rowery

stat

Ponad 1000 km non stop w limicie 72 godzin

artykuł czytelnika
Decyzja podjęta wyruszam przez Polskę na maraton szosowy pt."Bałtyk-Bieszczady Tour"
Decyzja podjęta wyruszam przez Polskę na maraton szosowy pt."Bałtyk-Bieszczady Tour" Marecki

Pierwszy, internetowy rzecz jasna, kontakt z tym maratonem, jeszcze pod nazwą Imagis Tour, miałem w 2007 r. Wtedy nie miałem żadnego doświadczenia w długodystansowej jeździe na rowerze, ale kilka własnoręcznie zorganizowanych lub komercyjnych super maratonów pozwoliły mi, ku mojemu zdziwieniu, realnie myśleć o wystartowaniu i ukończeniu tej ciekawej imprezy.



Co prawda, koncepcja jazdy głównym drogami krajowymi w naszym pięknym kraju nie podobała mi się i nadal mi się nie podoba - ale w myśl zasady, że co cię nie zabije, to cię wzmocni postanowiłem spróbować. Z pewnością dodatkową motywacją do startu była decyzja mojego kolegi - Roberta Woźniaka o starcie w tej imprezie. We dwóch zawsze śmieszniej :)

Tak więc, stanęliśmy wszyscy w liczbie 75 rowerzystów i jednej rowerzystki na rampie promu w Świnoujściu, padł strzał z armaty i peleton ruszył spokojnie (bez tandemu, który mógł już jechać ostro) na miejsce startu ostrego sprzed bazy promowej.

Trasa:
Świnoujście - Wolin - Płoty - Łobez - Drawsko Pomorskie - Kalisz Pomorski - Wałcz - Piła - Bydgoszcz - Toruń - Włocławek - Gostynin - Gąbin - Sochaczew - Żyrardów - Grójec - Białobrzegi - Wsola - Radom - Iłża - Ostrowiec Świętokrzyski - Opatów - Rzeszów - Domaradz - Sanok - Zagórz - Lesko - Ustrzyki Górne.

Moja piętnastoosobowa grupa wystartowała o godzinie 8.07 i kontakt z nimi miałem może przez 3 kilometry. Podjazd z miasta był wystarczająco stromy i długi dla mnie, aby nie pokonywać go z prędkością dobrze ponad 30 km/h. I tak to szybciutko zrobiłem się solo w kategorii OPEN. Tak w zasadzie miało już być przez całą trasę.

Odcinek do pierwszego punktu kontrolnego w Płotach pokonywany odwrotnie niż dnia poprzedniego dostarczył nowych wrażeń, zwłaszcza piękne lasy Wolińskiego Parku Narodowego umiejscowione po obu stronach DK 3 spowodowały, że ten odcinek wspominam bardzo przyjemnie. Po opuszczeniu wyspy Wolin udało mi się zamienić kilka słów z Transatlantykiem z Bikestats i chłopakami z Włocławka, ale że nie garnąłem się do dawania zmian w grupie, to po chwili znowu jechałem samodzielnie.

Gdy doszła do mnie kolejna 15-osobową grupa poczułem w sobie lekką nutkę sportową i z prędkością w granicach 30 km/h gnałem za nimi do pierwszego PK w Płotach. Tam dałem sobie spokój, bo to przecież był początek jazdy, a ja już zaczynałem czuć zmęczenie. Na punkcie podjadłem sobie, napiłem się i zamieniłem kilka słów ze strażakami i bikerami.
Po chwili przyjechał Robert, ale jemu się gdzieś spieszyło i postój na punkcie ograniczył do minimum. Ruszyłem za nim, ale to nie miało większego sensu.

Po drodze piękne krajobrazy chociażby taki jak ten: stojący na górce wiatrak typu "holender".
Po drodze piękne krajobrazy chociażby taki jak ten: stojący na górce wiatrak typu "holender". Marecki


Wkrótce w Starogardzie zakończyła się jazda drogą poznaną dzień wcześniej i gdy pod Łobzem zobaczyłem pięknie stojący na górce wiatrak typu ,,holender'' postanowiłem już całkiem oddać się spokojnej, turystycznej jeździe.

Drugi PK był zlokalizowany w Drawsku Pomorskim, gdzie nieocenioną pomocą w jego znalezieniu przyniosły namalowane na asfalcie strzałki. Przypomniała mi się szczenięca zabawa w podchody, ale tu na szczęście nie było zmyłek.

Za Drawskiem wjechaliśmy na tereny poligonu wojskowego, pojawiły się tablice ostrzegawcze, przejazdy czołgowe, a nawet znaki ostrzegające przed czołgami. W ramach rozrywki organizatorzy nie zapewnili nam jednak jazdy wśród wybuchających pocisków i manewrujących czołgów. W tych pięknych okolicznościach przyrody zrobiłem sobie mały popas, tak aby przed wjazdem na DK 10 w Kaliszu Pomorskim być czujnym i skupionym.

W Kaliszu Pomorskim moja jazda nabrała nowego wymiaru, bo i droga była elegancka i dość spokojna, a i wiatr w plecy w końcu pomagał. Szybkie łykanie kilometrów towarzyszyło mi do Wałcza, miasta, które stanowiło jeden z najmocniej umocnionych punktów oporu na Wale Pomorskim.

Za Wałczem zbliżyłem się do kolejnego punktu kontrolnego, na przedmieściach Piły. Był on zlokalizowany w barze i jego znalezienie nie nastręczyło mi trudności. Dziewczyny z obsługi sprawnie napełniły mi bidony, zrobiły fotki i już mogłem jechać dalej. Za Piłą znajduje się Śmiłowo, wieś znana z okazałej hacjendy byłego senatora Stokłosy. Imponującej wielkości willa przyciągnęła także moją uwagę, jednak próba zrobienia fotki zakończyła się niepowodzeniem, bo mnie przegoniono. Od czego jednak są Google:)

Widać już było, że dzień zbliża się nieubłaganie ku końcowi i wkrótce słońce zajdzie. A zachodziło tego dnia bardzo ładnie i kolorowo. Dla mnie jego zachód wypadł na obwodnicy Nakła nad Notecią, gdzie uzbroiłem rower w różne świecące wynalazki. Niektórzy pewnie pomyślą, że to jakaś forma paranoi, ale miałem założone 3 czerwone lampki diodowe (2xSmart Superflash + 1x zwykła 5-diodowa Cateye), 3 opaski odblaskowe na torbie i takie dwie na łydkach. Do tego z przodu dwie lampki typu bocialarka i można było myśleć, że słońce nie zaszło. Bezpieczeństwo ponad wszystko.

Wkrótce dojechałem do następnego PK w miejscowości Kruszyna. Chwilę się zakręciłem, coś tam zjadłem i pojechałem dalej. Dzięki telefonowi od kibicującego i prowadzącego relację on-line Dareckiemu "udało" mi się wjechać do Bydgoszczy. Połapałem się jednak, ze coś jest nie tak, bo skąd tu nagle taki ostry zjazd i ten dziwny numer drogi "80". To była dzielnica Bydgoszczy Osowa Góra, a ja czym prędzej robiłem "w tył na lewo". Nawet jednak, jakbym nie zauważył całkiem dużego miasta, jakim jest Bydgoszcz, to szybki telefon od kibicującego i wspierającego mnie mentalnie Biodarka z Torunia zawrócił by mnie na właściwą trasę.

Dzień powoli dobiega końca, mi jednak nie czas o tym myśleć
Dzień powoli dobiega końca, mi jednak nie czas o tym myśleć Marecki


Po powrocie na właściwy azymut, DK 10 zamieniła się w S10 i przez rzęsiście oświetlone dwa węzły drogowe przeleciałem jak burza. Potem wjechałem w las, który ciągnął się aż do Torunia. Ruch na drodze ustał zupełnie, jechałem sam otoczony ścianą lasu i świecącym księżycem. Brakowało tylko wyjących wilków:)

Zamiast zwierząt poczułem za to potężną senność, zaczęło się znane z ubiegłorocznego wyjazdu do Częstochowy falowanie rowerem na lewą stronę, a że byłem sam, to nie było co czekać tylko natychmiast zjeżdżać z trasy. Mentalnie i technicznie byłem przygotowany na nocleg pod drzewem lub w rowie, no ale skoro z lasu wyłonił się bar ze stacją benzynową.

Zamówiłem hamburgera i odpoczywając na krześle zasnąłem. Obudzony zostałem przez sympatyczną dziewczynę z obsługi, która nieco przestraszonym głosem stwierdziła, że ja śpię już 1,5 godziny. Jak to szybko zleciało :). Podziękowałem, wstałem i pojechałem dalej. Przy wjeździe na obwodnicę Torunia pamiętałem, aby uważać, bo byli już tacy co śmigali ekspresówką w tym miejscu. A w Toruniu był kolejny punkt kontrolny, gdzie spotkałem kilku bikerów. Godzina była wczesna - 4.50, ale wypadało już coś zjeść. Z punktu ruszyliśmy wspólnie, aby po kilku kilometrach znowu się rozproszyć. Na odcinku do Włocławka natrafiłem na trzy odcinki robót drogowych na DK 1. Były one sterowane sygnalizacją, także nie było trudności aby się wpasować i za długo nie stać. W zasadzie to w ogóle nie stałem.

Przed miastem zatrzymałem się na porządne śniadanie, czyli michę żurku z tradycyjnymi dodatkami i jajecznicę z 6 jaj. Do tego moje wynalazki żelowe z torby i byłem jak nowy. Nawet koszmarny jakościowo wjazd do Włocławka, gdzie DK 1 jest popękana, dziurawa, pofalowana i z wystającymi studzienkami, nie wytrącił mnie z równowagi. Wszak miałem w moim rowerze amortyzator, ale co tam musieli przeżywać sztywni szosowcy.

Na punkcie zjadłem już niewiele, uzupełniłem picie i w drogę. Za Włocławkiem trasa maratonu opuszczała DK 1 i wjeżdżała do miejscowości Kowal. Tam na rondzie dostrzegłem dużej postury postać na cokole. Po bliższym podjechaniu okazało się, że to nie byle kto, bo sam król Kazimierz III Wielki urodzony w tym miejscu (ten, co zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną).

Kolejny punkt kontrolny zlokalizowany był w Gąbinie na stacji benzynowej. Zbliżał się dla mnie półmetek trasy, na liczniku pojawiła się cyfra 500. Upał robił się dość męczący, nieco częściej zatrzymywałem się w cieniu na odpoczynki. Wkrótce dotarłem do DK 50 popularnie zwaną "obwodnicą Warszawy dla Tir-ów". Na szczęście była niedziela i te kolosy grzecznie stały na przydrożnych parkingach w ilościach dość ogromnych. Nie znaczy to, że droga była zupełnie ich pozbawiona, ale jechało się dobrze. Przez Sochaczew dotarłem do kolejnego punktu kontrolnego na stacji benzynowej w Guzowie.

Niektóre z mijanych miast były bardzo urokliwe, dlatego robiłem normalne postoje tak jak podczes wycieczek turystycznych, które prowadzę.
Niektóre z mijanych miast były bardzo urokliwe, dlatego robiłem normalne postoje tak jak podczes wycieczek turystycznych, które prowadzę. Marecki


Miła pogawędka z obsługą, jedzenie arbuza i uzupełnienie płynów to czynności wykonane przez mnie oraz oczywiście podpisanie listy obecności. Za Guzowem wjechałem do Żyrardowa, miasta w którym przeprowadza się ciekawą rewitalizację zabytkowych budynków przędzalni i tkalni dawnych zakładów lniarskich. Obecnie jest to jeden z nielicznych zachowanych zespołów urbanistycznych miasta przemysłowego XIX w. Dawne hale produkcyjne są przerabiane na lofty, centra handlowe i magazyny. Wszystko zachowuje wysoką estetykę i urodę. Z urokliwego Żyrardowa jadę w kierunku Mszczonowa, który omijam obwodnicą. Potem zaczynają się po obu stronach drogi sady jabłoniowe - widomy znak, że zbliżamy się do Grójca - stolicy polskiego sadownictwa. W jednym z takich miejsc widzę liczną ekipę rowerzystów zażywającą popasu w cieniu jabłonek i odsypiającą trudy podróży.

W rowerowo brzmiącej nazwie Bikówek był zlokalizowany kolejny punkt kontrolny w zajeździe o nazwie Miraż. Patrząc na jego brzydotę i "gargamelowatość", powinien się nazywać "sen pijanego architekta". Mi się kojarzy z okolicami Mławy.W ten sposób żegnam się z DK 50 i pamiętając o zakazie organizatorów jazdy S7 szukam dogodnego wjazdu na drogę techniczną wiodącą obok ekspresówki. Pomaga mi w tym grupa bikerów, ale ich poszukiwania kończą się przejazdem nad S7, co kompletnie nie pasuje do rzeczywistości.

Techniczna jest wszak poprowadzona po prawej stronie w stronę Radomia, a nie po lewej. Szybko zawracam, im sugerując to samo i przez chwilę pomykam poboczem S7, aby na wysokości zajazdu z wiatrakiem dostrzec szukaną drogę. W międzyczasie do wiatraka dojeżdża ekipa z Włocławka i szuka w tym miejscu, nie, nie drogi technicznej... Szukają punktu kontrolnego! Gdy im mówię, że był przed Grójcem, to nie są delikatnie mówiąc zadowoleni.

Ja tymczasem ładuję się przez barierę na pustą aleję serwisową i w drogę. Przebiega ona w bezpośredniej bliskości ekspresówki, także hałas jest nieprzeciętny, ale przynajmniej ruch jest kilkadziesiąt razy mniejszy. W dwóch momentach odchodzi ona od S7, ale intuicja i oznakowanie wskazują właściwy kierunek jazdy.

Wkrótce docieram do Białobrzegów, robię fotkę ciekawej betonowej konstrukcji mostu nad rzeką Pilicą i wjeżdżam do miasta. Za Białobrzegami dalej jadę drogą techniczną, z której zjeżdżam w Jedlińsku, gdy kończą się znaki drogi ekspresowej. Pozostaje kilka kilometrów do Wsoli, gdzie organizatorzy przygotowali punkt kontrolny w hotelu, konkret jedzenie, prysznic, a nawet możliwość noclegu. Podpisuję listę, idę na obiadokolację, a potem na pokoje. Dziwi mnie kolejka do prysznica, okazuje się że nie cały hotel jest zarezerwowany, ale tylko 4 pokoje. W każdym z nich kłębi się kilka osób czekających na prysznic.

Powoli zaczynają się góry a wraz z nimi wykańczające podjazdy i zapierające dech w piersiach zjazdy
Powoli zaczynają się góry a wraz z nimi wykańczające podjazdy i zapierające dech w piersiach zjazdy Marecki


Szybka i stanowcza interwencja w recepcji przynosi sukces i z kluczem do pokoju rezerwowego maszeruję do góry. W pokoju ładowanie akumulatorów, prysznic i dwie godzinki sjesty do góry nogami. O 23.30 pobudka i czas w drogę. O północy opuszczam hotel i uśpioną DK 7 kieruję się do widocznego już Radomia. Organizatorzy zalecali objazd remontowanego odcinka DK 9 w Radomiu jadąc przez miasto, żeby w końcu na odprawie startowej zezwolić na swobodny wybór trasy przez każdego maratończyka. Tak więc pozostawała opcja jazdy przez miasto skomplikowanym podobno objazdem, albo pokonanie 2 km odcinka robót drogowych.

Dysponując ponadprzeciętnie wyposażonym rowerem szosowym w amortyzator RS Reba, opony 1,25 postanowiłem urozmaicić sobie banał asfaltów krótkim odcinkiem terenowym. Przejazd nie sprawił mi najmniejszych trudności, w dwóch miejscach tylko piętrzyły się małe hałdy ziemi i piasku, poza tym nawierzchnia była już utwardzona, a nawet częściowo wylana asfaltem. Odcinek terenowy zakończył się równie szybko, jak się zaczął i spokojnie nabierając tempa kontynuowałem podróż na południe. DK 9 do Iłży była doskonale pusta, miało to związek z faktem, że objazd dla TIR-ów kończył się w Iłży właśnie. W tym miasteczku moją uwagę przykuła wieża zamku, z oświetloną galerią, na której powinna jeszcze do kompletu pojawić się Brunhilda. Ponieważ nie miałem jednak tyle czasu, aby na nią czekać to zrobiłem fotkę bez niej. Za tym urokliwie położonym miasteczkiem jazda w dalszym ciągu była bardzo spokojna, ciszę zakłócały tylko nieliczne samochody. Punkt kontrolny zlokalizowany był nieco za Iłżą, przy stacji benzynowej i motelu Viking. Nie było tam żywego ducha, poza wystraszonym moją obecnością chłopakiem w okienku stacji, który miał na szczęście najważniejszą rzecz - kartę kontrolną. O inne rzeczy wolałem już go nie pytać, bo i tak było widać, że nic nie wiedział.

Wkrótce dotarłem do Ostrowca Świętokrzyskiego, ale ponieważ było jeszcze ciemno to zwiedzanie miasta sobie podarowałem. Nie sposób było sobie za to podarować eleganckiego podjazdu wyjazdowego, który był pierwszą konkretną górką na trasie BB Tour. Nie dość tego, za Ostrowcem droga dalej się wznosiła, tak że zrobiło się mi całkiem ciepło. Między Ostrowcem a Opatowem nadszedł dzień i jazda nabrała nowego wymiaru. W Opatowie dostrzegłem ciekawą bramę i informację o najdłuższej w Polsce podziemnej trasie wycieczkowej.

Robert Woźniak, kolega z którym wspólnie udaliśmy się na maraton Bałtyk-Bieszczady.
Robert Woźniak, kolega z którym wspólnie udaliśmy się na maraton Bałtyk-Bieszczady. Marecki


Odcinek od Opatowa do mostu na Wiśle pod Tarnobrzegiem wspominam jako najtrudniejszy na całym maratonie. Potężna ilość TIR-ów jadących z dwóch stron i kilkunastokilometrowy odcinek DK 9 bez pobocza spowodowały, że jazda przypominała survival. Nie chce mi się nawet o tym pisać.

W międzyczasie pojawił się PK we Włostowie, ustawiony tak, aby nikt przypadkiem nie zjechał do Sandomierza. Tam nieco odpocząłem i po zebraniu sił potoczyłem się dalej. Wkrótce zaczęły się zjazdy w kierunku doliny Wisły, mi szczególnie spodobał się jeden w okolicach Klimontowa. Potem przejechałem Wisłę, a dosłownie 200 metrów za rzeką zadzwonił Biodarek z tekstem: "Widzę, że przejechałeś Wisłę i jesteś w województwie podkarpackim". Byłem pod dużym wrażeniem takiej dokładności GPS, którego wiozłem ze sobą, niczym Wielkiego Brata.

Pierwszy PK na Podkarpaciu był zlokalizowany w Nowej Dębie na stacji benzynowej. Uzupełniłem zapasy, chwilę porozmawiałem i dostrzegłem zbliżającą się załogę jedynego tandemu na trasie. Nadjechali tak szybko, że ich nieco uciąłem na fotce. Mam nadzieję, że się nie pogniewają. To bardzo sympatyczna i doświadczona rowerowa para. Nikogo chyba nie zdziwił fakt, że ukończyli BB Tour w bardzo dobrym czasie.

W samo południe wjechałem do Rzeszowa i nie przebijając się przez miasto skorzystałem z nieco remontowanej obwodnicy. Tworzyły się tam duże korki, ale dla roweru nie był to jakiś większy problem. Na rogatkach Rzeszowa zlokalizowany był kolejny punkt kontrolny w zajeździe "Pod skrzydłami". Nazwa wydawała się dość tajemnicza, aż do momentu ujrzenia tego lokalu. Bardzo ładnie wkomponowany w otoczenie samolot turbośmigłowy.

Dalsza droga wiodła DK 9, znacznie już spokojniejszą od wcześniejszych kilometrów. Widać było na horyzoncie góry. Zaczęły pojawiać się konkretne podjazdy, jeden z nich miał szczególną urodę, a co ciekawsze zjazd z niego był bardziej stromy niż podjazd (6% do 9%). Bardzo zdrowy układ.Wkrótce pożegnałem się z DK 9, tym bardziej bez żalu, bo zdążyłem jeszcze przebić na niej dętkę. Wymiana poszła sprawnie, gorzej było ze znalezieniem kompresora, co by nieco atmosfer dorzucić. Albo kompresory były za słabe, albo kosztowały (sic!) 1 zł za 3 minuty dmuchania. W końcu znalazłem profesjonalną darmową maszynę.

Od Domaradza dalsza droga prowadziła na Sanok. Zanim tam dotarłem, w Brzozowie na PK zostałem podjęty żurkiem przygotowanym przez lokalnych strażaków z OSP. Tak przygotowany mogłem śmiało wjeżdżać w Bieszczady. Sam Brzozów i okolice okazały się ciekawym miejscem, gdzie było na czym wzrok zawiesić. Do Sanoka pozostawało już niewiele kilometrów, ale widoki tak odbiegały od tego co widzę na co dzień, że nie mogłem się oprzeć, aby nie robić co i rusz fotek krajobrazu. W końcu jednak dotarłem o godz.18 do Sanoka, gdzie odnalazłem PK znajdujący się w Domu Turysty. Zaległem tam na fajnej sofie i jadłem suchy prowiant otrzymany na punkcie. O dziwo nie zasnąłem na tym miękkim meblu.

Piękne drewniane kościoły w Bieszczadach
Piękne drewniane kościoły w Bieszczadach Marecki


Nic do dobre, nie trwa wiecznie tak więc i ja ruszyłem do przodu. Drogowskaz na wylocie z Sanoka pokazywał jednoznacznie, że zaczyna się ostatni odcinek maratonu - do mety zostało jedynie 81 km. Po chwili wjeżdżałem do Zagórza, sławne serpentyny nad miastem pokonałem w odwrotnym kierunku niż podczas wyprawy w 2000 r. Potem super zjazd do Leska i stopniowe wspinanie się do Ustjanowej Górnej. W końcu szybki zjazd do centrum Ustrzyk Dolnych i postój przy podświetlonej fontannie. W Ustrzykach Dolnych skręciłem w prawo i wyszedłem na ostatnią, 44 km, prostą. Ostatni na trasie PK był zlokalizowany w gospodarstwie agroturystycznym "Gęsi Zakręt". Udało mi się przejechać ten punkt o dobre 2 km, bo ludzie z punktu widząc mnie, nie odezwali się ani jednym słowem. Podpisałem listę, zjadłem chyba z pół arbuza i w drogę. Po drodze dostałem telefon od Piotra - Polska Północna, który wzmocnił moje morale, bo senność znowu dawała o sobie znać.

Przez Rabe i Żłobek dotarłem do Czarnej Góry, gdzie jednak zaległem na kilka minut na przystanku. Krótka drzemka dobrze mi zrobiła, bo podjazd do Lutowisk poszedł mi gładko, chociaż po ciemku wydawał się nie mieć końca.

Przed Smolnikami dojechał do mnie zawodnik, z którym postanowiłem kontynuować końcową jazdę, bo dysponował mocnym oświetleniem, a moje powoli dogorywało. Wydobyłem z siebie wszystko co najlepsze i ostatnie 14 km pędziliśmy w szalonym tempie ponad 20 km/h. Przez Smolniki, Procisne, Stuposiany, Pszczeliny i Berezki dotarłem do tablicy Ustrzyki Górne i zatrzymałem się na obowiązkową fotkę. Po przejechaniu 1045 km w czasie 44h 2 minut byłem o godzinie 1.15 na mecie. Łącznie w trasie spędziłem 65h 8 minut.
Na mecie czekała na mnie gorąca zupa i zimne piwo. Omówione zostały pokrótce wrażenia z trasy i udałem się na zasłużony odpoczynek do Hotelu Górskiego PTTK.

O poranku zapoznaliśmy się z wynikami maratonu (Robert 33 w Gen./6 w Solo; ja 55 w Gen./44 w Open). Była okazja do rozmowy z innymi ekstremalistami. Wiele osób podkreślało bardo dobrą pogodę, która towarzyszyła zawodom. Po ceremonii dekoracji zwycięzców BB Tour postanowiliśmy z Robertem udać się do Wołosatego, gdzie w 2008 r. była meta jednej z edycji Imagis Tour. Jadąc spokojnym tempem dotarliśmy do ostatniej miejscowości przed Ukrainą, a nawet wspięliśmy się po szutrze i kamieniach na samą granicę. Bezcenne doświadczenie dla szosowych opon. Potem spokojnie zjechaliśmy i oddaliśmy się błogiemu nicnierobieniu. Relacja z dojazdu do Świnoujścia i powrót z Ustrzyk Górnych jest na moim blogu.

Pozdrawiam i dziękuję wszystkim, którzy mi dobrze życzyli, kibicowali i wspierali mnie podczas jazdy.

Nasze wyniki
Nasze wyniki


Autor relacji: Marek Mamm

Więcej informacji o Maratonie na stronie organizatorów Bałtyk - Bieszczady Tour.
Też przeżyłeś ciekawą przygodę, odkryłe(a)ś nową trasę?
Podziel się wrażeniami z innymi, napisz do nas: rowery@trojmiasto.pl.
Co Cię gryzie - artykuł czytelnika to rubryka redagowana przez czytelników, zawierająca ich spostrzeżenia na temat otaczającej nas trójmiejskiej rzeczywistości. Wbrew nazwie nie wszystkie refleksje mają charakter narzekania. Jeśli coś cię gryzie opisz to i zobacz co inni myślą o sprawie.
Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (29)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

wydarzenia - imprezy i szkolenia

+ dodaj

Porady rowerowe

zobacz więcej »

Szlaki rowerowe

Znajdź trasę rowerową

Turystyka rowerowa

zobacz więcej »