Dołącz do ludzi pozytywnie zakręconych!
stat

Szlak Kaszubski: Gołuń - Sierakowice

Szlak Kaszubski to najdłuższy i zarazem chyba najpiękniejszy szlak całego regionu gdańskiego. Krętą trasą przemierza niemal cały obszar Pojezierza Kaszubskiego, a przynajmniej zachodnią, lwią jego część zaznajamiając z większością jego najcenniejszych walorów. Na jego trasie znajdują się: rejon jezior wdzydzkich, okolice Kościerzyny, Jeziora Raduńskie oraz Lasy Mirachowskie.

My szlak Kaszubski zaczęliśmy od końca, zaczynając naszą wycieczkę w Gołuniu i kończąc Sierakowicach osiągając tam 133 kilometr szlaku. Na podbój szlaku oprócz mnie odważył się jedynie Krzysiek, znajomy z poprzednich edycji Harpagana i innych rajdów. W Kartuzach jednak, tuż po zapadnięciu zmroku Krzysiek postanowił zakończyć trasę i wrócić do Gdańska szosą. Ja zaś nie dając za wygraną podążyłem dalej przez Lasy Mirachowskie do Sierakowic. Na miejsce zajechałem prawie na pół godziny przed północą, a że fizycznie byłem już wykończony, przyjechali po mnie Mxer i Phantom. Dlatego też, tu na wstępie chciałbym im serdecznie podziękować za wsparcie.

Parametry trasy

  • Region woj. pomorskie
  • Długość trasy 133 km
  • Poziom trudności trudny
Trasy rowerowe


Łącznie z dojazdami zrobiłem 152 km. 133 kilometrowy szlak Kaszubski wraz z postojami przejechałem w 13,5 godziny.

Tak jak zapewnia PTTK, szlak jest bardzo atrakcyjny i zróżnicowany zarówno jeśli chodzi o walory krajobrazowe jak i w odniesieniu do trudów wycieczki. Znaleźć tu można odcinki łatwe, dogodne także dla innych rodzajów turystyki, ale są też fragmenty bardzo ciężkie, gdzie rowery trzeba było przenieść.

Wystartowaliśmy z Gołunia. Na ten trudny i wymagający rajd oprócz mnie zdecydował się jeszcze Krzysiek Wasilewski, znajomy ze wcześniejszych rajdów i imprez rowerowych, zatem było nas już dwóch! Jednak zanim dowiedziałem się, że nie jestem sam, włosy kilkakrotnie zdążyły mi się zjeżyć na głowie. W końcu przejechanie ponad 150 km w takich warunkach to nie lada wycieczka, a z pewnością nie już sielanka. Początkowo miałem jechać wraz z Maćkiem Świeczkowskim, znajomym z GRT, jednak rano, dowiedziałem się, że siła wyższa zatrzymała go w domu. W Gdyni, na miejsce startu oprócz mnie samego nikt inny się nie stawił, a parka rowerzystów, która wsiadała do pociągu, raczej nie wyglądała na takich, którzy by pragnęli zmierzyć się z tym szlakiem. Obserwując moknący peron zza okna podstawionego już pociągu uznałem, że pojadę sam, w końcu nie pierwszy i nie ostatni raz!

O 7.35 pociąg ruszył, a ja wraz z nim. Po tym fakcie wysłałem kilka sms'ów do znajomych, by trzymali za mnie kciuki. Jadąc w ostatnim wagonie było mi tylko powoli przyzwyczajać się do mokrej aury i przygotowywać się psychicznie do samotnej drogi. Wtem jednak zdzwonił telefon. Odezwał się głos Krzyśka, który zapytał, w którym jestem wagonie, gdyż zamierza dosiąść się w Rębiechowie. Wiadomość ta bardzo mnie ucieszyła! Jazda we dwójkę to zupełnie już inna historia, inny scenariusz! Po ponad półtora godzinnej jeździe pociągiem dojechaliśmy do Kościerzyny, skąd na kołach już dostaliśmy się do Gołunia, gdzie zamierzaliśmy rozpocząć przygodę ze szlakiem Kaszubskim. O dziwo pogoda, która była w Gdyni, miała się nijak do tej którą zastaliśmy na miejscu. Na Kaszubach świeciło piękne słonko, jedynie po drogach widać było, że wcześniej padało.

Z miejsca startu skierowaliśmy się na Wdzydze Kiszewskie wzdłuż brzegu jeziora Gołuń. Przed Wdzydzami, a dokładniej przed najstarszym w Polsce skansenem - Kaszubskim Parkiem Etnograficznym wróciliśmy z powrotem znad jeziora na szosę, którą to dostaliśmy się do skrzyżowania głównych szlaków wodnych, tzw. krzyża. To tu zbiegają się właśnie wszystkie ramiona tzw. Kaszubskiego Morza, czyli: jeziora Gołuń od wschodu, jeziora Wdzydzkiego od południa, jeziora Radolnego od zachodu i jeziora Jeleniego od północy.

Stąd odbiliśmy ku północy w kierunku znanego Hotelu Niedźwiadek, podążając dalej dość trudnym i wymagającym brzegiem jeziora Jelenie. Odcinek ten jak na początek trochę dał nam w kość. Wąska ścieżka, śliskie korzenie, miejscami zabagniony teren i kilka gleb na "piękny początek dnia" były dobrą lekcją. Za Ośrodkiem Wypoczynkowym Politechniki Gdańskiej trasa szlaku odbiła w lewo na Skoczkowo i okolicę Czarliny. Po pokonaniu rzeki Trzebiochy znowu skierowaliśmy się ku północy jadąc utwardzoną drogą przez las, która doprowadziła nas do Wawrzynowa oraz do Loryńca. Za Loryńcem zmierzając powoli do granic Wdzydzkiego Parku Krajobrazowego przecięliśmy zielony szlak Kamiennych Kręgów i dobiliśmy do Grzybowskiego Młynu. Tu zrobiliśmy sobie małą przerwę. Pogodę mieliśmy wyśmienitą, na niebie przewijały się jedynie delikatne obłoczki, jednak wiatr miejscami był porywisty.

Dalej wraz ze szlakiem podążyliśmy w kierunku jezior Sominko, Żółnowo, Sudomie, Mielno i przecinając Pilicę dojechaliśmy do Łubiany nad jeziorem Granicznym. Niespełna 2 km dalej przecięliśmy szosę relacji Kościerzyna - Bytów i skierowaliśmy się do Garczyna, który przypomniał nam stare dobre czasy wyjazdów obozowych i kolonii.

Kolejny trudny odcinek mieliśmy do pokonania nad jeziorem Garczyn, na szczęście nie za długi. Dalej pokonawszy most w Wieprznicy odbiliśmy nad skraj jeziora, którego jazda brzegiem też do łatwych nie należała. Dróżka wyła wąska i miejscami bardzo grząska. Za jeziorem szlak odbił ku drodze, którą prowadzi szlak rowerowy; dojechaliśmy nią do miejscowości Cząstkowo, a tam z kolei odbiliśmy na Skorzewo, leżące przy drodze wojewódzkiej nr 214 relacji Kościerzyna - Stężyca. W Skorzewie zatrzymaliśmy się na chwilę i korzystając z okazji zahaczyliśmy o sklep w celu uzupełnienia zapasów prowiantu na dalszą drogę. Tu pogoda nieco się zepsuła. Zrobiło się szaro i miejscami pokropił deszcz.

Ze Skorzewa udaliśmy się drogą szutrową w kierunku jezior LubowiskoDąbrowskie, pomiędzy którymi jakiś czas później się przedzieraliśmy. Na przesmyku, pomiędzy jeziorami wznosi się przepiękny drewniany dom, przy którym również na kilka minut dane nam było przystanąć. A widoki stąd? Cudne! Za przesmykiem pomiędzy jeziorami odbiliśmy w leśną drogę wiodącą równolegle do brzegu Jeziora Dąbrowskiego. Drogą tą dostaliśmy się do Gołubia, gdzie przecięliśmy również znany już z poprzedniej wizyty na Kaszubach czarny szlak Wzgórz Szymbarskich. Tu pogoda się załamała i porządnie lunęło, na szczęście nie trwało to długo. Zdążyliśmy się schować w sklepie i zaspokoić trochę głód.

Gdy "mokra fala" przeszła, ruszyliśmy dalej w kierunku Pierszczewa. Pomimo szarego nieba, mogliśmy podziwiać przepiękne widoki na położone w dole jezioro Patulskie. Górka, pod którą się wspinaliśmy nie była dla nas łaskawa; końca nie było widać, a zmęczenie pomimo wcześniejszego odpoczynku dawało znowu o sobie znać. Na tym odcinku dopadł mnie porządny kryzys, nie pierwszy z resztą, dlatego też turlałem się "po najniższej linii oporu". Jeszcze przed Krzeszną kolory polskiej jesieni tak dawały o sobie znać, że kilka postojów poświeciliśmy zdjęciom.

Pozostawiając z tyłu Górę Wieżycę odbijamy w kierunku Ostrzyc, lasem, mniej więcej równolegle do poniżej położonej szosy. Na około kilometra przed Ostrzycami, szlak znowu zaczyna się wspinać, a my wraz z nim. Kolejna górka, tym razem... naprawdę końca nie widać. Jeden zakręt, drugi, a ta ciągle pnie się w górę. Skubana! Jak zajechaliśmy na szczyt myślałem, że wyzionę ducha. Po kilkudziesięciu jednak metrach okazało się, ze szlak odbija z drogi jeszcze bardziej ku górze. Okazało się, że żeby dostać się na szczyt góry jeszcze trochę przyjdzie poprzebierać nam nóżkami. Cali mokrzy, choć nie dlatego że padał deszcz, w końcu dotarliśmy. Nie pamiętam jaką nazwę nosi to ok. 220 metrowe wzniesienie, jednak widoki stąd były przecudne. Dopatrzyliśmy się nawet wieży widokowej wznoszącej się na Górze Wieżycy i po krótkim odpoczynku ruszyliśmy z powrotem w dół.

Zjazd? Zjazd był podobnie ciężki jak wjazd. Koleiny, liczne dziury i kamienie schowane przed liśćmi, do tego na szczęście zdążyliśmy się już przygotować nieco wcześniej. Na wybojach tych zerwał mi się nieco bagażnik, jednak i na taką ewentualność byłem przygotowany ;) Zjeżdżając w dół zza drzew w końcu ukazało się nam jezioro Ostrzyckie, a wraz z nim pierwsze zabudowania miejscowości Ostrzyce. Jako, że prowiantu i wszelkich innych zapasów mieliśmy nadto tu specjalnie zatrzymywać się nie musieliśmy.

Podążyliśmy dalej wraz ze szlakiem wzdłuż Raduni, jednak po ok. 300 metrach odbiliśmy w kierunku Brodnicy Dolnej. Szkoda, że szlak w ostatnich latach nieco zmieniono. Wcześniej zahaczał o najwyższe wzniesienie okolic Ostrzyc - Jastrzębią Górę 223 m n.p.m. Dziś niestety górę tą nieco omija łukiem. Podjazd jednak też jest całkiem niezły! Dalej nieco pomyliliśmy drogi, jednak mniej więcej wyszło na to samo. Szlak schodził ku jeziorze przez osadę Ostowo, my zaś dołożyliśmy pętlę przez leżącą trochę wyżej Sarnówkę ostatecznie również lądując nad jeziorem Wielkie Brodno.

Zaraz za jeziorem dotarliśmy do Ręboszewa, gdzie przedostaliśmy się na przeciwległy brzeg mostem pomiędzy jeziorami: WielkimMałym Brodnem. Tuż za Ręboszewem znowu czyhał na nas konkretny podjazd, ten jednak wyłożony kostką brukową był bardzo śliski i miejscami niebezpieczny, czego się przekonałem, zaliczając solidną glebę. Po pokonaniu tej nie za łatwej góreczki zaczęły się polne gliniaste drogi, miejscami bardzo grząskie, jednym słowem "zabójstwo" dla naszych napędów. I faktycznie po przejechaniu niespełna 3 km tylna przerzutka zaczęła podskakiwać, kółeczka przestały się obracać i musieliśmy zrobić przerwę techniczną, żeby się nie skończyło rozwaleniem napędu. Po złożeniu wszystkiego "do kupy" i nasmarowaniu ruszyliśmy dalej w kierunku Chmielna, podziwiając z prawej strony przepięknie odbijające się słońce w tafli jeziora Kłodno.

Popołudnie powoli dobiegało końca, zaczęło się robić coraz bardziej szaro i ponuro, dlatego postanowiliśmy nieco przyspieszyć tempa by przed zmrokiem dotrzeć jeszcze do Kartuz.

W Chmielnie, ze względu na powoli zapadający zmrok już się nie zatrzymywaliśmy. Jednak tuż za miejscowością nie potrafiliśmy odmówić sobie kilka ujęć panoramicznych na Górę Tamową oraz widoki na okoliczne jeziora: Kłodno, RekowoBiałe. Dalej szlakiem Kaszubskim udaliśmy się w kierunku Kartuz przemierzając po drodze liczne wzniesienia. Niektóre z nich pomimo ogromnego trudu pokonywaliśmy nie schodząc z siodełek inne niestety już "z buta". Do Kartuz dojechaliśmy od strony jeziora Karczemnego, wraz z niebieskim szlakiem Kartuskim; tu powoli zaczęła zapadać noc. Około godz. 19 po zjedzeniu ciepłego posiłku odłączył się ode mnie Krzysiek i dalszą część drogi przyszło mi pokonać samemu.

Na jazdę w pojedynkę zdecydowałem się tylko dlatego, że minął już mi kryzys zmęczenia, a przede wszystkim chciałem popracować nad psychiką i determinacją z myślą o zbliżającej się imprezie na orientację - Harpagan34. Nie mniej jednak, już dziś pisząc tą relację wiem, że harpaganowe nowinki w tym roku przyjdzie mi śledzić zza monitora.

Zatem jak tylko zapadła noc odbiliśmy każdy w swoim kierunku. Kilka minut później na wylocie z  miasta złapał mnie deszcz i zacząłem zastanawiać się czy dobrze zrobiłem. Jednak po kilku minutach przejrzałem jeszcze raz mapę i uznałem, że skoro już tyle mam poza sobą, to ten mały odcinek zrobię choćby nie wiem co! Jadąc brzegiem dwóch kartuskich jezior: Klasztornym MałymDużym jeszcze przez chwilę miałem kontakt z cywilizacją, później zagłębiłem się w ciemnym lesie. Przez pierwsze minuty, nie powiem, ale obleciał mnie lekki strach. Jednak z minuty na minutę i z metra na metr było coraz lepiej. Przed Sarnowem miałem trochę kłopotów z rowerem, dlatego też przy pierwszej lepszej świecącej latarni musiałem po raz kolejny rozebrać łańcuch, jednak nie trwało to długo. Od tejże osady poprawiła się również droga i na odcinku od jezior: BiałegoCzarnego mogłem sobie trochę pocisnąć.

W drodze do Pomieszczyńskiej Huty nie spotkałem żywej duszy, słychać było jedynie gwiżdżący wiatr i padający deszcz. Dalej za miejscowością chyba Pan Bóg się nade mną zlitował i zakręcił kurek z wodą. Wiatr rozwiał wszystkie chmury i na niebie można było obserwować liczne gwiazdy. Łysy też ostro świecił dzięki czemu w ogóle nie chciało się spać. Jadąc lasem, nawet miejscami mogłem pozwolić sobie na wyłączenie halogenów...

Ale żeby nie było tak sielankowo, wraz z leśniczówką Sianowo Leśne, nad jeziorem Małe Łąki, droga znacznie się pogorszyła. Były miejsca gdzie błota było tyle, że trudno było się poruszać nawet z rowerem na plecach. I ten odcinek porządnie dał mi w kość. Jakoś jednak doturlałem się do Sianowskiej Huty. Tu na chwilę przystanąłem by sprawdzić jak jechać dalej. Wiadomo wg szlaku... Jednak organizm potrzebował nieco większej przerwy, a wiedziałem, że jakoś niebawem dotrę do Sianowa, gdzie mieści się Sanktuarium Matki Bożej Sianowskiej Królowej Kaszub.

Faktycznie do Sianowa zostało niespełna 4 km, zatem nie czekając chwili dłużej ruszyłem. Odcinek z Sianowskiej Huty przed Kolonię do Sianowa muszę przyznać, że był bardzo spokojny, a miejscami nawet nieźle oświetlony przez przydrożne latarnie i blisko drogi znajdujące się gospodarstwa rolne. Tylko przez około 700 metrów przyszło mi "zanurzyć się" w czarnym lesie. Tak jak wspomniałem wcześniej w Sianowie zrobiłem sobie dłuższy postój jednak ze względu na temperaturę powietrza wydaje mi się, że trwało to nie dłużej niż kilka minut.

Z Sianowa skierowałem się do Mirachowa, jadąc spory odcinek drogi równolegle do rzeki Łeby. Odcinek ten dał mi trochę do wiwatu, a błota było co nie miara. Na niektórych odcinkach przydałby mi się ponton, a nawet i kapok. Teraz już wiem skąd tyle tu propozycji z dla innej maści turystyki ;) Do Mirachowa dotarłem praktycznie cały przemoczony i wymarznięty. Dobrze, że w sakwie miałem jeszcze ostatnia parę zapasowych skarpet, wkładki do butów oraz rękawiczki. W innym wypadku musiałbym chyba rozpalić ognisko by po drodze nie zamarznąć.

W Mirachowie, kiedy tak sobie siedziałem na murku i zmieniałem odzież na suchą, moją obecnością zainteresowali się miejscowi. Nasza konwersacja przebiegła w miłej atmosferze i nie przeszkadzało to, że moi nowi znaomi byli po kilku głębszych. Na koniec zostałem nawet zaproszony na wesele, niestety musiałem odmówić. W takim stroju to jedynie mógłbym się wybrać na bal przebierańców.

Z Mirachowa skierowałem się na północ na Nową Hutę, podobno mijając po drodze jakieś ciekawe ruiny młyna i tartaku. Jednak ze względu na brak widoczności, nie jestem w stanie potwierdzić, czy coś takiego jeszcze w ogóle istnieje, czy się czasem dawno nie rozpadło. Z pewnością sprawdzimy to podczas letniej edycji szlaku Kaszubskiego.

Z Nowej Huty, kierując się dalej wg czerwonych oznaczeń szlaku dotarłem pod Diabelski Kamień, z którym nie raz miałem już okazję obcować podczas wcześniejszych rajdów naszej grupy. Pomimo, wszelkich chęci zrobienia sobie kilku ładnych nocnych ujęć, żadne ze zdjęć nie wyszło, a na dodatek po chwili zablokował się system aparatu (prawdopodobnie albo od temperatury, albo od wilgoci). Za Diabelskim Kamieniem i nieopodal oddaloną Kamienną Górą rozpoczęła się prawdziwa "rzeźnia". Zalegająca w koleinach czarna mazista ziemia oraz dobrze maskujące liście chwilami wyprowadzały mnie z równowagi. Jak człowiek skupiał się na drodze, to rower odmawiał posłuszeństwa i niejednokrotnie przez zacięcie się jak nie napędu to pedałów lądowałem w błocie. Na tym odcinku miałem wszystkiego serdecznie dość, i to pewnie również dlatego zboczyłem z trasy.

Nad jeziorem Lubygość oczywiście nie było mowy o fakultatywnym zwiedzaniu żwirowo-zlepieńcowej groty czy też bunkra Gryfa Pomorskiego, gdyż tak jak wspomniałem Lasy Mirachowskie zdążyły ze mnie wyciągnąć wszystkie ostatnie "soki". W okolicy Rezerwatu Szczeliny Lechickiej, chcąc ominąć to bagno pomyliłem trasę do tego stopnia, że trudno było mi się w ogóle odnaleźć. Szkoda, że nie zabrałem ze sobą kompasu ;-/ Za "chiny ludowe" nie mogłem odnaleźć oznakowań szlaku przez co straciłem już w ogóle orientację i błędnie kierując się jedną ze ścieżek wyjechałem zupełnie nie w tym kierunku co trzeba. Po chwili dotarłem do jakiegoś asfaltu w którego ujrzałem w oddali "miejskie światła". Łatwo było się domyśleć, w okolicy jedną z większych miejscowości jest Kamienica Królewska. Zatem nie czekając zbyt długo ruszyłem w jej kierunku. I nie myliłem się...

Przed Kamienicą Królewską napatoczyłem się jeszcze na radiowóz, jednak tym razem prędkości nie naruszyłem, zatem powodu do zatrzymania nie było. W Kamienicy Królewskiej nieopodal torów kolejowych z powrotem udało mi się wyhaczyć jeszcze oznakowania szlaku, zatem bez większego zastanowienia z powrotem na niego wróciłem. Odcinek z Kamienicy do Sierakowic był bardzo prostym końcowym etapem mojej wycieczki. Pomimo miejscami zalegającego błota, wiedziałem, że jestem o krok od końcówki szlaku, zatem jedynie co mogłoby mnie zatrzymać to chyba "grom z jasnego nieba" ;-)))

Do Sierakowic dojechałem kilkanaście minut po godz.23. Zaś około północy przyjechał po mnie czarny karawan prowadzony przez kolegów, którzy wcześniej zaoferowali mi wsparcie, (jakby okazało się że nie zdążę na ostatni wieczorny pociąg z Lęborka). Dzięki MxerowiPhantomowi nie musiałem czekać do rana...

Szlak Kaszubski, rzeczywiście jest przepięknym szlakiem. Szkoda jednak, że jesienią mamy już tak krótkie dni i część szlaku było mi pokonać nocą. Mam jednak nadzieję, że latem uda nam się zrealizować go jeszcze raz, poświęcając więcej uwagi różnym ciekawym atrakcjom turystycznym po drodze.



Organizator, autor relacji i zdjęć: Krzysztof Kochanowicz

Korzystaliśmy z mapy: "Kaszubski Park Krajobrazowy", 1:55 000, wyd. Eko-Kapio

Na prośbę autora relacji redakcja Portalu Rowerowego Trójmiasta będzie usuwać wszystkie opinie nie związane z tematem. Zatem jeśli znacie przebytą przez nas trasę, odwiedzone miejsca i chcielibyście coś dodać czego nie ujął autor relacji, podzielcie się własnymi doświadczeniami. Będą one z pewnością bardzo przydatne tym, którzy będą chcieli powtórzyć tą trasę lub ułożyć własną na jej podstawie.

Opinie (21) 4 zablokowane

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.