Dołącz do ludzi pozytywnie zakręconych!
stat

Gdańsk przy blasku księżyca, edycja 1

Pierwszym celem tej nocy była gdańskie Stare Miasto, które mimo dość późnej pory pełne było ludzi, a to ze względu na trwający właśnie Jarmark św. Dominika. Podwalem Staromiejskim dotarliśmy nad Rybackie Pobrzeże i dalej na Długie pobrzeże. Powoli i spokojnie, rozglądając się na boki pokonywaliśmy kolejne metry Pobrzeża. Jak zwykle uwagę przykuwa jeden z symboli Gdańska - Żuraw. Nie sposób wyobrazić sobie Starego Miasta bez jego sylwetki. Od przeszło sześciuset lat jest symbolem miasta, jego morskich tradycji i dawnej świetności gospodarczej. Zatrzymaliśmy również u wylotu ulicy Mariackiej, uważanej za jedną z najpiękniejszych w Europie. W oddali widoczna była Brama Mariacka, następnie ciągi kamieniczek z charakterystycznymi przedprożami. Dalej, omijając tłum, ulicą Pończoszników dostaliśmy się do podnóża  Bramy Zielonej, spod której podjechaliśmy na Ołowiankę aby móc podziwiać piękną panoramę Starówki - nabrzeże z Motławą, Żurawia, a w głębi Bazylikę Mariacką i Ratusz.



Nie sposób wyobrazić sobie naszej Starówki bez boga morza Neptuna. Do jego stóp dostaliśmy się ulicami Ogarną i Ławniczą. Rzeźba przedstawiająca Neptuna została odlana w brązie w 1615 przez Piotra Hausenna. Czasza oraz trzon, na której stoi posąg jest dziełem rzeźbiarza Abrahama van den Blocke. Uruchomienie fontanny nastąpiło w roku 1633. Rok później powstała żelazna krata otaczająca basen.



Obok rzeźby znajdują się dwa inne, nie mniej sławne zabytki - Ratusz oraz Dwór Artusa. Pierwszy murowany ratusz w tym miejscu zbudowano w latach 1379-1382. Znalazły w nim swoje miejsce: waga miejska, sala Rady, sala Ławy, archiwum miejskie oraz loch więzienny. Był on także rezydencją przebywających w Gdańsku władców Polski. Budowla była nieprzerwanie rozbudowywana oraz przebudowywana. W 1556 ratusz gruntownie przebudowano, nadając mu cechy flamandzkiego renesansu. W 1561 szczyt wieży (o wysokości 82 m) ozdobiono złoconą statuą Zygmunta Augusta. Dwór Artusa był nie tylko miejscem spotkań kupców gdańskich, ale ośrodkiem życia towarzyskiego i atrakcją dla licznych przybyszów z zagranicy. Nazwa została zaczerpnięta z bardzo popularnej w średniowieczu legendy o królu Arturze, symbolu rycerskości i odwagi. Najpierw w Anglii, a potem również w innych krajach, nazywano jego imieniem domy spotkań rycerstwa i patrycjatu. Czasy rozkwitu Dworu przypadają na wiek XVI i XVII, ale jego historia sięga znacznie wcześniej. W źródłach pierwszą o nim wzmiankę spotykamy pod rokiem 1350. Ten pierwszy budynek gdańskiego Dworu spłonął w roku 1476. Odbudowano go w kilka lat później, a w 1552 roku otrzymał nową fasadę, raz jeszcze przekształconą w 1617roku Budynek ozdobiono wspaniałymi posągami greckich bóstw i starożytnych bohaterów.



Zmęczeni tłumem udaliśmy się w kierunku Dolnego Miasta, aby wspiąć się na Bastion św. Gertrudy. Podjazd na Bastion, kiedy oświetlenie stanowią tylko nasze lampki, to nie łatwe zadanie, ale wszystkim się udało! Wysiłek wynagrodziły piękne widoki. Tym razem Starówka z nieco innej, dalszej panoramy. Z drugiej strony natomiast światła Olszynki oraz w oddali żuławskich wiosek.



Podjechaliśmy... trzeba było więc i zjechać! Ci, którzy popędzili w dół najszybciej mogli podziwiać pochód biało - czerwonych światełek posuwających się serpentynami w dół po zboczu. Z Dolnego Miasta przez Śródmieście pojechaliśmy na osiedle Suchanino, które było kolejną górską premią, bo ulica Wyczółkowskiego do płaskich nie należy. Odpoczęliśmy chwilę na Cygańskiej Górze, z której mogliśmy podziwiać rozświetlone dzielnice stoczniowe.



Komu w drogę temu czas! Przed nami prawie trzykilometrowy zjazd do Wrzeszcza. Ulica puściuteńka, więc można było trochę rozwinąć skrzydła. Z Wrzeszcza ruszyliśmy ścieżką rowerową w kierunku Opery Bałtyckiej, a następnie wzdłuż Alei Gen. Hallera w kierunku morza. Płasko, pusto, po prostu przyjemnie. Po kilu minutach jesteśmy na molo. Tutaj już tak cicho i pusto nie było, a to za sprawą okolicznych knajp. Niektórzy balangowicze myśleli, że to peleton Tour de Pologne i zaczęli nas dopingować! ;) Spokój i ciszę znaleźliśmy na samym końcu mola. Szum fal, a na horyzoncie perełki świateł wchodzących w morze - to widoczne mola w Sopocie i Orłowie, jeszcze dalej rozświetlone dzielnice Gdyni. Chwila kontemplacji, pamiątkowa fotka i ruszamy dalej.



Naszym kolejnym celem jest Oliwa. Pustymi ulicami Zaspy i Wrzeszcza docieramy do ścieżki rowerowej wzdłuż ulicy Grunwaldzkiej. I tu było puściuteńko. I zapachy jakby inne niż te za dnia! W Oliwie nie sposób przejechać bez chwili postoju przed szczególnie piękną w nocy Katedrą Oliwską. Jest to trójnawowa a z transeptem i wielobocznie zamkniętym prezbiterium z obejściem. Fasadę flankują dwie smukłe, wysokie na 46 m wieże z ostro zakończonymi hełmami. Ożywia ją barokowy portal (1688), jak również trzy okna różnej wielkości i trzy kartusze. Nad przecięciem naw jest wieża dzwonów - typowy element budownictwa cysterskiego. Archikatedra ma długość 107 m (wewnątrz 97,6 m), szerokość 19 m, wysokość 17,7 m. Jest to najdłuższy kościół cysterski na świecie. We wnętrzu archikatedry są 23 ołtarze o dużej wartości historycznej, przeważnie barokowe i rokokowe, wykonane częściowo z marmuru.



Jako że przez cały czas troszkę siąpiło nasz przodownik pedałowania - Frans - nazbierał dla wszystkich ogromne liście łopianu, które robiły za kaptury na głowach. Dobrze wypoczęci ruszyliśmy na kolejną górską premię, czyli Górę Pachołek (100,8 m n.p.m.). Podjazd nocą ulicą Tatrzańską, gdy widzi się tylko łańcuszek świateł tych co przed nami i tych co za nami to naprawdę duża frajda. Po zdobyciu szczytu w nagrodę zaliczyliśmy wieżę widokową. Pod nami morze świateł, to Oliwa, Przymorze i Zaspa. Po tej uczcie dla oczu mieliśmy kolejną frajdę, zjazd z Pachołka tylko przy świetle własnej lampki to przeżycie niecodzienne.



Następnie udaliśmy się w kierunku Doliny Radości. Przed podjazdem zjechaliśmy na chwilkę do Dworku Oliwskego, a tam kolejna balanga bez nas, tym razem weselisko. Przy rytmach ABBY ruszyliśmy doliną w górę. Dopiero tu, w lasach TPK czuć prawdziwy klimat jazdy nocą. Wokół milczący las, przed nami kilka metrów snopu światła, a dalej już tylko ciemność. W takiej aurze dotarliśmy do ulicy Słowackiego. W międzyczasie kilka osób zrezygnowało z jazdy, więc dalszą część rajdu kontynuowaliśmy w 16-to osobowej ekipie. Z racji zupełnej pustki pozwoliliśmy sobie na zjazd ulicą Słowackiego jej całą szerokością.



Dalej już lasami dotarliśmy do Matemblewa, gdzie mieliśmy nadzieję obejrzeć kaplicę. Niestety w nocy nie jest ona oświetlona. Ostatnim celem naszego rajdu był Port Lotniczy. Ruszyliśmy więc w stronę Złotej Karczmy lasami i słynnym 12% podjazdem - jak lajt, to lajt! Ze Złotej Karczmy pustą szosą, bez problemów dotarliśmy do lotniska, które o tej porze nocy było trochę uśpione, a my wręcz odwrotnie. Szczególnie Basia, która zamieniła rower na wózek bagażowy i śmigała nim po całym parkingu. W tym miejscu rajd zbliżał się ku końcowi. Towarzystwo zaczęło się rozjeżdżać w swoje strony, grupa z organizatorem na deser zafundowała sobie nocny zjazd Doliną Radości. Oficjalne zakończenie rajdu, w kameralnym już gronie, nastąpiło w Oliwie.

Tej nocy przejechaliśmy 62km, ze średnią prędkością 20km/h



Dziękuję Uczestnikom za te kilka godzin wspólnej jazdy, za dobry humor i zgranie na trasie. Szczególne podziękowania dla niestrudzonych fotografów - Kryśka, Michała i Adama.
Do następnego rajdu!

Organizator główny rajdu: Maciek "Satan" Różycki
Zdjęcia: Krzysztof Kochanowicz & Michał Rozegnał
Grupa Rowerowa 3miasto

Opinie (23)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.