rowery

stat

Pętla Otomińska z naszymi propozycjami

Pętla Otomińska rozpoczyna i kończy się w tym samym miejscu, a mianowicie przy osadzie Wróblówka w sąsiedztwie Obwodnicy Trójmiasta. Trasa szlaku prowadzi lasami wokół Jeziora Otomin, stąd też sama nazwa szlaku. Po drodze znajdują się przystanki i liczne ciekawostki przyrodnicze, aż do centralnej części Otomina - leśniczówki, gdzie zaczyna się ścieżka edukacyjna. Opisując ten krótki, 11-kilometrowy szlak rowerowy warto wspomnieć o malowniczo położonej wsi Otomin, której historia sięga aż epoki kamienia, zaś nazwa miejscowości pochodzi od legendy o rycerzu Otominie...

Szukając informacji o tym szlaku w bliskim rejonie Trójmiasta przypadkiem natknąłem się o legendę otomińską, z którą związana jest nazwa znanego nam wszystkim Jeziora Otomińskiego. Legenda ta tak mnie wciągnęła, że postanowiłem podzielić się nią z Wami:

Na gdańskiej wysoczyźnie jest piękne jezioro, które nazywa się Otomińskie. Nazwa ta pochodzi od imienia rycerza, który koło jeziora miał swój gród. W tym pięknym jeziorze mieszkała piękna syrenka, która nazywała się Odymina (...).

Źródło: Józef Ceynowa "Dobro zwycięża, Legendy z Kaszub i Pomorza", Gdańsk 1985

Streszczenie legendy:

Dawno temu w gęstej kniei nad Jeziorem Otomińskim stał gród warowny otoczony wodą oraz wysokim stromym wałem z drewnianych bali. Nad strażnicą czuwał młody i urodziwy rycerz Wojbor.

Życie upływało mu na polowaniach, władaniu nieliczną załogą zbrojną, giermkami i czeladzią, jednak nie mógł pozbyć się uczucia samotności i niezrozumiałej tęsknoty. Pewnego wieczora, gdy siedział zamyślony, wpatrując się w ciemną toń jeziora, ujrzał wyłaniającą się z fal cud-dziewczynę. Złotowłosa piękność, władczyni jeziora, na głowie miała koronę z białych lilii wodnych. Zamieszkując w podwodnym pałacu, ciekawa była świata i ludzi, wypłynęła więc na powierzchnię, aby bliżej poznać Wojbora. Miłośc rycerza i rusałki zakwitła od pierwszego wejrzenia.

Odtąd spotykali się zawsze o zmroku nad brzegiem jeziora. Szczęście kochanków zmąciło przybycie posłańca z rozkazem księcia gdańskiego, aby rycerz otomiński stawił się pilnie w gdańskim grodzie. Nie zwlekając długo Wojbor pożegnał się z ukochaną i czym prędzej wyruszył ku miastu. Otomina na znak miłości ozdobiła jego skronie nigdy nie więdnącym wieńcem z białych lilii wodnych. Wojbor przyrzekł rusałce, że nie zdradzi, czyim darem jest wieniec. Na dworze gdańskim Wojbor wzbudzał powszechne zainteresowanie, nie tylko z powodu swej urody, ale także wieńcem noszonym na głowie. Mimo powściągliwości nie oparł się ciekawskiej i sprytnej księżnej gdańskiej, której udało się wydobyć tajemnicę pochodzenia kwiatów. Jednak na dźwięk imienia Otominy stała się rzecz zaskakująca. Piękne lilie gwałtownie zwiędły, a wieniec rozsypał się na ziemię. Tknięty złymi myślami Wojbor pożegnał się prędko z księżną i księciem, po czym pogalopował konno to Otomina. Oczom jego ukazał się przerażający widok walących się do jeziora resztek spalonej strażnicy. Wojbor zrozumiał, że była to kara za niedochowanie tajemnicy rusałki.
   
Od tej pory Otomina skrywa się w toni jeziora, a pozostałości zapadłego grodu widnieją do dzisiaj na powierzchni ziemi.

Opis rajdu:

Wracając jednak na Ziemię i do naszego rajdu chciałbym dodać, iż od szlaku odchodzą na boki dwie nitki, które właśnie postanowiliśmy nieco rozszerzyć robiąc tzw. dużą "pętlę otomińską". Jedna z nitek schodzi na południe ku wsi Bąkowo, druga zaś odbija na Sulmin oraz Kolbudy. Wykorzystując oba kierunki zrobiliśmy ponad 36 kilometrową pętlę, która może stanowić niezłą propozycję dla tych, którzy wybierają się w tamte rejony na rower. Oczywiście, dystans ten to tylko kilometraż samej pętli, nie licząc dojazdu i powrotu z i do Trójmiasta.

Wycieczkę owym szlakiem zrealizowaliśmy dokładnie w niedzielę 11 listopada, w Dniu Niepodległości Narodowej. Pomimo nie najlepszych prognoz, tym razem mieliśmy sporo szczęścia, bo ani nie padało, ani nie było tak zimno jak zapowiadali. Od samego rana świeciło piękne słonko, dzięki temu na starcie pojawiło się 9 śmiałków, a wśród nas odważna Wiktoria. Kadrę GRT reprezentowali Wojtek i Kuba, którym dziękuję za pomoc na trasie.

Tak jak planowaliśmy ruszyliśmy zgodnie, z czasem kierując się "szlakiem zwiniętych torów" do Dolnego Migowa i dalej szosą do Matemblewa. Z miejsca startu, czyli z Wrzeszcza aż po cmentarz wiał dość porywisty wiatr, prosto w twarz, dlatego nie szarpiąc się z nim zbytnio zmniejszyłem prędkość jazdy do 15 km/h. Jednak pierwszy kilometr tym razem okazał się, że tak powiem "bardzo krwawy". Ni stąd ni zowąd coś "gruchnęło" w moim rowerze. Początkowo myślałem, że jakiś worek wkręcił mi się w napęd. Jednak po zatrzymaniu wszyscy byliśmy bardzo zdziwieni. Pierwszy raz coś podobnego widziałem na oczy. W napęd wkręcił się ... gołąb. Jak on to zrobił? Nie mam pojęcia, ale chyba zamknął oczy podczas lotu, podobnie jak my jadąc pod wiatr. To nieprawdopodobne zdarzenie zatrzymało nas na kilkanaście minut.

Minąwszy cmentarz i krematorium trzymały się nas różne żarty związane z wcześniejszym ewenementem. Tu też powstał podtytuł rajdu nawiązujący do kreskówki z Cartoon Network: "Polowanie na gołębia". Jadąc dalej, mieliśmy już oczy szeroko otwarte, by przez przypadek nie przemielić zwierza. W drodze do Brętowa pokazały się pierwsze oznaki zimy w postaci białego puchu, a w lesie na wysokości Matemblewa leżało go już dość sporo.

Tego dnia, zrezygnowaliśmy z tułaczki szlakiem Dolnej Wisły ze względu na mnóstwo błota w tamtych rejonach, jednak na tutejszych szlakach wcale nas to nie ominęło. Chcąc wydostać się z miasta szlakiem Skarszewskim wiodącym Doliną Strzyży natrafiliśmy na wiele przeszkód, które gdzieniegdzie zmusiły nas do zejścia z rowerów. Na szczęście nie było tak źle, żeby nie dało się zupełnie jechać. Nad Jeziorem Jasień śniegu było już znacznie mniej, a gdy przedostaliśmy się na drugą stronę obwodnicy i dojechaliśmy do Wróblówki, wróciła jesień. Po lewej stronie za szlabanem do lasu rozpoczęliśmy naszą przygodę ze szlakiem rowerowym zwanym "pętlą Otomańską". Mała pętla liczy zaledwie 11 km, jednak tak jak wspomniałem wcześniej my wykorzystaliśmy jej odnogi robiąc ją trzy razy taką.

Zatem po krótkim omówieniu trasy ruszyliśmy wszyscy zgodnie z czerwonymi oznaczeniami szlaku rowerowego, które doprowadziły nas nad Jezioro Otomin. Stamtąd prawym jego brzegiem udaliśmy się ku Bursztynowej Górze, gdzie odwiedziliśmy rezerwat, w którym skrywa się głęboki lej, niegdyś kopalnia bursztynu. Więcej na ten temat znajdziecie w opisywanym przez nas rajdzie Szlakiem Bursztynowym w okolicach Trójmiasta.

Po krótkiej przerwie ruszyliśmy dalej, zjeżdżając ku drodze relacji Gdańsk - Kościerzyna. Na pobliskim parkingu nieopodal Bąkowa dobiegła końca jedna z nitek proponowanego szlaku rowerowego. Chcąc wrócić z powrotem do Otomina, można obrać w tym miejscu pieszy Szlak Bursztynowy (oznaczony kolorem żółtym), który również bardzo dobrze przystosowany jest do turystyki rowerowej. My jednak postanowiliśmy zaczepić jeszcze o bardzo malowniczo położone tereny Jeziora Goszyńskiego, które zachwyciły nas przepięknie przebijającym się przez las słońcem. Tu korzystając z ostatnich jesiennych promieni słońca, na skraju lasu zrobiliśmy sobie kolejny postój,.

Następnie wydostając się z lasu skierowaliśmy się polną drogą ku wsi Bielkowo. Tu znowu zachwyciły nas zimowe krajobrazy przeplatające się z błotną, bardzo lepką mazią poślizgową. Po pokonaniu tego niespełna półtora kilometrowego odcinka wyglądaliśmy jak "dzieci wojny" - umorusani w barwach moro. Na szczęście zbędny balast mogliśmy z siebie zrzucić rozwijając niemałe prędkości na asfaltowym odcinku zjeżdżając ku dolinie rzeki Raduni przed Bielkówkiem.

Przed samym przejazdem kolejowym odbiliśmy w prawo kierując się brukowano-gruntową drogą do Pręgowa. Po drodze krajobrazy były na prawdę bardzo ciekawe, od letnich z bujną zieloną trawą na pastwiskach, na których pasły się krowy, po surowo zimową, gdzie tylko słychać było kraczące wrony. We wsi, przed skarpą na której wznosi się XIV wieczny kościół, odbiliśmy w prawo na Kolbudy. Droga wiodąca równolegle do zarastających torów kolejowych oraz nieco niżej płynącej rzeki Raduni zalicza dość długi podjazd, który zostaje zrekompensowany przed samymi Kolbudami świetnym zjazdem. Jednak co do premii górskich, to cała ich seria dopiero przed nami. Chcąc pojechać naszymi śladami specjalnie się nie męcząc z tzw. "wiatrem we włosach" proponujemy raczej zrobić tą trasę w przeciwnym kierunku.

Dojechawszy do Kolbud, tuż przy skrzyżowaniu z główną drogą relacji Kolbudy - Kościerzyna wzbiliśmy się długim i męczącym podjazdem ku Kolbudom Dolnym i wsi Babidół, które patrząc na nazwę powinny znajdować się raczej poniżej niż powyżej, ale co tam... Z językiem u samego dołu jakoś doturlałem się do reszty, po chorobie niełatwo wrócić do dobrej kondycji, choć dziś muszę przyznać, że nie ma to jak sport i ruch.

Za tą ostatnią miejscowością zjechaliśmy z powrotem do szosy nr 221, wzdłuż której biegnie granica rezerwatu przyrody Jaru Rzeki Reknicy. Tu właśnie od szosy rozpoczęliśmy drugą alternatywną nitkę rowerowego szlaku "Pętli Otomińskiej". Wdrapując się znowu na kolejną "premię górską" niektórzy z nas zaczęli odczuwać zmęczenie, dlatego też peleton nieco się rozciągnął. Na wysokości Kolbud Górnych zjechaliśmy wąwozem ku Łapinie wskakując na czarny szlak - Wzgórz Szymbarskich. Na odcinku od Jaru Rzeki Reknicy do niemalże kładki nad rzeką Radunią szlak miejscami był niewidoczny, a to za sprawą "zamalowanych wskazówek". Hmm... wyglądało to tak jakby znakarze "zwinęli szlak na zimę". Niemniej jednak nie z nami takie numery. My nie damy się tak szybko zgubić!

Od Łapina po samą kładkę nad Radunią błota było co niemiara. Sam się zresztą o tym przekonałem i nawet udało mi się sprawdzić jego głębokość dając niezłego nura nieopodal nurtu rzeki. Dobrze, że nie poszedłem śladem Kuby, bo pewnie zamiast przejechać kładkę na kołach przejechałby pod nią, niczym okręt podwodny. Na górze zaś, którą większość pokonała już "z buta" zrobiliśmy kolejną przerwę. Tym razem na uzupełnienie i zaspokojenie "burczenia w żołądku".

Kilka minut później ruszyliśmy żwawym tempem ku miejscowości Sulmin a stamtąd prosto uwielbianą przez wszystkich szutrówką do Otomana. Nad jeziorem pożegnaliśmy się z kolegą Topolem po czym skierowaliśmy się na ostatni odcinek szlaku wiodący z powrotem do Wróblówki, gdzie na zakończenie zrobiliśmy mały postój i podsumowanie wypadu.

W drodze do Gdańska część ekipy uderzyła do centrum, inni pociągnęli przez "błotnisty" poligon do Wrzeszcza, gdzie każdy rozjechał się już we własnym kierunku.

Podsumowując nasz niedzielny wypad muszę powiedzieć, że jak na mój pierwszy pochorobowy wypad jechało mi się całkiem znośnie. Jeśli chodzi o  zabawę - było rewelacyjnie. Sam szlak jeśli chodzi o małą "Pętlę Otomińską" to dobra propozycja dla początkujących rowerzystów. Jadąc jednak naszym wariantem trzeba liczyć się z kilkoma, nieźle dającymi w kość "premiami górskimi". Jednak z pewnością inaczej wyglądałoby to wiosną czy latem. Warto spróbować!

Autor relacji i niektórych zdjęć: Krzysiek Kochanowicz
Kadrę GRT reprezentowali: Krzysiek Kochanowicz, Wojtek Grabowski oraz Kuba Barański
W fotografów wcielili się: Jaro i Cycu (uczestnicy rajdu)

Więcej zdjęć z tego rajdu jest tutaj

Na prośbę autora relacji redakcja Portalu Rowerowego Trójmiasta będzie usuwać wszystkie opinie nie związane z tematem. Zatem jeśli znacie przebytą przez nas trasę, odwiedzone miejsca i chcielibyście coś dodać czego nie ujął autor relacji, podzielcie się własnymi doświadczeniami. Będą one z pewnością bardzo przydatne tym, którzy będą chcieli powtórzyć tą trasę lub ułożyć własną na jej podstawie.
Też przeżyłeś ciekawą przygodę, odkryłe(a)ś nową trasę?
Podziel się wrażeniami z innymi, napisz do nas: rowery@trojmiasto.pl.

Opinie (16)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

wydarzenia - imprezy i szkolenia

+ dodaj

Porady rowerowe

zobacz więcej »

Szlaki rowerowe

Znajdź trasę rowerową

Turystyka rowerowa

zobacz więcej »