silnych podmuchach. Na szlaku zaczęły tworzyć się coraz to większe kałuże, a pod nimi czyhały na nas koleiny i głębokie dziury. Było bardzo ślisko, a konsekwencje - bardzo różne. Na szczęście upadki były w miarę delikatne. Jedni, na miększe lądowanie wybierali pokrzywy (podobno są zdrowe), inni błoto (maseczka na twarz, w sam raz). Początkowo mieliśmy z tego niezłą "bekę", lecz później gdy powoli sprzęt odmawiał posłuszeństwa, miejscami było nieciekawie :-((( Dlatego też w Koleczkowie zjechaliśmy na chwilę ze szlaku, by osuszyć w szczególności rowery, podciągnąć trochę linki hamulcowe i w przydrożnym sklepie uzupełnić zapas prowiantu na dalszą drogę.



Po krótkiej przerwie ruszyliśmy dalej. A jakieś 5 km za wsią, na naszej drodze napotkaliśmy na białego "Passata", jakoś dziwnie się trzęsącego :-))) No tak, skoro lato jest takie zimne, a łąki i żyto mokre, w domu starzy podsłuchują, albo rodzeństwo przeszkadza, to najlepsze wyjście, pojechać gdzieś w las... Las, lasem, ale w takim deszczu, nikomu nie przyszłoby do głowy by wybrać się na spacer, ...czy na rower! Hmmm, jakieś dziwne miny mieli... Dalej Szlakiem Zagórskiej Strugi dotarliśmy do Leśniczówki Piekiełko. Tu wpadliśmy na znacznie szerszą drogę, lecz brukową :-( ..., ale wracając do tematu testowania amortyzatorów :-) również ostro nas wytrzęsło. Tyle tylko, że nie sprawiało to większej przyjemności :-( Byliśmy cali mokrzy. Skończył się las, a wiatr nie przestawał wiać... Zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie. Dobrze, że otwartym terenem nie jechaliśmy dłużej, bo palce u rąk strasznie nam zmarzły i wyglądały jak u trupa. Dobrze, że po ok.500 metrach ponownie wjechaliśmy w las. Zaczęły się podjazdy, dzięki którym mogliśmy się rozgrzać, dlatego też cisnęliśmy ile sił było w nogach. Pomimo, iż było bardzo ciężko, nikomu nie przyszło do głowy by dać sobie spokój i zjechać do Rumi.



Droga brukowana pod górę ostro dawała nam we znaki, a co najgorsze zrobiło się zupełnie ciemno. Zaczęło tak mocno padać, że "świata" nie było widać, jakby oberwało chmurę (???) W kasku miałem niezłe stereo; czułem się jak na koncercie ... Deszcz, deszczem i tak byliśmy cali mokrzy, ale po chwili zaczęło grzmieć. Jakoś zbytnio nie uśmiechało nam się przedzierać przez las w burzy. Nie wiedzieliśmy co zrobić, czy odczekać, czy próbować przedzierać się dalej. O powrocie nie było mowy ! Jednak po kolejnych metrach drogi musieliśmy stanąć. Nie dlatego, że zwątpiliśmy, lecz ze względu na Maćka, który przebił dętkę :-( Podczas tego postoju mieliśmy nadzieję, że może po tak silnym deszczu choć na chwilkę zaświeci słońce... He, He, marzenia... W prawdzie burza przeszła bokiem, a siła deszczu trochę osłabła, lecz i tak nieźle lało :-(



Czym bardziej oddalaliśmy się od Rumi, tym szlak był coraz mniej przejezdny. Zaczęły tworzyć się "górskie potoki", a gdzieniegdzie nawet kaskady. Brakowało tylko wioseł :-))) Droga pod nurt "rzeki" (o szlaku raczej nie można było mówić, chyba że wodnym) była bardzo utrudniona. Przedzierając się dalej, nie było mowy o kałużach, szlak do tego stopnia był zalany, że miejscami napotykaliśmy na "jeziora", których głębokość niekiedy przekraczała granicę korby, sięgając kolan !!! Niektóre próbowaliśmy ominąć, lecz droga bokiem była jeszcze gorsza. Naniesiony przez potoki piach był grząski, podobnie było z runem leśnym. Najlepszym rozwiązaniem był po prostu przejazd lub przejście z rowerem na plecach przez środek "jeziora". Zazwyczaj wybieraliśmy ten pierwszy sposób. Niekiedy kończyło się to nie najlepiej, lecz woda była dość ciepła :-)

W drodze do Zbychowa, nasze rowery były oblepione błotem. Łańcuchy już rzęziły na maxa; dobrze, że żaden nie pękł. Przerzutki odmawiały posłuszeństwa, a o hamulcach już nie wspomnę. Niektóre zjazdy były tak ostre, że nawet maksymalnie zaciśnięte klamki hamulcowe nie dawały rady spowolnić roweru. Moich klocków prawie widać nie było.



Gdy zbliżaliśmy się Redy, przestało trochę padać, lecz co z tego, jak szlak i tak przypominał już jedno wielkie jezioro. Jazda, a raczej "spływ górskimi potokami" był o wiele przyjemniejszy i bezpieczniejszy niż jazda drogą brukowaną, pokrytą cienką warstwą Lecz na wysokości Redy mieliśmy już dosyć. Przestało nas już to wszystko bawić, gdyż od ponad 6 godzin byliśmy totalnie przemoczeni. Dojechaliśmy do szosy, przy której widniała nazwa miasta. Mieliśmy ochotę "rzucić w cholerę" to wszystko... Lecz Robert, zbytnio nie był zadowolony. Dlatego też po krótkiej rozmowie, doszliśmy wspólnie do wniosku, że wypadałoby jeszcze trochę się pomęczyć i dojechać do celu, czyli do Wejherowa. Głupio byłoby prawie przed końcem zrezygnować. Dzięki Robertowi, pokonaliśmy nasze słabości i ruszyliśmy dalej...

Droga do Wejherowa nie była specjalnie trudna. Po drodze było parę większych podjazdów i zjazdów, ale najgorsze było już za nami. Poza tym zaczęło wreszcie się rozjaśniać !!! Podskoczyła też trochę temperatura i ogólnie było miodzio. Do Wejherowa zajechaliśmy lekko po godzinie 19. Zanim jednak wsiedliśmy do kolejki SKM wpadliśmy na pomysł by się trochę obmyć, bo coś dziwnie ludzie na nas patrzą (???) Poza tym chcieliśmy jeszcze zrobić małe zakupy, a "w skórze krokodyla" z centymetrową warstwą błota, mogliby do sklepu nas nie wpuścić. Dlatego na piękne zakończenie naszego rajdu, skorzystaliśmy z małej fontanny w centrum miasta, gdzie trochę doprowadziliśmy się do ładu. Kilkanaście minut, dosłownie fartem zdążyliśmy na SKM'kę, którą ruszyliśmy w stronę naszego wymarzonego, cieplutkiego domu...

Już, chyba dawno nie było tak ciężko, no i pierwszy raz zdecydowaliśmy się jechać w tak "mokrej" pogodzie. Podsumowując wszelkie trudności, które spotkały nas na Szlaku Zagórskiej Strugi, oraz zajechany sprzęt na maxa, możemy powiedzieć, że warto było !!! Pomimo silnego wiatru, deszczu i burzy nie poddaliśmy się ! Gdybyśmy tak czekali na piękną pogodę, nie wiadomo czy doczekalibyśmy się jeszcze przed końcem wakacji !

Dziękuję za współpracę Maćkowi, Robertowi i Jackowi. Szkoda, że Kuba i Adam musieli w tym czasie być w pracy, bo znając ich zawziętość, też by z nami pojechali... No szkoda, może następnym razem. A może tak wybierzemy się na czerwony szlak "Wejherowski", albo nie, poczekajmy z tym do zimy, będzie bardziej rzeźnicko :-)))

Tego dnia przejechaliśmy 82 km (95 łącznie z dojazdem na miejsce spotkania) ...A ile kilometrów w tym przepłynęliśmy??? Trudno powiedzieć :-)))

Relacja pochodzi ze strony Grupy Rowerowej 3miasto

Dołącz do ludzi pozytywnie zakręconych
O naszych inicjatywach, rajdach i wycieczkach dowiesz się regularnie odwiedzając naszą stronę internetową lub wpisując się na listę sympatyków. Jeśli chcesz być na bieżąco informowany co organizujemy, napisz do nas e-mail: gr3miasto@gmail.com

Opinie (18) 5 zablokowanych

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.