rowery

stat

Relacja z wyprawy rowerowej przez Azję

- W Azji spędziliśmy ponad dwa miesiące - podobnie jak w przypadku wyprawy po Europie, z czego najwięcej czasu zajęło nam poznawanie Birmy. Z tym krajem wiąże się też chyba najwięcej przygód - mówi Krzysztof Groth. Na zdjęciu z przyjacielem, Przemysławem Laskowskim.
- W Azji spędziliśmy ponad dwa miesiące - podobnie jak w przypadku wyprawy po Europie, z czego najwięcej czasu zajęło nam poznawanie Birmy. Z tym krajem wiąże się też chyba najwięcej przygód - mówi Krzysztof Groth. Na zdjęciu z przyjacielem, Przemysławem Laskowskim. fot. Rowerowy świat

- Każdego dnia jesteś w innym miejscu, stykasz się z nowymi ludźmi, musisz rozwiązywać takie problemy jak znalezienie jedzenia, noclegu, naprawy, radzenie sobie z różnymi bólami, a także zaskakują cię na przykład zapierające dech w piersiach widoki, których się nie spodziewałeś - mówi Krzysztof Groth z Trójmiasta, który wraz z kolegą zjechał Azję rowerem.



Alicja Olkowska: Zanim porozmawiamy o Azji, opowiedz o pierwszej ważnej wyprawie rowerowej. Widziałam, że zwiedziliście też kawał Europy...

Krzysztof Groth: Tak. Swoją przygodę z jeżdżeniem na rowerze zaczęliśmy w zasadzie w 2012 roku. Objechaliśmy wtedy Mazury i Podlasie. Spaliśmy na kempingach, jedliśmy pod sklepami, albo w restauracjach, nabieraliśmy obycia w kwestiach sprzętowych - co miało bardzo duże znaczenie dla późniejszych przedsięwzięć. Przejechaliśmy ok. 1000 km w niecałe dwa tygodnie.

Po tej dosyć krótkiej przygodzie apetyt na kolejne wyprawy rósł i w 2015 roku wybraliśmy się w podróż, o której wspomniałaś. Wyruszyliśmy z Katowic, a zatrzymaliśmy się dopiero w Lizbonie. Podczas wyprawy po Europie musieliśmy zmierzyć się z nowymi wyzwaniami, chociażby takimi jak porozumiewanie się w obcych językach. Zrezygnowaliśmy też z noclegów na kempingach, bo przez dwa miesiące, jakie zajęła nam podróż, wydalibyśmy na to majątek. Spaliśmy w namiocie "na dziko" lub u ludzi, którzy chcieli nas przyjąć do swojego ogródka. Przemierzyliśmy 13 krajów. Odwiedziliśmy Wiedeń, Wenecję, Bolonię, Mediolan, Monako, Marsylię, Barcelonę, Walencję, Gibraltar, Fatimę, Lizbonę i wiele innych ważnych dla kultury europejskiej miejsc. Zdobyliśmy też najdalej na południe i na zachód wysunięte punkty kontynentalnej Europy - przylądki: Tarifa i Cabo da Roca. Nie będę się jakoś bardzo mocno rozwodził nad tą podróżą, bo relację z każdego z 64 dni tej wyprawy można znaleźć na naszym blogu www.rowerowyswiatweb.wordpress.com. Ostatecznie cała długość trasy wyniosła około 5600 km.

Ile zajęła wam podróż po Azji?

W Azji spędziliśmy ponad dwa miesiące - podobnie jak w przypadku wyprawy po Europie, z czego najwięcej czasu zajęło nam poznawanie Birmy. Z tym krajem wiąże się też chyba najwięcej przygód. Poza Birmą - a właściwie Mjanmą (kwestia nazewnictwa w tym kraju jest bardzo kłopotliwa) - odwiedziliśmy też Singapur, Malezję, Tajlandię, Kambodżę i Wietnam.


Jak reagowali na was ludzie spotkani po drodze?

Bardzo różnie. Oczywiście widok dwóch chłopaków z rowerami obładowanymi ekwipunkiem zawsze budzi zainteresowanie - czy to w Azji, czy w Europie. Szczególnie na wsi. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że mamy inny kolor skóry, więc to sensacja do kwadratu. Na pewno ludzie, których mijaliśmy byli nas ciekawi, ale raczej rzadko mogli to okazać, bo bariera języka skutecznie to uniemożliwiała. Niemniej jednak co jakiś czas zdarzali się tacy, którzy zagadywali nas łamanym angielskim, kiedy zatrzymywaliśmy się na sjestę (zwyczaj przeniesiony z południa Europy), a nawet czasami na drodze. Wielu chciało sobie zrobić z nami zdjęcie, albo pokazać nam właściwy kierunek. To ostatnie jest dosyć kłopotliwe, bo Azjaci mają dziwny zwyczaj "pomagania za wszelką cenę". Kiedy spytasz kogoś o drogę - a czasem nawet bez pytania - koniecznie chcą ci udzielić informacji, nawet wtedy, kiedy jej nie znają. Wprowadzają wtedy po prostu w błąd. Wolą to, niż nie powiedzieć nic, dlatego zawsze lepiej jest zasięgnąć informacji z kilku źródeł. Z tego co wiem od znajomych podróżników, zwyczaj ten panuje również w innych krajach niż te, które odwiedziliśmy, więc warto mieć to na uwadze, wybierając się do Azji.

Jedna sytuacja odnośnie reakcji ludzi na naszą obecność rzeczywiście nas zdziwiła. Było to we wschodniej Birmie. Kiedy pod wieczór wjechaliśmy do miasteczka, znajdującego się u podnóży kolejnego górskiego łańcucha, miałem wrażenie, że przekroczyliśmy jakąś barierę do innego wymiaru. Mieszkańcy patrzyli na nas dosłownie jak na duchy - dziwadła, których nigdy w życiu nie widzieli. Nie było to spoglądanie z zainteresowaniem, jak zazwyczaj - oni dosłownie zastygali i patrzyli zszokowani to na nas, to na siebie nawzajem. Każdy, kto miał pod ręką rower lub skuter, wsiadał na niego i jechał z nami. Zagadka takiego zachowania wyjaśniła się następnego dnia, kiedy zostaliśmy zatrzymani przez oficera imigracyjnego. Okazało się, że wjechaliśmy jakieś 150 km w głąb strefy zakazanej dla obcokrajowców - my po prostu nie mieliśmy prawa tam być. W tym rejonie od wielu lat toczą się różne wymiary wojny domowej, więc bardzo możliwe, że ci ludzie rzeczywiście nie widzieli nigdy takiego zjawiska jak turyści rowerowi.



Czy przydarzyły się wam jakieś zaskakujące lub niebezpieczne sytuacje?

Rozmawialiśmy z Przemkiem Laskowskim, moim rowerowym kompanem, na ten temat kilka razy podczas naszej podróży. Śmialiśmy się nawet, jak fajnie byłoby wziąć na taką wyprawę jakiegoś "żółtodzioba". Dla kogoś, kto nigdy jeszcze nie podróżował rowerem, cały pierwszy tydzień byłby na pewno totalnym szokiem, a i później wiele sytuacji przyprawiłoby go o przyspieszone bicie serca. Nie chcę tu powiedzieć, że my dwaj zjedliśmy zęby na podróżowaniu, ale prawda jest taka, że dysponując chociaż takim bagażem doświadczeń, jaki my mamy, wiesz, że właściwie każdy dzień będzie zaskakujący i traktujesz to jak swego rodzaju rutynę. Każdego dnia jesteś w innym miejscu, stykasz się z nowymi ludźmi, musisz rozwiązywać takie problemy jak znalezienie jedzenia, noclegu, naprawy, radzenie sobie z różnymi bólami, a także zaskakują cię na przykład zapierające dech w piersiach widoki, których się nie spodziewałeś. To normalne.

Ale owszem, było też trochę niebezpiecznych sytuacji. Ważniejszą z nich był na pewno nasz wypadek spowodowany awarią amortyzatora Przemka, kiedy obaj przewróciliśmy się na drodze - jedna z przygód w Birmie, o których wcześniej wspomniałem. Ja uderzyłem mocno głową o asfalt, co poskutkowało dziurą w kasku i wstrząśnieniem mózgu (zawsze jedźcie w kasku!), a Przemek poranił sobie ręce i złamał widelec w rowerze. Miało to miejsce gdzieś między zupełnie bezimiennymi dla nas wioskami. Ale znów - nie wywołało to u nas paniki, tylko reakcję typu "Ale mi się nie chce teraz z tym bujać... Zaraz zajdzie słońce...". Po "pozbieraniu się" z drogi, złapaliśmy na stopa jakąś ciężarówkę, wrzuciliśmy na pakę rowery i ekwipunek, i poprosiliśmy o podwiezienie nas do najbliższej świątyni (w świątyniach najczęściej sypialiśmy). Jakieś dwie godziny później z tej świątyni jeszcze wyrzuciła nas policja twierdząc, że obcokrajowcy nie mogą w niej przebywać. Sami się dziwiliśmy, jak bardzo może to być dla nas obojętne. Ostatecznie mieliśmy przecież w sakwach namiot, jedzenie, opatrunki i leki - mogliśmy więc pójść spać gdziekolwiek. Kiedy jest się dobrze przygotowanym, nie ma powodów do paniki.

Co wam sprawiało największą trudność w Azji pod względem przemieszczania się rowerem? A może było idealnie? 

Było kilka niedogodności, ale nie nazwałbym ich jakimiś wielkimi trudnościami. Najpierw musieliśmy się przyzwyczaić do ruchu lewostronnego - cały czas łapaliśmy się na tym, że na skrzyżowaniach upewniamy się, czy jest bezpiecznie, patrząc w niewłaściwą stronę. Kilka dni zajęło też przywyknięcie do klimatu. Singapur to prawie równik, więc powietrze jest cały czas potwornie gorące i - co najważniejsze - duszne. Na początku istotnie zmniejszało to naszą wydolność. Jednak po przejechaniu Malezji problemy te zniknęły, szczególnie, że odjechaliśmy już nieco na północ i pogoda stała się łagodniejsza. Zawsze ciężej jedzie się też przez góry, zwłaszcza z takim obciążeniem. Tych nie mieliśmy jednak zbyt wiele. Dwa dni na Cameron Highlands w Malezji, trzy dni na granicy tajsko-birmańskiej i kilka dni we wschodniej Birmie. Były one dosyć męczące, ale góry zawsze podjazdy nagradzają zjazdem.

Jakość dróg przez większość czasu była nawet lepsza niż w Europie. Jedynie w południowo-wschodniej Birmie musieliśmy się trochę pomęczyć z nierówną i dziurawą nawierzchnią. Było też trochę trudności związanych z problemami zdrowotnymi - zatrucia bakteryjne i pokłosie wspomnianego wypadku. Pod koniec wyprawy złapałem też jakiegoś uporczywego wirusa.

Macie już pomysł na kolejną wyprawę?

Na razie mamy zamiar trochę przystopować, ale jakieś pierwsze pomysły się oczywiście pojawiają. Z podróżowaniem, zwłaszcza w taki niezależny sposób jest tak, że nigdy nie ma się dość. Można tylko na jakiś czas nakarmić głód podróżowania. Dlatego, jeśli planujecie właśnie pierwszą wyprawę, przemyślcie to dobrze (śmiech). Ja chciałbym na pewno poznać Amerykę Południową: Boliwię, Peru, Kolumbię... Przemek coraz częściej wspomina o Kubie. Prawdopodobnie więc następnym razem obierzemy mniej więcej ten kierunek.



Parametry trasy:

Początek wyprawy: Lotnisko Changi w Singapurze
Koniec wyprawy: Lotnisko w Ho Chi Minh
Łączny dystans ok. 4500 - 4700 km
Czas podróży: 72 dni, z czego niecałe 50 było na rowerze.

Mapa poglądowa trasy
Mapa poglądowa trasy mat. Google Maps
Też przeżyłeś ciekawą przygodę, odkryłe(a)ś nową trasę?
Podziel się wrażeniami z innymi, napisz do nas: rowery@trojmiasto.pl.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (20)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

wydarzenia - imprezy i szkolenia

+ dodaj

Porady rowerowe

zobacz więcej »

Szlaki rowerowe

Znajdź trasę rowerową

Turystyka rowerowa

zobacz więcej »