rowery

stat

Toruń: z wizytą w mieście Kopernika

DZIEŃ 1 (14.01.2007)

Niedzielny poranek

Ten dzień rozpoczął się grubo przed 5. Kiedy kilka minut po 5 starałem się dobić do GG Marka, Agnieszka już pędziła na swym rumaku, by o 6 już z Markiem pojechać w stronę Tczewa. Ja tymczasem kończyłem jeść makaron, po czym jeszcze ze dwa razy musiałem się wracać, m.in. po kask i smar do łańcucha. W efekcie z domu wychodziłem piętnaście po 6. Na GG uzgodniliśmy, że przynajmniej do Pruszcza pojedziemy jedyneczką. Agnieszkę i Marka dogoniłem jeszcze przed Świętym Wojciechem, więc dalej jechaliśmy już razem, spokojnie, chociaż pod wiatr. W Pruszczu ktoś przelał sobie Colę do bukłaka i mogliśmy ruszyć dalej. Ruch był znikomy, więc pojechaliśmy główną... Wyszło na styk, bo na zegarze PKP widniała godzina 8:02. W środku czekał już Sławek, a po chwili zjawiła się Kasia, która faktycznie się spóźnia na rajdy zaczynające się w Tczewie.



Opóźnienie

Na starcie pojawiło się w sumie 5 osób, coś mało jak na taką ładną pogodę. Poczekaliśmy więc 90 minut na ewentualnych spóźnialskich. W międzyczasie posiłkowalismy się pączkami, bułką, herbatką. Nagle wszystkim (chyba poza Agnieszką) przypomniało się o wyregulowaniu hamulców, co niektórym zajęło sporo czasu... no, ale przynajmniej na zewnątrz przestało w tym czasie padać.


Droga do piekła

Zaczęło się od pokazania przez Agnieszkę swojego diabelsko-piekielnego oblicza, która swym rogiem powaliła Sławka jeszcze w Tczewie. Rozpogadzało się, więc jechalismy przed siebie, przez Starą Wisłę i Mątowy Wielkie. Tu mijamy ładny kościół gotycki - ceglany, zbudowany na początku XV w. Następnie udajemy się przez nie mniej ciekawy rezerwat przyrody "Las Mątowski" do Piekła, za którym skręciliśmy na Sztum przez Białą Górę.



Sztum... i prawdziwe piekło

W Sztumie zrobiliśmy dłuższy odpoczynek. Dla jednych był to zaledwie 40-kilometr, dla innych 80-ty, a dla Agnieszki setny. A podobno jechaliśmy pod wiatr... Siedząc w pizzerii podjęliśmy decyzję co do przebiegu dalszej trasy, po czym szybko obskoczyliśmy zamek krzyżacki z lat 1326-35, wzniesiony na ówczesnej wyspie. Daleko nie odjechaliśmy i Marek złapał gumę. Podczas, kiedy on łatał dętkę, reszta ekipy wykorzystała, aby zawrócić i obfotografować zamek z innej niż poprzednio strony. Wreszcie ruszyliśmy dalej, jednak niektórzy w tym momencie woleliby zawrócić, bo jeśli wcześniej wiało, to co było teraz? Hmm... Wiało troszkę bardziej... ale to jeszcze był "lajcik". W drodze do Ryjewa wiał boczny wiatr, więc część smarków leciała na samochody jadące w przeciwnym kierunku. W Ryjewie zatrzymaliśmy się aby uzupełnić zapasy oraz zobaczyć malowniczo położony na wzgórzu kościół neogotycki zbudowany w latach 1908-1909. Ze wzgórza tego było widać zamek w Gniewie, mimo nie najlepszej pogody... Ale na rower pogoda jest tylko dobra lub bardzo dobra... Za Ryjewem wjechaliśmy do lasu na czerwony szlak. Zamieniliśmy w ten sposób wiatr na piach, kałuże i to co wychodzi z połączenia tych dwóch czynników. Tak oto dojechaliśmy do Białego Dworu.



Po chwili wróciliśmy na asfalt prowadzący przez Podzamcze do Kwidzyna. Do samego miasta jednak nie wjeżdżaliśmy, jedynie przystanęliśmy na wysokości zamku, aby porobić fotki no i odpocząć. Najgorsze było przed nami... Ciężko było wyjechać poza granice Kwidzyna. Przez Obory, Grabowo do Kaniczek to był prawdziwie piekielny odcinek na otwartej przestrzeni, w okresie najsilniejszego wiatru, który wiał nam akurat prosto w twarz. Trzeba było się naprawdę wysilać, aby utrzymywać prędkość 15 km/h, a bywały podmuchy zwalniające do 10 km/h, jeśli nie mniej. Szybciej można było jechać w drugą stronę bez pedałowania - sprawdziłem. W Kaniczkach zrobiliśmy dłuższy postój w sklepie, gdzie Agnieszka najprawdopodobniej zostawiła swoje akumulatorki (więc jakby ktoś akurat tamtędy przejeżdżał, to może zapyta o nie?)



Welcome Grudziądz

Za Kaniczkami jechało się już łatwiej. Trochę pomagał nam w tym wał przeciwpowodziowy. Do tego droga powoli zmieniała swój kierunek, więc wiatr nie był już taki czołowy. Możliwe nawet, że ustępował, bo robiło się już ciemno. W zasadzie w Wiślinie było już tak ciemno, że niektórzy pomylili Nowe z Grudziądzem. Ale to by było zbyt piękne... W międzyczasie baterie się wyczerpały w mojej lampce, więc musiałem zamykać grupę. W końcu jednak zdobyliśmy Grudziądz. Przez centrum dojechaliśmy do dworca PKP, gdzie czekał na nas Sławek, który wcześniej nam odskoczył... Trochę chyba niepotrzebnie, bo czasu było sporo.


Może jednak Toruń?

W Grudziądzu oficjalnie zakończył się zaplanowany rajd. Jednak kto powiedział, że planów nie można lekko zmodyfikować? Do Torunia jest znacznie bliżej niż do Gdańska, ale po uwzględnieniu wiatru, chyba szybciej dojechalibyśmy rowerem do Trójmiasta. Sławek miał już wykupiony bilet, a poza tym musiał być następnego dnia wcześnie rano w pracy. Kasia też miała jakieś obowiązki, jednak dopiero po południu. Reszta mogła jeszcze poniedziałek poświęcić, aby troszkę pokręcić. Z Tczewa przejechaliśmy 110 km, ale dla Agnieszki był to juz 170 km z wiatrem utrudniającym jazdę nie mniej niż kaszubskie wniesienia. Dokręcenie zatem 70-80 km po ciemku i pod wiatr do Torunia mogłoby być nieco problematyczne, zwłaszcza, że było po 18-stej. Ponadto w Toruniu nocować mieliśmy u mojego znajomego, którego nie chcieliśmy najeżdżać zbyt późno... W końcu zdecydowaliśmy się dać zarobić PKP. Niestety tu też było piekło, gdyż przyjechał wyjątkowo krótki pociąg zapchany ludźmi. Na szczęście większość jechała do Torunia.



Siema Koperniku

Toruń nie przywitał nas miło. Na peronie okazało się, że Marek znowu ma kapcia. Po zmianie dętki ruszyliśmy na starówkę, która nas urzekła. Przy okazji załapaliśmy się na koncert zorganizowany w ramach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Podczas postoju pod Krzywą Wieżą zadzwoniłem po znajomego, który odholował nas swoim maluszkiem do swojego mieszkania. Wcześniej jednak Marka o mało nie potrącił samochód. Dobrze, że miał sprawne hamulce. Na sam koniec 20 metrów przed blokiem pękła mi szprycha w tylnim kole, a zapasowej nie miałem... Co prawda miałem klucz, jednak zdecydowałem się nie centrować koła, tylko odłączyłem hamulec - uprzedzając fakty, przedni wystarczył w zupełności.


DZIEŃ 2 (15.01.2007)

Kierunek Chełmno

Rano pobudka przed 6. Trzeba było coś zjeść i dobudzić się po około 4 godzinach snu. Udało się wyruszyć zgodnie z planem. Start punktualnie o 7:30. Mimo iż zjedzenie miski makaronu zajęło mi 40 minut, a jeszcze 10 minut przed wyjściem biegałem w samych bokserkach, zawiodłem tych, co myśleli, że wygeneruje jakieś opóźnienie. :)



Jadąc za Fiatem Piotra który nas ugościł, bocznymi drogami dojechaliśmy do granic miasta, a dalej już poboczem głównej drogi. O 12 z Laskowic odjeżdżał ostatni pociąg Kasi, a po drodze chcieliśmy jeszcze zwiedzić Chełmno. Mobilizacja była pełna... Postanowiłem, aby w Żyglądzie zjechać na boczną drogę i wcale nie dłuższą, co najwyżej gruntową. Ta zaś okazała się wyasfaltowana - chyba całkiem niedawno. Wąsko, ale i tak poza nami nic tamtędy nie jeździło. W okolicach Jeleńca był kawałek polnej drogi ale co tam, widoki bardzo budujące, przyjemne, chciało się jechać. Marek jednak został z tyłu... czyli znowu złapał gumę na odcinku nierównej drogi. W Kijewie Królewskim dopompował trochę powietrza podobnie jak na wysokości Ostaszewa, ale tym razem już się zdenerwował na tyle, że postanowił razem z Kasią wrócić pociągiem. Tej z kolei coś się stało z manetkami 2 kilometry dalej. W końcu jednak dojechaliśmy do Chełmna - miasta bogatego w zabytki. Było tam 5 gotyckich kościołów, prawie nienaruszony średniowieczny układ urbanistyczny oraz prawie cały obwód murów miejskich, z czego najbardziej wyróżniający się był ratusz - jeden z najcenniejszych zabytków renesansu w północnej Polsce.


Na lewą stronę Wisły czas

W niedzielę od Tczewa przemierzaliśmy prawy brzeg Wisły, zatem na powrót wręcz wypadało wybrać drugą stronę. Kiedy Agnieszka i ja uzupełnialiśmy zapasy, Kasia z Markiem ruszyli już na pociąg do Laskowic. Mieli przed sobą jakieś 17 km, jednak tego dnia jechało się zazwyczaj z wiatrem. Z późniejszej relacji wiem, że dojechali (dopiero?) 15 minut przed czasem, bo co 2 km było niezbędne dopompowywanie powietrza... My zaś swoim spokojnym tempem pojechaliśmy najpierw do Świecia, gdzie zwiedziliśmy na zamek krzyżacki z lat 1335-1350. Ze Świecia ruszyliśmy jedynką i mieliśmy tak jechać tylko kilka kilometrów, jednak tak wiało, że nawet nie wiemy kiedy przejechaliśmy zjazd na Startowice. Nie przejęliśmy się tym zbytnio, bo kolejne kilometry leciały równie szybko i dopiero w Grupie skręciliśmy na Michale. Czasem tylko wdrapywaliśmy się na wał przeciwpowodziowy w poszukiwaniu ciekawego ujęcia na Grudziądz. Dalej do Nowego, gdzie niepotrzebnie zwolniłem z powodu ugryzienia przez psa... Po chwili zatrzymaliśmy się w restauracji na pierogi.



Tu kiedyś była droga

Za Nowym wjechaliśmy na czarny szlak rowerowy, który z początku prowadził urokliwym, wąskim asfaltem do Kozielca. Następnie udaliśmy się przez las pofałdowaną drogą, wzdłuż rezerwatu "Wiosło Duże", na której trzeba było balansować ciałem, aby nie zostać powalonym przez porozrzucane gałęzie. Szlak w pewnym momencie ostro zakręcał w kierunku, który nie bardzo nas interesował, więc postanowiliśmy na chwilę z niego zjechać upraszczając sobie drogę czymś, co na mapie wyglądało na przejezdne. W zasadzie na początku takie było... Najpierw przez rozległe błoto wjechaliśmy na łączkę między Wisłą a sznurkiem małych oczek wodnych, z czego im dalej na północ, tym ten sznurek zbliżał się do rzeki. W końcu doszło do połączenia się... Wcześniej jednak między krzakami trafiliśmy na ścieżkę po błocie i resztkach krzaczorów... Robiło się już naprawdę ciemno. W pewnym momencie nie dało się już jechać, a nawet iść było ciężko... Na górze skarpy widzieliśmy jednak domek, a jak jest dom, to musi być i droga, a przynajmniej dróżka. Rozpoczęliśmy więc wspinaczkę. Błoto było śliskie, więc troszkę nam to zajęło. W międzyczasie gospodarz nas wypatrzył, albo po prostu usłyszał, w każdym razie odprowadzał nas wzrokiem. To od niego dowiedzieliśmy się, że droga jeszcze kilka lat temu tu była, ale Wisła spowodowała obsunięcie się skarpy. Pozwolił nam przejść przez swoje podwórko (jego pies już tak pokojowo nastawiony nie był) i wskazał drogę. Ciemno.., według pierwotnego planu powinniśmy być za Tczewem, a my dopiero dojechaliśmy do Opalenia.


Po prostu jedziemy

Na asfalcie staraliśmy się wrócić do wcześniejszej "turystycznej" prędkości, jednak hardcorowy odcinek podłamał morale. Półżartem rozpatrywaliśmy nawet przespanie się w sianie za wioską, aby ruszyć dnia następnego... tylko po co? Było ciemno, ale nie aż tak późno. Ostatni podjazd przed Trójmiastem (nie licząc drobnych wzniesień) zaliczamy w Jaźwiskach (niedaleko Rzymu). Co prawda nie był tak stromy jak w Świeciu i nie tak długi jak w Nowym, ale w tej sytuacji dał się odczuć, zwłaszcza Agnieszce. Do Nicponia mieliśmy długi zasłużony zjazd, także okoliczni mieszkańcy mogli nas tylko wzrokiem odprowadzać, jeśli w porę dostrzegli ;) W Gniewie ostatnie zakupy i przejazd pod zamek - szkoda że tak słabo oświetlony. Kiedy ruszaliśmy w kierunku Tczewa była godzina 17:40. Dalej przez Ciepłe i Międzyłęż, w którym asfalt urwał się na rzecz drogi gruntowej i na swój sposób pobudzającej zwłaszcza jeśli wyłączy się przednie oświetlenie, a na niebie nie ma księżyca. Rybaki, Gorzędziej i już było widać Tczew. Zatrzymaliśmy się tylko na chwilę aby zatankować i zrobić ostatnie zdjęcie - tym razem na stacji benzynowej. Tak naprawdę jednak ostatnie zdjęcie zrobiła Agnieszka w Miłobądzu, gdy wydłubywałem większe kawałki błota z sianem, blokujące działanie przerzutki i łańcucha.



Ostatnia przygoda

Z Tczewa postanowiliśmy śmignąć jedyneczką, ale tym razem już bez wiatru w plecy. W Gdańsku na Oruni mieliśmy tego dnia 206 km. Ta świadomość chyba dodała nam sił, jednak samochód, który kilometr dalej uderzył w moją kierownicę z powrotem nas spowolnił. Wjechaliśmy na chodnik. Co ciekawe nic mi się nie stało, jedynie całym mną wstrząsnęło. Jeszcze przez jakiś czas drżały mi ręce, ale rower nie ucierpiał, co najwyżej lekko wygięła się kierownica. Od samochodu odpadł cały plastik będący obudową lusterka, zresztą huk był niekiepski. Samochód jednak nawet nie zwolnił. Kierowca był albo pijany, albo postanowił na wszelki wypadek uciec z miejsca zdarzenia, bo przecież mógł kogoś zabić. Mogłem zginąć, gdybym nie utrzymał kierownicy..., zresztą w chwili uderzenia widziałem już siebie lecącego twarzą na jezdnię. Pewnie nie byłbym nawet w stanie się podnieść w razie upadku, a nadjeżdżające samochody, które tylko w godzinach szczytu zachowują przepisową prędkość, mogłyby zrobić ze mnie placka... Nic się nie stało, jedziemy dalej.


Miłe zakończenie

W Gdańsku Głównym byliśmy o 21:30. W zasadzie z Wrzeszcza mogłem pojechać już do domu, jednak wcześniej postanowiłem, że odprowadzę Agnieszkę pod dom. Po drodze w Oliwie wybiegł (czyli bez roweru :P) nam naprzeciw Marek ciekaw pierwszych wrażeń. Dalej udaliśmy się ścieżką do Sopotu, w którym wjechaliśmy na ulicę Reja. Na górze odbiliśmy do lasu, jako, że jeszcze było nam mało i żółtym szlakiem oraz Agnieszce znanymi skrótami i ścieżkami dojechaliśmy do domku. Była chwila na herbatkę, kanapeczki i komputer, gdyż trzeba było uspokoić martwiące się o nas duszyczki na rwm-ie, że już osiągnęliśmy cel naszej podróży! Jeszcze przez GG umówiłem się z Adamem P. w połowie drogi w Sopocie, jako że akurat miał ochotę się przejechać. Wiadomo, razem jedzie się dużo lepiej...


Test: Tomek Bagrowski i Agnieszka Lewińska
Zdjęcia: Agnieszka i Tomek
Oprawa graficzna: Tomek

Agnieszka: 175 + 230 (km)
Tomek: 160 + 253 (km)
Masz dla nas temat? Chcesz podzielić się swoimi spostrzeżeniami?
A może przeżyłe(a)ś ciekawą przygodę, odkryłe(a)ś nową trasę? Napisz do nas: rowery@trojmiasto.pl.

Opinie (19)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

wydarzenia - imprezy i szkolenia

+ dodaj

Porady rowerowe

zobacz więcej »

Szlaki rowerowe

Znajdź trasę rowerową

Turystyka rowerowa

zobacz więcej »