rowery

stat

Szlak Warowni Jurajskich rowerem


Pieszy Szlak Warowni Jurajskich im. Andrzeja Stróżeckiego, to znakowana kolorem niebieskim trasa przecinająca Wyżynę Krakowsko-Częstochowską. Jak nietrudno domyślić się, tematem przewodnim pokonanego przez nas szlaku były XIV- i XV-wieczne strażnice obronne, których zasięgiem nie objął Szlak Orlich Gniazd. Szlak Warowni Jurajskich jest jednak nieco od niego krótszy i mniej wymagający, przez co znakomicie nadaje się na rower. Oficjalnie szlak liczy 152 km, nam jednak wyszło nieco więcej z uwagi na kilka dodatkowych opcji, które wynikły z chęci zobaczenia innych ciekawych miejsc po drodze. Trasa rozpoczyna się w Mstowie k./ Częstochowy, a kończy w Rudawie k./Krakowa. Z uwagi jednak na łatwiejszą logistykę dostania się na szlak, wyruszyliśmy nim wspak. Pokonanie trasy rozłożyliśmy na 4 dni / 3 noclegi.



Parametry trasy

  • Region Polska
  • Długość trasy 152 km
  • Poziom trudności średni
Trasy rowerowe


Zbrzydły nam już trochę kaszubskie wzniesienia, dlatego na jeden z październikowych weekendów wybraliśmy się do Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Szlak Warowni Jurajskich uzupełnia nieco znany na tym obszarze Szlak Orlich Gniazd.

Trasę rozłożyliśmy na cztery dni. Z uwagi na fakt, że podróżowaliśmy na lekko, czyli bez znacznych bagaży i namiotu, staraliśmy się nocować w pensjonatach lub hotelach. Dzięki temu nie musieliśmy specjalnie przejmować się wyżywieniem: śniadanie oraz obiadokolację mogliśmy spokojnie skonsumować na miejscu, a w środku dnia skorzystać z lokalnej gastronomii skupionej przy większych ośrodkach turystycznych. Podczas naszej wycieczki wiele czasu poświęcaliśmy także na wizyty piesze, jednak cztery dni to zdecydowanie za mało, by zobaczyć wszystko. Z uwagi na szybko zapadający zmrok, niektóre warownie zobaczyliśmy tylko z zewnątrz.

Dojazd:

Wydawałoby się, że w dobie tak rozwiniętej komunikacji, dojazd nie będzie stwarzał problemów. Niestety przykra prawda, związana z trudnościami zakupu biletów kolejowych dla naszej 6-osobowej grupy, skończyła się rezygnacją z dojazdu do celu pociągiem z Trójmiasta. Jak się okazuje, internetowy system kupowania biletów kolejowych uniemożliwia podgląd miejsc przeznaczonych na przewóz roweru, przez co nie wiadomo, ile można ich zabrać. W kasach sprzedaży bezpośredniej okazuje się, że też takiego podglądu nie mają i rozwiązaniem jest tu kupno i ewentualnie ich anulowanie. Tak oto straciliśmy mnóstwo czasu na opracowanie strategii dostania się na szlak. Ostatecznie udało się kupić bilety na odcinku Częstochowa - Kraków, dlatego do punktu rozpoczęcia naszej weekendowej wycieczki udaliśmy się po prostu samochodem, który na czas naszej wycieczki zostawiliśmy na parkingu nieopodal dworca PKP Częstochowa Stradom.

Doświadczenie z poprzednich wypraw w trudnym terenie:

Wcześniejsze doświadczenia z pokonywania różnych tras górskich pokazały nam, że nie warto układać zbyt długich tras w mocno urozmaiconym terenie, szczególnie gdy nastawieni jesteśmy na wycieczkę krajoznawczą. Pokonany przez nas kilka lat temu Szlak Orlich Gniazd dał nam już dobrą lekcję w tym temacie, dlatego też tym razem trasę rozłożyliśmy tak, by dziennie nie pokonywać więcej niż 65 km.

Noclegi staraliśmy się dobrać tak, aby zarówno na podsumowanie dnia, jak i jego początek móc zjeść dania serwowane, bez konieczności zabawy w kuchni. Dobra logistyka pozwoliła nam na przyjemną jazdę z krótkimi przerwami oraz zwiedzanie. Każdy dzień staraliśmy się kończyć przed zmrokiem, czyli około godz. 16-17. Reszta popołudnia i wieczór zarezerwowane były na regenerację sił, wypoczynek oraz sprawdzenie i przygotowanie sprzętu do dalszej jazdy. Miejsce noclegowe oprócz wygód dla nas samych musiało posiadać także możliwość umycia roweru oraz przechowania go w bezpiecznym miejscu.

Rozpoczynamy rowerową przygodę ze Szlakiem Warowni Jurajskich
Rozpoczynamy rowerową przygodę ze Szlakiem Warowni Jurajskich fot. Krzysztof Kochanowicz / GR3miasto


Co zobaczyliśmy po drodze i gdzie warto zatrzymać się na nieco dłużej:

Dzień 1:

Dojazd do szlaku:

Wycieczkę rozpoczynamy w Krakowie. Szlak Warowni Jurajskich rozpoczyna się jednak 25 km dalej, w miejscowości Rudawa. Aby tam dotrzeć trasę układamy tak, aby wiodła z dala od wzmożonego ruchu samochodowego. Na dobrą rozgrzewkę pokonujemy więc sporo wzniesień górujących nad rzeką o tej samej nazwie co docelowa miejscowość. Trasę umilają nam przepiękne, dość mocno pofałdowane tereny oraz maleńkie wsie z regionalną zabudową góralską. Po ostatnich obfitych opadach okazuje się jednak, że szlaki, które wybraliśmy nieco spowolniły naszą jazdę i cel osiągamy godzinę później niż planowaliśmy.

Rozpoczynamy rowerową przygodę ze Szlakiem Warowni Jurajskich:

Odcinek: Rudawa - Ojców / 20 km

W Rudawie Szlak Warowni Jurajskich rozpoczyna się nieopodal dworca kolejowego. Na dobry początek przemierzamy miasteczko zapoznając się z jego najciekawszymi zabytkami. Chwilę uwagi poświęcamy na XVII-wieczny kościół pw. Wszystkich Świętych oraz znajdującą się obok kamienną dzwonnicę. Kilka kilometrów za miejscowością widać już pierwsze wapienne ostańce skalne charakterystyczne dla Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej. To skałki opasające źródliska lokalnego potoku Będkówki, z którym spotkamy się w dalszej części naszej wycieczki. Przedzierając się przez mroczny zagajnik i wąwozy Parku Krajobrazowego Dolinek Krakowskich mamy okazję poznać jeden z najbardziej wymagających odcinków szlaku. Wąska ścieżka funduje nam niełatwą przeprawę wśród kamieni, skałek, a także połamanych drzew. Na pokonanie 1200 m odcinka schodzi nam ponad godzina. Na szczęście, jak się okazuje później, to jedyny tak długi odcinek, gdzie rowery niesiemy na plecach.

Nieco dalej otwiera się przed nami malownicza Dolina Będkowska, nad którą górują przepiękne skały m.in. Dupa Słonia. Początkowo myślimy, że to jakiś żart, ale po spojrzeniu w mapę okazuje się, że taka nazwa też tam widnieje. Szlak podąża dnem doliny wzdłuż wcześniej wspomnianego potoku drogą asfaltową, więc teoretycznie powinniśmy nadrobić wcześniej stracony czas. Jednak miejsce to urzeka nas do tego stopnia, że ciężko przebyć je tylko z wiatrem we włosach. Podziwiamy więc całą koronę skalną m.in. Pytajnik, Sokolnicę, Czarcie Wrota. Chwilę uwagi poświęcamy także na Wodospad Szum. Wizytę w Dolinie Będowskiej podsumowujemy dłuższą przerwą w Jaskini Łabajowej. Otwór wejściowy znajduje się u podnóża skał, na wysokości ok. 410 m n.p.m., a 40-metrowa długość jaskini jest dobrym przerywnikiem na odpoczynek od pedałowania.

Ostatnim odcinkiem tego dnia jest zjazd do Doliny Prądnika, która znajduje się w samym sercu Ojcowskiego Parku Narodowego. Choć do pokonania mamy tylko 5 km jazdy praktycznie w dół, to nie są to łatwe kilometry. Wąska, kręta, a do tego najeżona drobnymi skałkami ścieżka wymaga od nas sporej kontroli. Z takimi warunkami nie jesteśmy niestety obyci. Na kilometr przed celem ukazują nam się szpiczaste ostańce skalne Góry Chełmowej, której szczyt wznosi się na 473 m n.p.m. Widok zapiera dech w piersi. Przed wjazdem do Doliny Prądnika przejeżdżamy przez charakterystyczne skały zwane Bramą Krakowską. To przepiękne miejsce znamy z dawnych czasów, studenckich wyjazdów wędrownych. Niebawem jednak zapadnie zmrok, dlatego czym prędzej udajemy się do naszego miejsca noclegu, by wypocząć i zregenerować siły przed następnym dniem.

Nocleg mamy zarezerwowany w maleńkiej willi w Ojcowie. Nieopodal działa jedyna w tej okolicy restauracja, w której udaje nam się zjeść gorącą obiadokolację oraz namówić właściciela na przygotowanie pożywnego śniadania. Okazuje się, że poza sezonem, w połowie października wszystko jest tu już "zabite dechami". Nie działają ani pensjonaty, ani hotele, a skoro turystów policzyć można na palcach jednej dłoni, nie opłaca się także kontynuować sezonu gastronomicznego. Aż przykro się słucha, że sezon turystyczny kończy się wraz z rozpoczęciem roku akademickiego.

Mkniemy przez malowniczą Dolinę Będkowską
Mkniemy przez malowniczą Dolinę Będkowską fot. Krzysztof Kochanowicz / GR3miasto


Dzień 2:

Ojców - Podzamcze / 65 km

Zważywszy na fakt, że tego dnia szlak będzie pokonywał wiele otwartych przestrzeni, a trasa będzie znacznie mniej techniczna niż dnia poprzedniego, zaplanowaliśmy, że przejedziemy 65 km. Przy tym wszystkim nie uwzględniliśmy jednak trudnych warunków pogodowych, które spowodują, że pokonanie tego odcinka w zamierzonym czasie będzie niemalże na styk. Co innego byłoby zapewne gdyby jesień była sucha i słoneczna... ehhh mądry człowiek po fakcie.

Ruszamy zatem przez zabity dechami Ojców. Po drodze nie spotykamy żywej duszy. Sklep też jest zakneblowany, więc przez najbliższe kilometry możemy posilić się jedynie wodą z lokalnych potoków. Na szczęście mamy ze sobą sprawdzoną butelkę z filtrem, więc ekscesów z żołądkiem nie będzie. Pierwszym naszym celem są ruiny warowni wzniesionej przez Kazimierza Wielkiego w II połowie XIV wieku. Po Zamku Ojców pozostało niewiele: ośmioboczna wieża, brama wjazdowa i mury obwodowe. Tradycja głosi, że nazwa warowni, w swej pierwotnej formie brzmiąca Ojciec, została nadana przez samego króla, na pamiątkę walki o tron krakowski jego ojca, Władysława Łokietka, który w okolicznych jaskiniach znajdował schronienie.

Po krótkiej wizycie udaliśmy się dalej. Podczas, gdy Szlak Orlich Gniazd wiedzie środkiem Doliny Prądnika wśród pięknych ostańców skalnych, tak Szlak Warowni Jurajskich pnie się wąską i krętą ścieżką przez ciemny las. Z jednej strony, przy tak obfitych opadach deszczu las był naszym azylem, z drugiej - niełatwą przeprawą po śliskim, błotnistym gruncie.

Szlak, którym podążamy pomija zamek na Pieskowej Skale. Tam jednak byliśmy przemierzając Szlak Orlich Gniazd. Leje jak z cebra, więc koncentrujemy się głównie na naszym celu. Po wydostaniu się z lasu, przez chwilę oba szlaki wiodą razem. Po osiągnięciu wzniesienia, na którym znajduje się Pustelnia bł. Salomei, Szlak Warowni Jurajskich odbija w kierunku Dłubniańskiego Parku Krajobrazowego. Przez chwilę podążamy jeszcze grząskimi drogami gruntowymi i leśnymi duktami wśród dość mocno pofałdowanych terenów, których wysokości sięgają 400 m n.p.m.

Nieco spokojniejsze tereny rozpoczynają się dopiero od Tarnawy. Tu szlak przemierza liczne wzniesienia, ale drogami asfaltowymi, co pozwala nabrać nam trochę prędkości. Nie rozpędzamy się jednak zbytnio, bo w bidonach nie mamy nic prócz wody. Na horyzoncie pojawiają się już zabudowania wsi Imbramowice, gdzie prócz zapoznania się z lokalną historią i architekturą z pewnością zatrzymamy się przy sklepie w celu uzupełnienia zapasów na dalszą drogę. W końcu nie samym powietrzem człowiek żyje.

Po uzupełnieniu kalorii, pojawiają się chęci do dalszej turystyki, mimo, że nadal pada deszcz. Chwilę uwagi poświęcamy na zobaczenie lokalnego Klasztoru Sióstr Norbertanek oraz kościoła pw. św. Benedykta Opata. Przemierzając miejscowość, szlak pokonuje tu dwukrotnie historyczną rzekę Dłubnię oraz dwa strome wzniesienia. Niestety nasza sielanka szybko się też kończy.

Wśród skał górujących nad Doliną Będkowską znajduje się także Dupa Słonia
Wśród skał górujących nad Doliną Będkowską znajduje się także Dupa Słonia fot. Krzysztof Kochanowicz / GR3miasto


Za Imbramowicami szlak ponownie zagłębia się w terenie. Przez najbliższe 15 km pokonujemy głównie drogi gruntowe, które wiodą wśród pól uprawnych. Momentami błoto jest tak gęste i lepkie, że koła w rowerze przestają się kręcić. Dobrze, że w końcu przestaje siąpić z nieba. Morale poprawia nam piękna tęcza, która przechodzi nad lokalnymi wzgórzami. Niestety jak nie deszcz, tak dla odmiany mocno wieje wiatr. Chowając się jeden za drugim, staramy się jechać zespołowo, jak w prawdziwym kolarskim peletonie, co pozwala nam przetrwać ciężkie chwile. Ten piętnastokilometrowy odcinek szlaku okazał się najnudniejszym na całej trasie, ale tak to bywa ze szlakami tego kalibru.

Docieramy do miejscowości Wolbrom. To mało ciekawe miasteczko więc przemierzamy je bez większego zastanowienia, tym bardziej, że blisko już mamy do pięknych ostańców skalnych górujących nad Doliną Wodącej. Krótki odpoczynek robimy tu przy Skale i Jaskini Biśnik. Z uwagi na prace archeologiczne wejście do niej jest zamknięte, ale to nie przeszkadza nam w spacerze skrajem ciekawych skał.
Kilka kilometrów dalej na horyzoncie widać już wieżę Zamku Smoleń. W obrębie zrujnowanej rycerskiej budowli robimy kolejną przerwę. Jak się okazuje teren zobaczyć można tylko z zewnątrz, gdyż od kilku lat trwają tam prace restauracyjne. Pierwotnie zamek składał się z murowanej okrągłej wieży i budynku mieszkalnego otoczonych murem obwodowym. Następnie w XV wieku rozbudowano warownię o zamek dolny od wschodu, a niedługo potem o drugi zamek dolny od zachodu. Nie stykały się one bezpośrednio, więc połączono je przejściem komunikacyjnym. Do ciekawostek należy tu tajemnicza studnia, na dnie której podobno znajdują się skarby. Jako, że nie należymy do ludzi zachłannych, udajemy się dalej pokonując lekko pofałdowany obszar Parku Krajobrazowego Orlich Gniazd.

Choć do kolejnego miejsca noclegu pozostaje nam raptem kilkanaście kilometrów, odpuszczamy zobaczenie ruin strażnicy w Ryczowie. Widząc, że powoli zapada zmrok koncentrujemy się na jak najszybszym dotarciu do Podzamcza. Wiemy, że zanim zasiądziemy do gorącej kolacji, musimy umyć rowery z błota i przygotować je do kolejnego dnia drogi.

Na szczęście nocleg mamy zarezerwowany w hotelu blisko Zamku Ogrodzieniec, który jak się okazuje jest pięknie oświetlony po zmroku. Dla rozprostowania mięśni wybieramy się tu zarówno na wieczorny spacer przed kolacją, jak i poranny przed śniadaniem.

Zamek Ogrodzieniec leży na liczącym ponad 515 m n.p.m. wzniesieniu, które jest największym sklepieniem Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Tę okazałą bryłę widać już z kilku kilometrów więc robi ogromne wrażenie zarówno z daleka, jak i bliska. Z kart historii wyczytaliśmy, że pierwsze umocnienia stanęły tu za panowania Bolesława Krzywoustego i przetrwały do 1241 roku, kiedy to najazd tatarski zrównał je z ziemią. Na ich miejscu w połowie XIV wieku zbudowano zamek gotycki - siedzibę rodu rycerskiego Włodków Sulimczyków. Warownia była doskonale wkomponowana w teren: z trzech stron osłaniały ją wysokie skały, a obwód zamykał kamienny mur, wjazd prowadził wąską szczeliną między skałami. Wraz z wiekami, zamek zmieniał właścicieli, którzy dokonywali zmian w jego konstrukcji, choć w najniższej kondygnacji kurzej stopy zachowały się do dnia dzisiejszego fragmenty renesansowych fresków. Zamek urzekł nas licznymi komnatami i zakamarkami, dlatego też poświęciliśmy mu dość sporo czasu i to o różnych porach dnia.

Przerwa przy Wodospadzie Szum
Przerwa przy Wodospadzie Szum fot. Krzysztof Kochanowicz / GR3miasto


Dzień 3:

Podzamcze - Olsztyn / 65 km

Przed nami kolejny bardzo wyczerpujący dzień pod kątem planowanych do zwiedzenia miejsc. Choć Szlak Warowni Jurajskich pomija kilka ciekawostek, zamierzamy zrobić tu mały skok w bok na biegnący nieopodal Szlak Orlich Gniazd by zobaczyć zamki w Bobolicach i Mirowie. Na szczęście dzień rozpoczyna się słonecznie, a wraz z ogrzewającymi nas promieniami wracają siły do zmierzenia się z kolejnym dłuższym odcinkiem szlaku.

Na dobry początek czeka nas niełatwa przeprawa przez poprzecinane licznymi ciekami wodnymi lasy rozciągające się od Ogrodzieńca po Zawiercie. Miejscami zanurzamy rowery po piasty i ponownie oblepiamy je gęstą, czarną, błotną mazią. Usmarowani od stóp do głów wjeżdżamy do Zawiercia - miasta, które znamy z kart historii jako miejsce związane z przemysłem ciężkim. Z kieszonkowego przewodnika turystycznego wiemy też, że jest tu kilka ciekawych zabytków, jednak zwiedzanie miasta tym razem odpuszczamy na rzecz innych ciekawostek, które wcześniej zaplanowaliśmy. W mieście korzystamy tylko z uzupełnienia zapasów prowiantu oraz myjki :)

Pierwszą warownię, którą tego dnia zaliczamy są ruiny Zamku Morsko, którego początki sięgają XIV wieku. W roku 1327 Władysław Łokietek oddał wieś Morsko kanonikom laterańskim w Mystowie. Na początku XVI wieku była własnością rodziny Włodków, którzy prawdopodobnie na przełomie XV i XVI wieku zbudowali zamek z kamienia. Następnie Morsko przejęli Zborowscy, a po nich Brzescy i Giebułtowscy. W XVII wieku zamek został opuszczony. Obecnie można go zwiedzać, ale pod okiem przewodnika. My specjalnie nie mamy na to czasu, więc udajemy się jedynie na krótki spacer wokół skały na której się wznosi budowla. Chwilę spędzamy także na szczycie stoku narciarskiego, który znajduje się tuż obok. Wracają wspomnienia z noclegu w pobliskim pensjonacie, kiedy to kilka lat temu pokonywaliśmy Szlak Orlich Gniazd.

Po krótkiej regeneracji sił ruszamy dalej. Choć Szlak Warowni Jurajskich pomija przepiękne skały otaczające Górę Zborów, my wybieramy się dokładnie na jej szczyt... i to z rowerami na plecach. A jakże by inaczej! Jej bezleśny wierzchołek, zakończony zbudowaną podczas okupacji hitlerowskiej wieżyczką triangulacyjną, jest znakomitym punktem widokowym i najwyższym wzniesieniem w byłym województwie częstochowskim - 462 m n.p.m. Procesy krasowe ukształtowały tu liczne wapienne ostańce, jaskinie i leje. W obrębie góry znajduje się także zamknięty obecnie kamieniołom, w którym pracowali przymusowi robotnicy III Rzeszy. Na zboczach znajdują się skałki o wysokości do 30 metrów, ściany których pokryte są gęstą siatką dróg wspinaczkowych. Przez chwilę podziwiamy tę formę aktywności, po czym sami wdrapujemy się na te, które nie wymagają specjalnego sprzętu. W pobliżu najwyższego punktu góry odwiedzamy także słynną Skałę Wielbłąd z wybitną, północną ścianą. Po tak mocnej dawce pozytywnej energii wracamy z powrotem na szlak. Po kilku kilometrach ponownie jednak odbijamy w celu zobaczenia zamków w Bobolicach i Mirowie. Z uwagi na dość późną godzinę, oba obiekty zwiedzamy jedynie z zewnątrz.

Zamek Bobolice znajduje się na stromym, skalistym wzgórzu liczącym 360 m n.p.m. Z oryginalnego zamku do naszych czasów ocalała jedynie górna część warowni. Do zamku prowadził niegdyś most zwodzony ponad suchą fosą, a całość otaczały mury z blankami zbudowane z miejscowego białego wapienia. Królewski Zamek Bobolice został zbudowany przez króla Polski Kazimierza Wielkiego najprawdopodobniej ok. 1350-1352 roku. Należał do systemu obronnego zachodniej granicy państwowej Królestwa Polskiego. Warownia miała bronić od najazdów ze strony Śląska, będącego terytorium granicznym Królestwa Czech. Obecnie, po latach rekonstrukcji, prowadzone są prace wykończeniowe, głównie we wnętrzach zamku. Ich zakończenie nastąpiło w drugiej połowie 2011 roku. Zamek Bobolice w porównaniu do tego w Mirowie, starannie odnawiany jest przez nowych właścicieli, którzy włożyli ogrom pracy, by przywrócić jego dawną świetność. Z roku na rok widać postępy prac, dzięki którym już dziś można zapoznać się z jego ciekawą historią i legendami, zwiedzając jego tajemnicze komnaty. Nieopodal zamku znajduje się stylowy hotel i restauracja.

W Jaskini Łabajowej u wylotu z Doliny Będowskiej
W Jaskini Łabajowej u wylotu z Doliny Będowskiej fot. Krzysztof Kochanowicz / GR3miasto


Zamek Mirów pochodzi z czasów Kazimierza Wielkiego, czyli około połowy XIV wieku. Dziś zobaczyć można tylko jego ruiny, gdyż budowla mocno ucierpiała podczas "potopu szwedzkiego", kiedy to zniszczono znaczną część murów. Mimo podjętych przez właścicieli prac remontowych powoli popadał w ruinę i ostatecznie został opuszczony w roku 1787. Warownia stała się źródłem kamiennego budulca dla okolicznych mieszkańców, co przyspieszyło jej spustoszenie. Obecnie widać jednak postępy w jego renowacji, więc jest szansa, że za kilka lat stanie się kolejną atrakcją turystyczną malowniczej okolicy.

Odbicie do powyżej przedstawionych zamków kosztowało nas raptem kilka kilometrów, ale warto było. Za Mirowem wracamy na Szlak Warowni Jurajskich, który pokazuje nam kolejne ruiny zamków. Chwilę poświęcamy także na zobaczenie pozostałości obronnych w Przewodziszowicach (obecnie dzielnicy Żarek). Choć ruiny XIV-wiecznej warowni dobrze ukryte są w lesie, szlak przechodzi tuż obok. Z umieszczonej obok ruin tablicy informacyjnej dowiadujemy się, że warownia została wzniesiona na polecenie króla polskiego, Kazimierza Wielkiego albo księcia śląskiego, Władysława Opolczyka. Razem ze Strażnicą Suliszowice stanowiła wsparcie - jako wysunięta flanka - zamku obronnego Ostrężnik. W XV w. była siedzibą rycerza-rozbójnika Mikołaja Kornicza, zwanego "Siestrzeńcem". Jak głosi legenda, zrabowane przez niego skarby zostały ukryte w niedostępnych szczelinach skalnych lub w zamkowej studni.

Szlak Warowni Jurajskich pomija także jedną z najsłynniejszych warowni w Olsztynie, my chcąc nie chcąc i tak zmierzamy w jej kierunku, gdyż właśnie tam mamy nasz nocleg. Po całym dniu pełnym wrażeń do celu docieramy już po zmroku, dlatego zwiedzanie ruin zamku zostawiamy na następny dzień.

Dzień 4:

Odcinek: Olsztyn - Mstów / 12 km

Ostatni dzień naszej przygody to na dobrą sprawę krótka przejażdżka ostatnimi kilometrami szlaku oraz powrót do samochodów, które zostawiliśmy w Częstochowie. Tak jak poprzedni dzień podniósł nam morale, tak ostatniego w ogóle nie chce nam się wsiadać na rowery. Od samego rana rzuca żabami, a gęsta mgła przysłania cały widok. Na szczęśnie po śniadaniu nieco się przejaśnia i na horyzoncie udaje się dostrzec ruiny Zamku Olsztyn.

Posadowiono go na skałach już w drugiej połowie XIII wieku, jako jeden z elementów systemu obronnego Małopolski. Kazimierz Wielki znacznie go rozbudował. Jako że zamek doskonale spełniał powierzone mu zadanie, również Jagiellonowie dbali o jego dobry stan - ustanowili tu nawet starostwo. Katastrofalny dla warowni - jak i dla całej Polski - okazał się potop szwedzki z połowy XVII wieku i późniejsza wojna północna. Splądrowana warownia nie wróciła już do stanu z czasów swojej świetności. Na początku XVIII wieku zamkowych kamieni użyto do budowy pobliskiego kościoła. Rozpadała się Rzeczpospolita, kruszyła się też warownia. W czasach rozkwitu składała się z zamku dolnego, środkowego i górnego, dwóch przedzamczy i potężnych murów. Do dziś zachowały się zarysy wielu tych budowli, ale najefektowniejsze są dwie wieże: okrągły stołp i kwadratowa wieża, zwana starościańską lub sołtysią. W murach zamku ożywają opowieści o wydarzeniach z jego przeszłości.
Szlak Warowni Jurajskich im. Andrzeja Stróżeckiego podsumowujemy w Mstowie k./Częstochowy. Ostatnie kilometry przejeżdżamy już ciągiem, nigdzie specjalnie się nie zatrzymując, bo w zasadzie nie ma gdzie.

Powrót do Częstochowy:

Z Mstowa, gdzie kończymy wycieczkę rowerową Szlakiem Warowni Jurajskich, do Częstochowy wracamy jednym z lokalnych szlaków rowerowych, który wiedzie bocznymi drogami asfaltowymi wzdłuż wijącej się Warty. Ruch samochodowy jest tu znikomy, co pozwala nam bezpiecznie dotrzeć do celu.

Podsumowanie:

Choć słońce przyświecało nam sporadycznie, a jurajska jesień przywitała nas rzucającymi żabami, pokonanie pieszego Szlaku Warowni Jurajskich na rowerach sprawiło nam wiele radości. Miejscami nie było łatwo, ale dobrze wiedzieliśmy, z czym będziemy mieli do czynienia. Zmiana klimatu z pomorskiego na nieco bardziej wyżynny pozwoliła nam w końcu trochę mocniej pokręcić. W Jurę Krakowsko-Częstochowską z pewnością jeszcze wrócimy zarówno pod kątem wycieczek rowerowych jak i pieszych, gdyż to wspaniała odskocznia od morza, które mamy na co dzień.



GALERIA ZDJĘĆ; fot. Krzysztof Kochanowicz i Piotr Gąsior [GR3miasto]

Parametry naszej trasy:

Dystans Szlaku Warowni Jurajskich: 152 km
Łączny dystans naszej wycieczki: 205 km
Czas jazdy z postojami: 4 dni
Suma przewyższeń na szlaku: 2856 m
>>>Mapa naszej trasy i ślad GPS

mat. Open Street Map


Mapy: Jura Krakowsko-Częstochowska, skala 1:52 000 / Wyd. ExpressMap


Wycieczkę zrealizowała:
Grupa Rowerowa 3miasto
kontakt: gr3miasto@gmail.com

Zobacz także naszą wideo relację z rowerowej wycieczki Szlakiem Orlich Gniazd:

Rowerowy weekend na Szlaku Orlich Gniazd

Też przeżyłeś ciekawą przygodę, odkryłe(a)ś nową trasę?
Podziel się wrażeniami z innymi, napisz do nas: rowery@trojmiasto.pl.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (31)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

wydarzenia - imprezy i szkolenia

+ dodaj

Porady rowerowe

zobacz więcej »

Szlaki rowerowe

Znajdź trasę rowerową

Turystyka rowerowa

zobacz więcej »