rowery

stat

Szlak rowerowy Lębork-Gdańsk

Szlak z Gdańska do Lęborka mógłby być wizytówką dla Trójmiasta. Szkoda, że tak nie jest...
Szlak z Gdańska do Lęborka mógłby być wizytówką dla Trójmiasta. Szkoda, że tak nie jest... fot. GR3miasto

Oznakowany niebieskim kolorem, rowerowy szlak Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego wraz z jego przedłużeniem do Lęborka, jest najdłuższą trasą, wytyczoną pod kątem turystyki rowerowej w okolicach naszej aglomeracji. W całości liczy 102,75 km długości i wiedzie mocno pofałdowanym terenem, północnych Kaszub, które nie bez powodu są nazywane Bieszczadami Północy.



Parametry trasy

  • Region Trójmiasto i okolice
  • Długość trasy 102 km
  • Poziom trudności średni
Trasy rowerowe


Mieliśmy niejedną okazję przemierzać odcinkami niebieskiego szlaku rowerowego zarówno podczas organizowanych przez nas wycieczek rowerowych po Trójmiejskim Parku Krajobrazowym, jak i po północnych okolicach Kaszub. Cztery lata temu, dwukrotnie próbowaliśmy pokonać cały szlak, ale nigdy nie udało się nam zrealizować planu w całości.

Pokonane wcześniej warianty:

1) Lębork - Gdynia
2) Gdańsk - Wejherowo

W tym roku nasza kondycja jest znacznie lepsza niż w poprzednich latach, dlatego zdecydowaliśmy się na podbój wcześniej wspomnianego szlaku, od A do Z. Przypominając sobie złe doświadczenia z poprzednich lat oraz miejscami bardzo słabe oznakowanie szlaku, postanowiliśmy wyruszyć z Lęborka do Gdańska Oliwy.

Do Lęborka dojechaliśmy SKM'ką korzystając z darmowego przewozu rowerów.

Wstęp:

Niebieski szlak nie rozpoczyna się od razu przy stacji kolejowej, a  na obrzeżach miasta. Chcąc rozpocząć wycieczkę, należy udać się do drogi krajowej nr 6 i kierować się w stronę Wejherowa. Tuż za przejazdem kolejowym już nieczynnej linii, wiodącej kiedyś z Lęborka do Kartuz, należy skręcić w prawo, tak jak do leśniczówki. Szlak rozpoczyna na początku drogi kaflowej, wiodącej wzdłuż rzeki Okalicy. Jednak kto o tym może wiedzieć? My jak my, byliśmy do tego przygotowani, ale gdyby tak przypadkowy turysta chciał rozpocząć wycieczkę tym szlakiem? Niby jest to początek, czy też koniec szlaku - nie ma żadnych informacji odnośnie tej trasy. Żadnej tablicy informacyjnej, ani drogowskazu... Mało tego, nawet z głównej strony internetowej Lęborka wynika, że o szlaku nigdy nie słyszeli. Jednym słowem kolejna "polska paranoja".

Gdyby nie fakt, że przyjechaliśmy w to miejsce dobrze przygotowani, czyli z przewodnikiem i mapą, moglibyśmy mieć problem z samym trafieniem na szlak.

Kliknij na mapę i zobacz szczegóły trasy mat. Traseo.pl


Opis szlaku i wrażenia:

Rozpoczynając naszą przygodę z niebieskim szlakiem już na pierwszych kilometrach mieliśmy wiele zagadek. To, że brakowało drogowskazów to jedno, ale żeby oznakowywać szlak z boku drzew, to już lekka przesada. Pokonanie pierwszych kilometrów bez mapy byłoby bardzo trudne. Na szczęście za pierwszymi budynkami wsi Lubowidz oznakowanie poprawiło się i nie musieliśmy tak często śledzić mapy. Od tamtego miejsca szlak zagłębił się w lesie, w dużej mierze wiodąc wzdłuż wspomnianej wcześniej, nieczynnej linii kolejowej Lębork-Kartuzy. Pierwszym charakterystycznym i godnym uwagi miejscem na tym odcinku był stary, kamienny most kolejowy z 1905 roku, rozpinający się pomiędzy wzgórzami nad Strugą Węgorza, rzeką o zabawnej nazwie, która wpada do jez. Lubowidzkiego niedaleko Lęborka. Ten potężny wiadukt, wysoki na kilkadziesiąt metrów każdy z nas obejrzał z góry i z dołu. Żeby wejść na jego koronę trzeba było pokonać aż 80 stromych schodów, ale co to dla nas.

Chociaż tego dnia nie pędziliśmy, niestety już na pierwszym postoju odłączył się od nas jeden z kolegów, który nie zdołał utrzymać tempa. W lesie było bardzo parno po ostatnich deszczach, a słoneczna pogoda testowała nasze granice możliwości. Więc o podkręconym tempie do utraty sił na samym początku nie było mowy! Przy tak słonecznym i upalnym dniu musieliśmy rozłożyć odpowiednio siły aby nasz zapał nie skończył się jak ostatnim razem.

Tak jak pierwsze 10 km wiodło dość spokojnym, lekko pagórkowatym terenem, tak za Rozłazinem zaczęły się nie lada wzniesienia. Pierwszym z nich był długi podjazd na wysokość ok. 170 m n.p.m., po czym szybki zjazd i kolejna wspinaczka - tym razem na ponad 200 metrów wysokości. Po tych dwóch "góreczkach" pot zaczął zalewać nam oczy, a koszulka nadawała się do wyżymania. Następnie chwila "wypłaszczenia" i po pokonaniu Jeżowskiej Strugi morderczy podjazd pod kolejną dwusetkę. Po dostaniu się na szczyt, mieliśmy wrażenie jakbyśmy niedawno tu byli. Nie myliliśmy się. Nieopodal znajdują tzw. Kamienne Mosty, zaś udając się w lewo można dotrzeć na Jastrzębią Górę. Będąc jednak w tych miejscach kilkakrotnie, tę wizytę odpuściliśmy sobie tym razem.

Jelenia Góra - 221 m n.p.m. jest najwyższym wzniesieniem Nadleśnictwa Strzebielino. Ten teren ukształtował ustępujący lądolód skandynawski i jego wody roztopowe, pozostawiając liczne wąwozy, jary, pagórki i źródliska, które po części mieliśmy okazję zobaczyć. Pomimo, iż wieża widokowa ledwo co wyrasta od ziemi, to widoki z niej są godne całego poświęcenia i wspinaczki na sam szczyt. Roztaczają się stąd przepiękne widoki na pradolinę Łeby, oraz Redy. Różnica wzniesień pomiędzy dnem doliny a wierzchołkiem wynosi 170 m.

Kamienne Mosty zaś, to bardzo ciekawy ewenement, który na pierwszy rzut oka wygląda jak wysoki nasyp kolejowy. Jednak są to kamienne umocnienia drogi nad głęboko wciętym przepustem. Dokładna historia ich powstania i przeznaczenia jest nieznana, ale prawdopodobnie powstały w okresie międzywojennym, bądź na przełomie wieków. Mogły służyć komunikacji pomiędzy istniejącymi wtedy osadami, gospodarce leśnej lub udostępnieniu terenu do polowań.

Nasza ekipa na pierwszych kilometrach szlaku
Nasza ekipa na pierwszych kilometrach szlaku fot. GR3miasto


Po serii męczących podjazdów w końcu doczekaliśmy się pięknego zjazdu. Na przetarcie trasy popędził Krzysiek, "puszczając heble i pełna para w dół". Tym oto sposobem udało mu się wykręcić ponad 50 km/h w ternie. Długo jednak się nie nacieszyliśmy "wiatrem we włosach". Tuż przed Paraszynem szlak znowu zaczął piąć się ku górze. Droga wiodła grząskimi koleinami, które po ostatnich opadach deszczu były trudno przejezdne. Na szczęście podjazd ten nie był już tak męczący jak poprzednie. Dojeżdżając do Porzecza i znajdującego się tu Młodzieżowego Schroniska "Łowcy Przygód" mieliśmy nadzieję, że uda nam się "zatankować" nasze bidony, do których od kilku dobrych kilometrów zawitało echo. Spragnieni i wyczerpani, niestety nie mieliśmy szczęścia, gdyż w schronisku nie było żywej duszy, a najbliższy sklep znajdował się w Strzebielinie Morskim, co zupełnie nie było nam po drodze. Gdybyśmy przemierzali pustkowie i byłaby to dla nas ostatnia szansa, z pewnością długo byśmy się nie zastanawiali. Ostatecznie jednak skorzystaliśmy z serdeczności tutejszych mieszkańców i zaspokoiliśmy nasze pragnienie krystaliczną wodą ze studni.

Z Porzecza skierowaliśmy się na Paraszyno. Chwilę uwagi poświęciliśmy również "Grupie Drzew", które objęte są ochroną oraz tzw. "schodom do lasu", których historia nie do końca jest mi znana. Podobno są one pozostałością po kiedyś istniejącej tam szkole.

Na dobrą sprawę to jest kluczowe miejsce również dla szlaku, który tuż za miejscem postojowym skręca mocno w prawo i zagłębia się w leśnej gęstwinie podążając wzdłuż kanału melioracyjnego do wartkiego nurtu rzeki Łeby. A mostkiem przeprawia się na drugi brzeg i za chwilę ponownie wspina się pod kolejne wzniesienia. Na szczęście, jak okaże się później, to ostatnie tak wyczerpujące podjazdy na tym odcinku szlaku. Kolejne przemierzyliśmy dopiero w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym. Zacisnąwszy zęby ruszyliśmy na podbój kolejnych górek. Na szczęście po niespełna 2,5 km czekała na nas nagroda w postaci pięknej krętej drogi w dół, na której tym razem rozwinęli skrzydła Robert i Kuba, zostawiając mnie i Krzyśka daleko za sobą. Nie chcąc dokładać jakiejkolwiek energii do tego zjazdu pokonaliśmy go spokojnie, gdyż wiedzieliśmy, że na dole czeka na nas kolejny podjazd, tym razem wiodący kostką, która nie sprzyjała naszym nadgarstkom. Odcinek ten podlega pod zabytkową drogę, która również objęta jest ochroną ze względu na przedziwne formy rosnących tu dębów.

Jedno z cięższych wzniesień, pod które podjechali tylko nieliczni
Jedno z cięższych wzniesień, pod które podjechali tylko nieliczni fot. GR3miasto


Po kolejnej dawce wysiłku dotarliśmy do "cywilizacji". W Barłominie w końcu udało nam się "dopaść" sklep, w którym uzupełniliśmy zapasy przed kolejną męcząco zapowiadającą się drogą. Przez najbliższe 8 km szlak wiódł spokojnym terenem, przedzierając się przez liczne pagórki. Był to bardzo dobry moment na odpoczynek, dlatego też pozwoliliśmy sobie na chwilę sielanki.

Za Przetoczynem przekroczyliśmy granicę Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego powoli zbliżając się do trzech jezior: Krypko, Pałsznik oraz Wygoda, które są objęte rezerwatem przyrody. Na jednej z krzyżówek szlak rozwidla się. Można tu odbić na Wejherowo lub kontynuować trasę w kierunku Trójmiasta. Nasza czwórka nie miała wyboru, w końcu jak powiedział jeden z naszych kolegów: "nie przyjechaliśmy tu dla przyjemności". Widząc wodę, zachciało nam się trochę popływać, w końcu na tę odrobinę przyjemności mogliśmy sobie pozwolić. Robert i Kuba, znając dobrze tę okolicę odradzili nam zatrzymywania się na pierwszych jeziorach, w kierunku których zmierzaliśmy. Dlatego wymarzony postój zrobiliśmy dopiero nad wodami jeziora Zawiat, do którego odbiliśmy nieco ze szlaku.

Wcześniejszy odcinek, wiodący leśnymi drogami oraz ścieżkami częściowo pokrywał się z oznakowanym na czerwono pieszym szlakiem Wejherowskim, który w tych okolicach jest bardzo malowniczy. W drodze do Leśniczówki Piekiełko odłączył od nas Robert, a po pokonaniu kolejnego odcinka również Kuba. Pomimo dużego zmęczenia, pozostaliśmy we dwójkę i muszę przyznać, mieliśmy już dość. Pomimo wcześniejszego postoju nad jeziorem i regeneracji sił, zjazd brukowaną drogą wzdłuż potoku Zagórskiej Strugi znacznie wpłynął na nasze zmęczenie i koncentrację. Dojechaliśmy do krzyżówki i ni stąd ni zowąd zgubiliśmy szlak. Patrząc na mapę, nic nie wskazywało na to, żebyśmy gdzieś zboczyli. Jak się okazało, dalej nasze przypuszczenia okazały się trafne, i choć przez kilka kilometrów nie było żadnych oznakowań, nie przejmowaliśmy sie tym. Po prostu, po wycince drzew nikt nie wpadł na pomysł by poprawić oznakowanie szlaku; bo po co...

Po przekroczeniu leśnych granic miasta Gdyni z oznakowaniem szlaku było jeszcze gorzej. Pojedyncze oznaczenia pojawiły się w okolicy Rezerwatu Przyrody Cisowa, ale przy tak wijącej się drodze i licznych krzyżówkach myśleliśmy, że zaraz szlag nas trafi. Sporo czasu straciliśmy na nawigowanie. W ruch poszła nie tylko mapa, ale i kompas. Na odcinku między Leśniczówką Cisowa, a Zwierzyniec oznaczenia szlaku były naprawdę ubogie, a jak w ogóle były to na boku drzew - zupełnie niewidoczne dla przemierzających szlak rowerzystów. Czyżby Gdynia wszystkie pieniądze wydała na pobudowanie nowych leśnych wiat, a nie starczyło już na puszkę farby? ... o przepraszam, zbliżając się do centrum, gdzie pojawiły się pierwsze "leśne przystanki", nagle jak na zawołanie stare, prawie już niewidoczne oznaczenia szlaku przybrały nowy piękny niebieski ton. Szkoda tylko, że na tak niewielkim odcinku! Za Leśniczówką Witomino wszystko wróciło do "normy", czyli szukanie oznakowań niczym "igły w stogu siana". Ehhh, na szczęście kolejne odcinki Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego znamy już jak własną kieszeń, więc nie musieliśmy skupiać się na oznakowaniu trasy w terenie. Co jakiś czas jednak zerkaliśmy, czy aby nie "pociągnięto" go w innym kierunku.



Po przekroczeniu granicy z Sopotem, aż po koniec szlaku w Gdańsku Oliwie oznaczenia szlaku były dobre, gorzej nastomiast było z naszą kondycją. Niby do celu pozostało niewiele kilometrów, ale to był najtrudniejszy odcinek do pokonania. Opadnięte od wysiłku powieki podniosły się, niczym gotowe do boju ,dopiero po osiągnięciu korony Trójmiejskiego PK, czyli Drogi Nadleśniczych. W końcu ożyliśmy i o resztkach sił dotarliśmy do Wzgórza Pachołek. Na wieży przybiliśmy sobie "piątkę", bo udało się nam zrealizować plan przebycia szlaku, o którym w ostatnim czasie sporo rozmawialiśmy. Tym miłym akcentem udaliśmy się w dół do ul. Tatrzańskiej, gdzie zakończyliśmy ponad 100 km niebieski szlak z Lęborka do Gdańska.

Podsumowanie:

Rowerowy szlak oznakowany kolorem niebieskim, wiodący z Lęborka do Gdańska, to całkiem "ciekawy kąsek" szczególnie dla osób o dobrej kondycji. Na ponad 100 km swej długości pokonuje liczne, miejscami dość trudne wzniesienia, które niejednemu, nawet wprawionemu rowerzyście dadzą ostro w kość. Szlak oczywiście można pokonać w odcinkach, tak jak robiliśmy to w poprzednich latach. Pokonanie go ciągiem to dobry trening wydolnościowy. Nam, wraz z postojami, udało się go zrealizować w 9 godzin.

Statystyki naszej trasy:

Dystans: 100,5 km.
Czas jazdy z postojami: 9h
Czas jazdy bez postojów: 7h42min
Prędkość średnia wliczając postoje: 9,82 km/h
Prędkość średnia bez postojów: 14,12 km/h
Przewyższenie: 130,28

Do realizacji trasy wykorzystaliśmy mapę "Dziedzictwo Kulturowe Północynych Kaszub" grupy CartoMedia, która wchodzi w skład wydawnictwa Eko-Kapio.pl

Relacja pochodzi ze strony Grupy Rowerowej 3miasto

Dołącz do ludzi pozytywnie zakręconych
O naszych inicjatywach, rajdach i wycieczkach dowiesz się regularnie odwiedzając naszą stronę internetową lub wpisując się na listę sympatyków. Jeśli chcesz być na bieżąco informowany co organizujemy, napisz do nas e-mail: gr3miasto@gmail.com


Autor relacji: Tomasz Kmieć [GR3miasto]


Opracował:
Też przeżyłeś ciekawą przygodę, odkryłe(a)ś nową trasę? Podziel się wrażeniami z innymi, napisz do nas.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (36)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

wydarzenia - imprezy i szkolenia

+ dodaj

Porady rowerowe

zobacz więcej »

Szlaki rowerowe

Znajdź trasę rowerową

Turystyka rowerowa

zobacz więcej »