rowery

stat

Norwegia - śladem trolli przez Góry Skandynawskie

fot. Krzysztof Arentowicz

Marzenia są piękne, ale jeszcze piękniejsza jest ich realizacja! Norwegia, kraj tysiąca fiordów, gór i wijących się pomiędzy nimi dróg, od kilku lat śnił nam się po nocach. Latem zeszłego roku w końcu udało nam się wyruszyć w trasę wiodącą przez Góry Skandynawskie. Niemalże codziennie wspinaliśmy się od poziomu morza na liczne szczyty, napełnialiśmy bidony wodą z wodospadów, a w chwilach utraty sił do wysiłku mobilizowały nas przecudne krajobrazy, które przypominają nam się każdego dnia i zachęcają do kolejnej wyprawy w tamte rejony.



Do Norwegii po raz pierwszy z rowerem trafiłem trzy lata temu, kierując się od razu ku Mekce wszystkich europejskich rowerzystów, czyli na Przylądek Północny. Czasu nie miałem zbyt wiele,raptem 2 tygodnie urlopu) wiec przejechałem tylko północną część trasy od Lofotów po Nordkapp. Wróciłem kompletnie zakochany w dzikich i surowych skandynawskich krajobrazach mając jednocześnie poczucie ogromnego niedosytu. W zasadzie zanim jeszcze dotarłem z powrotem do Gdańska już zacząłem myśleć o kolejnej wyprawie w te rejony.
Sposobność pojawiła się dopiero w zeszłym roku, ale kiedy wydawało się, że wszystko jest już ustalone a trasa opracowana, nasza ekipa się rozsypała i wyglądało na to, że wyjazd może w ogóle nie dojść do skutku. Zadzwoniłem jednak do Krzyśka z krótkim pytaniem. Odpowiedź była zdecydowana i konkretna, a kilka dni później miałem już w ręce dwa bilety na samolot w jedną stronę do Bergen, bilety powrotne z Trondheim, mapę środkowej Norwegii - i bardzo ogólną koncepcję trasy, którą można było streścić słowami "przez góry, na północ."

W trakcie przygotowań, Krzyśkowi udało się nawiązać współpracę ze sklepem turystycznym Horyzont, obecny Fjord Nansen. Dzięki sporym rabatom udało nam się zakupić znacznie lepszy sprzęt niż pierwotnie planowaliśmy. Dodatkowo do testów dostaliśmy lekki namiot i maty samopompujące. Krótki opis zabranego ze sobą sprzętu jaki i odzieży przedstawiliśmy w podsumowaniu naszej relacji.

fot. Krzysztof Arentowicz


Do daty wyjazdu pozostawały już tylko dni - plany trasy opracowywaliśmy na szybko, korzystając z pomocy mojego kolegi norweskiego pochodzenia (Johan - wielkie dzięki!) i modyfikując je kilkakrotnie - raz, gdy suma przewyższeń przez góry wyszła nam ponad 23km i drugi, gdy skonfrontowaliśmy zaplanowaną już trasę z mapą tuneli zamkniętych dla ruchu rowerowego.

Dzień 1, 10 lipca 2010 r.
Trasa: lot z Gdańska do Bergen, przejazd rowerami z lotniska do Bergen,
Dystans: 30 km

Późnym wieczorem, po krótkim locie, Norwegia przywitała nas tak jak się spodziewaliśmy - chłodną mżawką. Na lotnisku czekał na nas Cezary - kolega Krzyśka z czasów dzieciństwa, a zarazem jak się dowiedziałem jeden z założycieli Grupy Rowerowej 3miasto. Specjalnie by się z nami zobaczyć i towarzyszyć nam podczas wizyty w Bergen przyleciał z Stavanger, gdzie kilka lat temu osiadł na stałe. Odebranie i złożenie rozkręconych na czas transportu rowerów oraz przepakowanie się zajmuje nam prawie 2 godziny. Z położonego 30km od Bergen lotniska wyjeżdżamy około północy i porządnymi drogami rowerowymi (tutaj przeżywamy pierwszy szok kulturowy) ruszamy przed siebie. Po pewnym czasie znajdujemy niewielką polankę osłoniętą od drogi drzewami i po prostu rzucamy rowery w trawę, a sami kładziemy się obok nich, licząc na to, że do rana nie będzie padać.

Dzień 2, 11 lipca 2010 r.
Trasa: Bergen - Indre Arna - Vaksdal
Dystans: 75 km

Rano dojeżdżamy do Bergen i na rowerach zwiedzamy to blisko tysiącletnie miasto będące niegdyś stolicą Norwegii. Miasto, skupione wokoło portu, kipi życiem i pomimo tego, że jest położone w terenie dość górzystym i nosi tytuł najbardziej deszczowego miasta Norwegii (średnio 250 dni z opadami w roku) widać tu tłumy spacerowiczów jak i rowerzystów.

fot. Krzysztof Arentowicz


W południe spotykamy się na starówce z Cezarym, który na drogę funduje nam małą norweską przekąskę w postaci dwóch wielkich bułek ze świeżym łososiem i owocami morza, które później zjemy na plaży w uroczym fiordzie kawałek za miastem. Przy tej okazji Krzysiek, zachęcony widokiem ludzi skaczących ze skały do morza, postanawia się wykąpać, ale po wejściu do wody po kolana bardzo szybko traci zapał... Ruszamy dalej wzdłuż drogi E39, jadąc przez większość czasu po drogach rowerowych i walcząc z silnym wiatrem. Po drodze przejeżdżamy przez pierwsze dłuższe tunele. Nie wiem dlaczego, pomimo ogłuszającego hałasu samochodów jazda przez tunele sprawia mi wielką frajdę. O godz. 23 stwierdzamy, że dalej nie chce nam się jechać i rozbijamy namiot pod kamiennym murem kościółka w Vaksdal, z przepięknym widokiem na fiord. Cały czas jest jeszcze jasno i dochodzimy do wniosku, że noc różni się od dnia w Norwegii głównie tym, że sklepy są pozamykane ;)

Dzień 3, 12 lipca 2010 r.
Trasa: Vaksdal - Dale - Eksingedalen - kemping Mestad
Dystans: 100 km

Rano, czyli około godz.10, budzi nas deszcz tłukący o namiot. Zbieramy się pośpiesznie między jednym przelotnym opadem a drugim, porzucamy główną drogę i ruszamy na północ trasą 569 w stronę malowniczej doliny Eksingedalen. Podążamy wąską, krętą i praktycznie pozbawioną ruchu samochodowego drogą, która prowadzi nas skrajem fiordu zapewniając widoki urwisk, skał, opuszczonych rybackich chatek i cichych, małych przystani pełnych kutrów i jachtów - na kei w jednej z nich spotkaliśmy dziewczynę na koniu - sympatyczne i dość zaskakujące spotkanie. Ciekawe, dokąd jechała, skoro wszędzie wokoło tylko woda i góry...

Cisza, spokój i kwitnące wzdłuż drogi kolorowe kwiaty korzystające z krótkiego, norweskiego lata sprawiają, że ten odcinek uznany został za jeden z najpiękniejszych naszego wyjazdu. Na obiad zatrzymujemy się u stóp największego ze spotkanych tego dnia licznych wodospadów - nabranie z niego wody, tak by nie dać się porwać przez nurt stanowi nie lada wyczyn a hałas spadającej wody prawie nie pozwala rozmawiać. Najedzeni i rozleniwieni słońcem, które w końcu wyszło zza chmur, zasypiamy pod wodospadem, nie przejmując się tym, że pewnie znów przyjdzie nam jechać w nocy.

fot. Krzysztof Arentowicz / Krzysztof Kochanowicz


Pod wieczór, po kilku godzinach jazdy w górę rzeki, gdy wydaje nam się, że już, za chwilę będzie długi zjazd, który zaprowadzi nas prosto na kemping. Okazuje się, że źle odczytałem mapę - zjazd owszem będzie, ale zaraz za przełęczą, na którą musimy wspiąć się jeszcze ponad 400 metrów do góry. Trudny i w sumie niespodziewany podjazd znacznie obniża nam morale ale humor poprawia nam się po drugiej stronie góry, gdy ścigamy się ze sobą i z owcami zjeżdżając po serpentynach o nachyleniu 10%. Późno w nocy dojeżdżamy do kempingu. Norweg, obok którego zaparkowaliśmy, widząc, że jesteśmy Polakami chwali się znajomością naszego języka wołając "Na zdrowie!" i wyciąga nie wiadomo skąd pełną flaszkę. Nie uśmiecha nam się to za bardzo - jesteśmy zbyt zmęczeni i wiemy, że po jednym drinku nie damy rady rozłożyć namiotu. Kończy się na wspólnym wypiciu irish coffe i udaje nam się zdążyć rozbić namiot tuż przed nadejściem ulewy, która trwa do rana.

Dzień 4, 13 lipca 2010 r.
Trasa: kemping Mestad - Voss - Upsete
Dystans: 74 km

Po śniadaniu składamy mokry namiot i ruszamy w stronę głównej drogi i dalej w kierunku Voss, mając w planie przeprawę przez góry do Myrdal. Cały czas podróżujemy trasą rowerową poprowadzoną wzdłuż E16. Spotkana w Voss pod marketem para lokalnych rowerzystów wyprowadza nas z miasta w pożądanym kierunku - znów porzucamy główne drogi i udajemy się w górę niosącej ogromne masy wody rzeki Voss, będącej popularnym miejscem uprawiania kajakarstwa górskiego. Na którymś z licznych podjazdów, w samym środku kompletnej głuszy spotykamy dziewczynę, która biegnie sobie poboczem drogi ze słuchawkami na uszach - trzeba przyznać, że ciężko ją było wyprzedzić pod górę. Kawałek dalej w środku lasu trafiamy na roboty drogowe - po nowym, idealnie gładkim asfalcie jedzie się przyjemnie, ale jest on na tyle świeży, że lepi się do opon i wkrótce zaczyna nas spowalniać a jego resztek z kół wraz z zapachem smoły nie możemy pozbyć się już do końca dnia. Pogoda znów się psuje - po obiedzie zaczyna siąpić deszcz i nie przestaje aż do nocy.

fot. Krzysztof Arentowicz


O godz.19 znika asfalt i dojeżdżamy do hostelu, gdzie dowiadujemy się, że jedyna możliwość na przedostanie się przez góry to skorzystanie z pociągu i przejazd tunelem. Niestety, ostatni tego dnia pociąg już odjechał. Podobno przez góry prowadzi też szlak pieszy, ale nie udaje nam się dowiedzieć o nim zbyt wiele. Nie dajemy się zniechęcić i wyposażeni w dokładną mapę okolicy jedziemy dalej - wiodąca w górę kamienista droga kończy się po kilku kilometrach na stacji kolejowej Uppsete. Spać nam się jeszcze nie chce, przecież ciągle jasno ;) Odnajdujemy więc początek szlaku i postanawiamy spróbować przeprawić się na drugą stronę gór na własną rękę. Szybko okazuje się, że norweskie szlaki piesze wyglądają jednak inaczej niż te, do których przyzwyczaiły nas polskie góry - tutaj nie da się prowadzić roweru i to nawet po zdjęciu z niego sakw. Na zmianę nosimy bagaż i pojazdy po wąskiej, błotnistej i zasypanej wielkimi kamieniami górskiej ścieżce, mozolnie pokonując we mgle i mżawce kolejne metry. Przeliczam tempo marszu, sprawdzamy mapę i już wiemy, że to był naprawdę kiepski pomysł - mając w perspektywie całą noc ciężkiej przeprawy przez góry, rezygnujemy i wracamy po własnych śladach na stację kolejową, ociekając wodą i błotem.
Tam czeka nas niespodzianka - mała stacyjka jest otwarta, w środku działa ogrzewanie, jest bieżąca, czysta woda a w drzwiach wita nas Karl, młody belgijski podróżnik, który tak jak my przemierza rowerem Norwegię. Rozmawiamy o podróżach do późna w nocy, śmiejąc się wraz z nim z naszego głupiego pomysłu pieszej przeprawy.

Dzień 5, 14 lipca 2010 r.
Trasa: Upsete - Myrdal - Flåm - Leikanger - Hafslo
Dystans: 63 km

Tego dnia na szczęście pogoda nam sprzyja. O 9:20 przyjeżdża pociąg i niecałe pół godziny później jesteśmy w Myrdal - położonej na wysokości 865m n.p.m. stacji końcowej biegnącej z Flåm linii kolejowej Flåmsbana - jednej z najbardziej stromych linii kolejowych świata i wielkiej atrakcji turystycznej. Żegnamy się z Karlem, który kieruje się na wschód, a sami, wśród urwisk i wodospadów, zjeżdżamy w dół doliny. Początkowo szutrowo - kamienista droga schodzi stromo w dół serpentynami. Mam równomiernie rozłożony bagaż (wiozę przednie sakwy) więc mogę sobie pozwolić na dużo bardziej agresywną jazdę od Krzyśka i bawię się świetnie zamiatając tylnym kołem na zakrętach.

fot. Krzysztof Arentowicz


Droga biegnie w dół wzdłuż rzeki - dopiero tu dogania mnie Krzysiek i zatrzymujemy się by ugotować obiad. Ciężko znaleźć lepsze miejsce na posiłek - w zasięgu wzroku kilka wodospadów a tuż obok rzeka o wodzie tak czystej, że pomimo znacznej głębokości widać wyraźnie kamienne dno, po którym płynie. Dalsza droga to asfaltowy, długi i bardzo szybki zjazd do Flåm. Żeby dostać się na druga stronę fiordu, do Sogndal, można pojechać albo najdłuższym, prawie 25km tunelem świata - Lærdal Tunnel, jednak jest niedostępny dla rowerzystów albo na około - starą droga przez góry, pokonując 1500 metrów przewyższenia. Raz na dobę pływa też turystyczny prom, a my mamy tyle szczęścia, że przyjeżdżamy akurat na 2 godziny przed jego odpłynięciem. Szybko kupujemy bilety a pozostały czas spędzamy wśród tłumów turystów, chodząc po sklepach z pamiątkami podziwiając kilkaset odmian trolli i opalając się po raz pierwszy na tym wyjeździe. O godz.18 jesteśmy już po drugiej stronie - wypakowujemy rowery i ruszamy wzdłuż brzegu fiordu. Tutaj trafiamy też na najbardziej niesamowitą drogę rowerową jaką widziałem - po wybudowaniu nowego tunelu, biegnąca nad fiordem dwupasmowa droga została po prostu zamknięta dla ruchu samochodowego i oznaczona jako droga rowerowa. Dziwnie się czuliśmy jadąc samym środkiem. Przez pierwsze kilkaset metrów zerkam nerwowo w lusterko - ale nie, żadnego samochodu. W zasadzie to w ogóle nikogo - cała droga dla nas.

Dzień 6, 15 lipca 2010 r.
Trasa: Hafslo - Veitastrond - Hafslo - Luster - Fortun
Dystans: 140 km

Noc spędziliśmy na kempingu w Hafslo. Rano, pomimo tego, że zebraliśmy się dosyć późno postanawiamy zrobić sobie mała wycieczkę krajoznawczą. Zostawiamy większość rzeczy na przechowanie i z lekkim bagażem, którego większość stanowią ciuchy przeciwdeszczowe i czekolada, ruszamy na północny zachód, wzdłuż jeziora w stronę lodowca Jostedalsbreen, będącego największym lodowcem kontynentalnej Europy. Dzień jest pochmurny, a po drodze kilkakrotnie trafiamy na intensywne, przelotne deszcze. Ostatni odcinek trasy do lodowcowej doliny to nieutwardzona drogą pomiędzy wysokimi, górskimi ścianami, którą dzielimy ze stadami owiec. Na miejscu robimy dłuższy postój, kilka zdjęć z lodowcem i wzdłuż wypływającej z niego rzeki wracamy w stronę kempingu.

fot. Krzysztof Arentowicz / Krzysztof Kochanowicz


Nasza wycieczka okazała się być trochę dłuższa niż planowaliśmy (ponad 80km) przez co z kempingu ruszamy dopiero około 18. Jest tu już zbyt późno, by przeprawić się promem na drugą stronę fiordu, więc godzimy się z faktem, że nie zwiedzimy zabytkowego kościoła słupowego i chcąc nie chcąc ruszamy drogą 55. Na nasze szczęście, wbrew temu, czego się spodziewaliśmy, droga ta okazuje się być niezwykle malownicza a ruch samochodów jest na niej niewielki. Na początek przed nami długi, kilkukilometrowy zjazd z prędkością 60 km/h a następnie droga prowadzi nas tuż nad brzegiem fiordu, przez szereg urokliwych miasteczek. Noclegu zaczynamy szukać dopiero w nocy, po przejechaniu - 130km, mając w planach rozbić obóz tuż przed początkiem podjazdu. Niestety nie możemy znaleźć wystarczająco dobrego miejsca - za każdym razem decydujemy przejechać kawałek dalej aż w końcu wjeżdżamy na serpentyny. Tu stwierdzamy, że już dalej nam się nie chce jechać i rozbijamy namiot po prostu na półce skalnej, na zakręcie drogi.

Dzień 7, 16 lipca 2010 r.
Trasa: Fortun - Lom
Dystans: 80 km

Rano budzimy się (a w zasadzie zostajemy obudzeni przez przelatującą nad nami parę myśliwców) ze świadomością, że to będzie jeden z trudniejszych dni wyprawy. Przed nami seria serpentyn i podjazdów, które z poziomu morza mają nas wyprowadzić na wysokość ponad 1400m. Zaczyna się kiepsko, bo uświadamiamy sobie, że nie mamy wody, więc o śniadaniu nie ma mowy. Kilka pierwszych kilometrów pokonujemy o pustym żołądku i dopiero około godz. 11 znajdujemy jakiś strumień, co pozwala nam zjeść pierwszy posiłek i wypić herbatę. Podjazd jest morderczy - wleczemy się kilka godzin na najniższych przełożeniach, a z każdym kilometrem robi się coraz wyżej, zimniej i wietrzniej. Na szczęście chmury są wysoko więc możemy podziwiać krajobraz - a naprawdę jest na co patrzeć. Widoki sprawiają, że jazda jest prawdziwą przyjemnością. Do wysiłku motywują nas też kierowcy wyprzedzających nas z rzadka samochodów - całkiem sporo z nich macha do nas, klaszcze bądź pokazuje podniesiony kciuk - niby drobiazg, ale dodaje nam to wiele sił. Dojeżdżamy w końcu na płaskowyż, gdzie pomimo zimna robimy dłuższy postój na jedzenie, zdjęcia na tle lodowca i tarzanie się w śniegu. Podczas tych wygłupów i leżenia na śniegu Krzysiek dostaje smsa od żony, która wypoczywa właśnie na plaży przy sięgającym prawie 40 stopni upale. Czytając to uśmiecha się i odpisuje, że my też leżymy - i opalamy się, ale jednak na śniegu.

fot. Krzysztof Arentowicz


Po chwili dogania nas również autokar pełen japońskich turystów, którzy wyskakują uzbrojeni w aparaty fotograficzne i przez kilka minut biegają wokoło w szale fotografowania wszystkiego co się rusza lub nie - na szczęście po ich odjeździe znów wraca cisza i spokój.
Płaskowyż, po którym jedziemy, smagany jest silnym wiatrem od lodowca, więc zakładamy na siebie większość ciepłych ubrań. Godzinę później mijamy kamienie wniesione dla upamiętnienia 6 ludzi, którzy zamarzli tu w marcu 1813r. podczas próby przeprawy przez góry. Jeśli tak wygląda tu środek lipca... chyba nie chciałbym widzieć marca. Dojeżdżamy do kolejnych serpentyn - na szczęście te prowadzą już w dół, a po pewnym czasie przechodzą w długi, prawie prosty zjazd. Tu puszczamy klamki i lecimy w dół ciesząc się prędkością.Gdy na niewielkim uwypukleniu drogi żołądek podjeżdża mi do gardła,zauważam, że licznik pokazuje prawie 75km/h i zaczynam hamować - nawet nie wiem, kiedy mi się uzbierała taka prędkość... Zapada zmierzch, a do celu mamy jeszcze około 20 km po płaskim. Ja już mam dość, ale Krzysiek odkrywa w sobie jakieś rezerwy energii - jadę za nim "na kole" prawie cały ten odcinek i szybko docieramy do kempingu w Lom, który okazuję się być najlepszym kempingiem, na jakim przyszło nam nocować podczas całego wyjazdu.

Dzień 8, 17 lipca 2010 r.
Trasa: Lom - jezioro Breiddalsvatnet
Dystans: 72 km

Lom to ładne, małe miasteczko o długiej historii. Prawie cały dzień poświęcamy na zwiedzanie, począwszy od pochodzącego z XII wieku i robiącego spore wrażenie kościoła klepkowego Lom stavkirke, poprzez skansen, gdzie zapoznajemy się porośniętymi trawą drewnianymi chatami i niełatwymi warunkami życia dawnych rolników, aż do prywatnego muzeum minerałów. Robimy też zakupy i wysyłamy pocztówki, mijając się w centrum miasta z grupą narciarzy - na pobliskich szczytach leży śnieg, niemniej pogoda w miasteczku jest wręcz upalna. Wieczorem ruszamy na zachód ruchliwą drogą 15, jadąc w górę rzeki Visa. Jest to rzeka o charakterze górskim i co jakiś czas widzimy ekipy kajakarzy bądź ludzi uprawiających rafting. Droga wspina się łagodnie na wysokość prawie 1000 m n.p.m., gdzie około godziny 23 rozbijamy obóz nad górskim jeziorem. Na większości noclegów sporym problemem były dla nas komary i meszki - tutaj jednak okazują się wyjątkowo dokuczliwe, przez co robiąc kolację jestem zmuszony korzystać z rękawiczek i moskitiery.

fot. Krzysztof Arentowicz


Dzień 9, 18 lipca 2010 r.
Trasa: jezioro Breiddalsvatnet - góra Dalsnibba - Geiranger
Dystans: 48 km

Tej nocy nie było dane nam się wyspać. Porywisty wiatr, deszcz, chlupot fal o kamienie tuż przy namiocie i zgrzytanie jakiegoś żelastwa z sąsiadującej z nami automatycznej stacji meteorologicznej nie dały nam odpocząć. W dodatku rano latające potwory czekały na nas tuż za powłoką namiotu. Pakujemy się w mżawce i około godz.11 wyruszamy w trasę. Jedzie nam się ciężko, na E15 panuje spory ruch a w dodatku rozpadało się na dobre. W końcu skręcamy na spokojniejszą drogę 63 i wjeżdżamy w obszar bardzo surowego krajobrazu - góry pokryte śniegiem, pionowe urwiska o wysokości kilkuset metrów i znaki zakazu zatrzymywania się z powodu spadających kamieni. Jest 7°C i zacina zimnym deszczem, więc kiedy dojeżdżamy do znajdującego się u podnóża góry Dalsnibba hoteliku, robimy dłuższą przerwę w kawiarni. Dalsnibba jest bardzo popularną wśród turystów lokalizacją - na tę górę prowadzi droga, po której można wjechać samochodem a z samego szczytu roztacza się fantastyczny widok na leżący poniżej fiord Geiranger. Krzysiek jest trochę przeziębiony, więc postanawia poczekać w ciepłym miejscu a ja ruszam na górę. Przestaje padać, a zaraz potem czeka mnie druga miła niespodzianka - co prawda droga jest prywatna i za wjazd się płaci, ale podobnie jak w przypadku wjazdu na Nordkapp, opłata nie dotyczy rowerzystów. Jest mi potwornie zimno, ale widoki ze szczytu na leżący 1.5km niżej fiord z nawiązką rekompensują trud podjazdu. Robię sobie jeszcze zdjęcie na krawędzi ogromnego urwiska, zjeżdżam w dół i po 2h nieobecności dołączam do Krzyśka po czym razem śmigamy w dół serpentynami, wyprzedzając samochody i wytracając prawie kilometr wysokości. Na tym zjeździe Krzysiek zaciera okładziny hamulca, aż czuć spaleniznę na tarczy, uszkadzając tym samym przedni hamulec i niestety do końca naszej wyprawy zostaje już tylko z jednym. Zatrzymujemy się jeszcze przed ostatnim zjazdem do Geiranger, zostawiamy rowery i idziemy na dłuższą wycieczkę po okolicznych szlakach pieszych, po czym zjeżdżamy na położony tuż nad brzegiem kemping.

fot. Krzysztof Arentowicz


Dzień 10, 19 lipca 2010 r.
Trasa: Geiranger - Eidsdal - Valldal - gdzieś nad rzeką
Dystans: 54 km

Ściany fiordu Geiranger są bardzo strome i spływają po nich liczne wodospady, sam fiord jest zaś na tyle głęboki, że mogą do niego wpływać naprawdę duże jednostki - o 10 rano budzi nas syrena wpływającego ogromnego wycieczkowca "Costa Magica". Pakujemy się i z całym bagażem podjeżdżamy 300m do góry, by zostawić rowery w tym samym miejscu co dzień wcześniej i kontynuować naszą pieszą eksplorację.
Wyposażeni tym razem w mapę okolicy idziemy pieszo do jednej z wielu opuszczonych farm znajdujących się na zboczach fiordu. Jeszcze w latach 60-tych zeszłego wieku były one zamieszkane, a z tego co się dowiedzieliśmy, na niektórych z nich powszechną praktyka było przywiązywanie dzieci linami do palików, co miało je uchronić od spadnięcia w przepaść. Wracając idziemy szlakiem, który prowadzi nas za wodospadem - wąska i mokra półka otoczona z jednej strony ścianą skał a z drugiej ścianą wody robi na nas ogromne wrażenie. Jest już sporo po południu, więc wracamy do rowerów, ponownie zjeżdżamy na dół, i po obiedzie, ok. 17 ruszamy w stronę Drogi Orłów (Orneveggen), której 11 ciasnych serpentyn wspina się na wysokość 620m n.p.m. Po drodze znów otrzymujemy wyrazy sympatii i uznania od kierowców a po dotarciu na górę robimy krótką przerwę na znajdującym się na samej krawędzi urwiska punkcie widokowym, skąd podziwiamy wychodzący w morze znany nam już wycieczkowiec. Dalej już długi, spokojny zjazd w dół aż do promu w Eidsdalen. Po przeprawieniu się na drugą stronę znajdujemy się w norweskim zagłębiu truskawkowym - pomimo późnej pory staramy się wyjechać stamtąd jak najszybciej i w końcu niewiele przed północą znajdujemy dogodne miejsce na nocleg w pobliżu małej elektrowni wodnej.

Dzień 11, 20 lipca 2010 r.
Trasa: gdziś nad rzeką - Trollstigen - Åndalsnes
Dystans: 51 km

Głównym punktem tego dnia jest przejazd przez Trollstigen - słynną Drogę Troli, będącą najbardziej widowiskowym zbiorem serpentyn w Norwegii. Pogoda niestety nie jest dla nas łaskawa i od rana podróżujemy w deszczu a wraz z nabieraniem wysokości wjeżdżamy w chmury. Nie jest nam dane zobaczyć słynnej Ściany Trolli (Trollveggen), wysokiego na kilometr pionowego klifu (największego w Europie) i kultowego miejsca base jumperów. Tuż przed Trollstigen widoczność spada praktycznie do zera i naszym głównym zmartwieniem staje się nie brak widoków, ale to, czy nie zjedziemy z drogi lub czy jakiś troll nas zwyczajnie nie rozjedzie.

fot. Krzysztof Arentowicz


Na Trollstigen postanawiam poczekać i udaje mi się uchwycić krótki moment, gdy chmury się rozwiewają, co pozwala zrobić kilka zdjęć. Po zjeździe, kompletnie przemoczeni, spotykamy podróżującego samotnie rowerem Polaka - żeby było zabawniej też ma na imię Krzysiek. Wspólna droga wypada nam prawie do Åndalsnes, wiec jedziemy razem przez jakiś czas. Po dojechaniu na kemping rozbijamy namiot w ulewie i okrutnie głodni, bierzemy się za przygotowywanie kanapek. Krojąc w pośpiechu chleb, Krzysiek przecina przypadkiem swoją matę samopompującą - nie wiadomo dlaczego strasznie nas to rozbawia i przez kilka minut śmiejemy się jak opętani, chociaż tak naprawdę to nie ma z czego się cieszyć, bo uszkodzenia nie udaje się już naprawić.

Dzień 12, 21 lipca 2010 r.
Trasa: Åndalsnes - Eidsbygda - Rødven - Eidsbygda - kemping Vistdal
Dystans: 83 km

Deszcz leje non stop. Pomimo tego, że wstaliśmy o godz.10, ruszamy w trasę dopiero późnym popołudniem, pogodzeni już z tym, że nie ma szans na poprawę pogody. Wszystkie ubrania i buty mamy mokre, więc w zasadzie jest nam wszystko jedno jak mocno pada. Odbijamy w stronę Rødven i nadkładamy 20 km, by zobaczyć znajdujący się tam kościół słupowy z XII w. Potem już bez postojów jedziemy drogą nr 660 wzdłuż fiordu i nocujemy na kempingu w Vistdal, gdzie zauważam, że moja przednia opona zaczyna sie przecierać - w jednym miejscu dostrzegam osnowę.
Mam nadzieję, że wytrzyma do końca wyjazdu...

Dzień 13, 22 lipca 2010 r.
Trasa: Visdal - Eidsvåg - Kleive - Molde
Dystans: 105 km

Trzeci dzień deszczu i z prognozy, którą regularnie wysyła nam Cezary wynika, że przestanie padać dopiero w nocy. Na początek czeka na nas długi podjazd na położoną na wysokości ponad 400m przełęcz, po którym następuje zjazd w zimnym deszczu i wietrze. Jesteśmy kompletnie przemarznięci to jest chyba najbardziej kryzysowy moment wyjazdu. Ratuje nas suszarka do rąk na stacji benzynowej, która pozwala nam się ogrzać na tyle, by pojechać dalej. Pod wieczór zaczyna się przejaśniać i kiedy tuż przed północą dojeżdżamy na kemping w Molde, widać już nawet trochę czystego nieba. Do godz. 2:30 robimy generalne pranie i suszenie ubrań i butów, po czym idziemy spać ciepło ubrani, bo wraz z odejściem chmur zrobiło się też bardzo zimno a nasze śpiwory niestety nie są tak suche jak byśmy tego chcieli.

fot. Krzysztof Arentowicz / Krzysztof Kochanowicz


Dzień 14, 23 lipca 2010 r.
Trasa: Molde - Trollkirka - Eide - Vevang
Dystans: 73 km

Rano na niebie ani jednej chmurki ale niestety dość zimno. Śniadanie jemy susząc namiot na słońcu i wraz z niemieckim motocyklistą karmiąc okruszkami stado wróbli - niektóre z nich jedzą prosto z ręki. W Molde co roku odbywa się festiwal jazzowy i akurat trafiliśmy na jego 50-tą edycję. Ruszamy do miasta pozwiedzać i wtapiamy się w ogromny, kolorowy tłum fanów muzyki. Miasto jest bardzo ładne, zadbane a festiwal zapowiada się bardzo ciekawie i żałujemy, że nie możemy zostać do nocy by wziąć udział w koncertach. Wyruszamy na północ, w stronę gór i położonego tam Kościoła Trolli (Trollkirka), czyli jaskini, której główną atrakcję stanowi podziemny 14 metrowy wodospad.
Po długich zmaganiach z przeciwnym wiatrem, około godz.17 zjeżdżamy z drogi, zostawiamy rowery i ponad godzinę wspinamy się 500 metrów w górę idąc kamienistym szlakiem wzdłuż strumienia a potem, wyposażeni w darmowe mapki z gablotki na szlaku, kolejną godzinę zwiedzamy jaskinię i jej okolice. W drodze powrotnej, zaczyna trochę siąpić deszcz, przez co kamienie na szlaku stają się śliskie, momentalnie przybywa również błota. Krzysiek niestety idzie w butach rowerowych, przez co znacznie trudniej mu się poruszać. Bloki zapychają się błotem, co jest później przyczyną małej wywrotki. Na szczęście kończy się to tylko, a może aż wygięciem bagażnika.
Ruszamy dalej, w stronę Atlantyku, licząc na zachód słońca nad oceanem. Spóźniamy się jednak trochę na to widowisko, ale za to znajdujemy dogodne miejsce na nocleg wśród wrzosowisk tuż przy brzegu (upewniwszy się uprzednio, że znajdujemy się w miejscu, gdzie nie dosięgnie nas przypływ). Po przeliczeniu pozostałego czasu i dystansu wychodzi nam, że jazda do Trondheim na kołach sprawi, że nie będziemy mieli w ogóle czasu na zwiedzanie i zapewne przyjedziemy na lotnisko "na styk". Decydujemy się trochę zmodyfikować plany i następnego dnia skorzystać z promu w celu oszczędzenia kilku godzin.

fot. Krzysztof Arentowicz


Dzień 15, 24 lipca 2010 r.
Trasa: Vevang - Droga Atlantycka - Kristiansund - Trondheim - Flakkbekken
Dystans: 54 km

Pobudkę robimy o godz.7, pakujemy się i ruszamy wzdłuż brzegu Atlantyku jadąc po Drodze Atlantyckiej - cudzie nowoczesnej inżynierii drogowej, który łączy ośmioma długimi mostami niewielkie wysepki. Wrażenie jest takie, jakbyśmy lecieli nad otwartym morzem. Prom odchodzi raz dziennie a czasu nie mamy za wiele, więc już bez dalszej zwłoki jedziemy drogą 64 w stronę Kristiansund. Przed samym miastem droga wchodzi w kilkukilometrowy, płatny tunel pod dnem morza - nie możemy tędy jechać rowerami, więc nie mając innego wyboru czekamy na autobus, który pojawia się po kilkunastu minutach. Sympatyczny kierowca pomaga nam spakować rowery i wysadza nas po drugiej stronie, tuż przy przystani. Mamy akurat godzinę, by kupić bilety (które dość mocno nadwyrężyły nasz budżet) i rozejrzeć się po mieście. Nieduże nadmorskie Kristiansund rozrzucone jest na kilku wyspach. Wokół portu pną się w górę wąskie uliczki i kolorowe domy z lat 1680 - 1748. Spacer pomiędzy nimi nadaje wyobrażenie o sposobie życia w nadmorskim mieście 200 - 300 lat temu. O godz.14:30 ekspresowy katamaran zabiera nas w stronę Trondheim, gdzie po wyokrętowaniu udajemy się od razu na położony za miastem kemping.

Dzień 16, 25 lipca 2010 r.
Trasa: Flakkbekken - Trondheim - Hell
Dystans: 64 km

Śniadanie zaczynamy od złożenia sobie nawzajem życzeń imieninowych po czym udajemy się na zwiedzanie miasta z perspektywy 2 kółek. Trondheim to spore, portowe miasto o bardzo długiej historii - kiedyś było siedzibą norweskich królów. Jednocześnie pełno tutaj cichych i spokojnych zaułków pełnych zieleni, pomników... i rowerów. Sporo czasu zajmuje nam zwiedzenie ogromnej gotyckiej katedry Nidaros zbudowanej w XII w. W Trondheim znajduje się także pierwsza na świecie winda dla rowerzystów , która na odcinku 130 merów wspina się na strome wzgórze. Oczywiście przejażdżka nią była istotnym punktem naszego planu, niestety trafiliśmy akurat na okres przeglądu technicznego.

fot. Krzysztof Kochanowicz / Krzysztof Arentowicz


Pod wieczór ruszamy za miasto w stronę odległego o 30 km lotniska. Droga rowerowa prowadzi od Trondheim aż do samego terminala. Przejeżdżamy obowiązkowo przez miejscowość Hell i rozbijamy namiot niedaleko od pasa startowego.

Dzień 17, 26 lipca 2010 r.
Trasa: Hell - lotnisko Trondheim - Oslo - Gdańsk
Dystans: kilkaset metrów ;) + pieszo po Oslo

Rano pokonujemy ostatnie kilkaset metrów i przygotowujemy rowery do transportu. Lot do Oslo trwa raptem godzinę, zostawiamy rowery i bagaże w przechowalni i jedziemy do centrum. Wizytę rozpoczynamy od informacji turystycznej skąd bierzemy plan miasta i informator o lokalnych muzeach godnych uwagi. Jako, że pogoda nas nie rozpieszcza, decydujemy się na rejs na Półwysep Bygdøy z jedynym w swoim rodzaju Muzeum Łodzi Wikingów. Tuż obok znajduje się inna wystawa -poświęcona podróżnikowi Thorowi Heyerdahlowi, czyli Muzeum Kon-Tiki. Następnie udajemy się do górującego nad Oslofjordem zamku Akershus. Z murów rozciąga się przepiękny widok na położone na wzgórzach miasto oraz przystań i porty rozmieszczone na całej długości fiordu. Po południu, pogoda zaczęła trochę się poprawiać dlatego też spacerkiem poszliśmy w kierunku Pałacu Królewskiego. Na zakończenie naszej wizyty w Oslo udaliśmy się do polecanego Parku Gustava Vigelanda, norweskiego rzeźbiarza, który przyozdobił teren 212 pomnikami z brązu, granitu oraz kutego żelaza. Naturalistyczne, przepełnione erotyzmem nagie postacie przedstawiają różne etapy ludzkiego życia. Znajdują się tutaj zarówno pary przytulonych kochanków, jak i starszych osób trzymających się za ręce.

Gdy zapada powoli zmrok udajemy się z powrotem na lotniskoskąd rano mamy lot do Gdańska. Po przylocie składamy szybko pojazdy i - na własnych kołach - wracamy do domów z poczuciem, że to na pewno nie ostatni nasz wyjazd rowerowy na północ Europy.

Zobacz naszą trasę


Podsumowanie:

Norwegia, to cudowny kraj pod kątem turystyki, z resztą nie tylko rowerowej. Już nie pierwszy raz podróżując po Skandynawii przekonaliśmy się, że jest tu bardzo bezpiecznie. Nikt tu nie wyprzedza "na grubość lusterka", nikt nie zajeżdża drogi, nikt nie trąbi. No prawie nikt... zostaliśmy raz obtrąbieni - kierowca, którego wypytywaliśmy o droge spotkał nas kilka godzin później na trasie i chciał nas pozdrowić. Przez dwa tygodnie mieliśmy na drodze mniej ryzykownych sytuacji niż zdarza mi się w ciągu jednego "ciekawszego" dnia dojeżdzania rowerem do pracy w Gdańsku - powrót do szarej polskiej rzeczywistości drogowej nie jest niestety łatwy.

fot. Krzysztof Arentowicz


Bezpiecznie można się czuć nocując również "na dziko", gdyż nie jest to zabronione, jedynie poranna kąpiel w wodospadzie lub wodzie spływającej z lodowca może nieco zniechęcić ;)

Poniesione koszty oprócz podróży:

Fakt, jest tu drogo, ale nikt nie powiedział, że będzie inaczej. W każdym razie jeśli w sakwach znajdzie się miejsce na prowiant, warto go zabrać ze sobą. My zaopatrzyliśmy się w lekkie liofilizowane jedzenie, dzięki którym udało nam się przeżyć 2 tygodnie, dokupując na bieżąco w zasadzie jedynie świeże pieczywo, owoce i dżem.
Pragnienie gasiliśmy wodą czerpaną z licznych górskich potoków, która uzupełnialiśmy różnymi mikroelementami w postaci tabletek musujących. Dziennie na trasie spożywaliśmy nawet kilka litrów płynów w postaci napojów orzeźwiających lub herbaty, którą przygotowywaliśmy na zabranej ze sobą kuchence turystycznej. Uwaga, palnik oczywiście możecie zabrać ze sobą do bagażu, ale jeśli wybieracie się samolotem, należy pamiętać, że butlę gazową będzie trzeba kupić na miejscu!

Wydatki nie wiązały się jedynie z prowiantem uzupełniającym.
Sporo pieniędzy pochłonęły nam również promy, z których korzystaliśmy oraz obiekty, które postanowiliśmy zwiedzić, w końcu nie wiadomo, czy nadarzy się kolejna okazja zobaczenia tak unikatowych zabytków.

Wybierając się do Norwegii, nawet w środku lata, należy pamiętać o zabraniu ze sobą ciepłej odzieży i kurtki przeciwdeszczowej. Pogoda naprawdę potrafi być bardzo kapryśna, co doświadczyliśmy na własnej skórze. Bywało, że padało przez kilka dni z rzędu. Nie była to mżawka, lecz lejąca się z nieba niczym z wiadra woda. Temperatury też niekiedy nie były za łaskawe, w lecie potrafiły spaść nawet do zera! Wybierając się na wyprawę warto zatem zainwestować w porządną odzież. Nasz ekwipunek prócz tradycyjnej rowerowej odzieży "termoaktywnej" składał się również z odzieży turystycznej. Wzięliśmy ze sobą m.in.: kurtkę i spodnie przeciwdeszczowe o wysokich parametrach oddychalności, tak by podczas intensywnej jazdy nie pływać we własnym pocie, bardzo lekką kurtkę z puchu syntetycznego, zapewniającą duży komfort podczas jazdy, a jednocześnie gwarantującą ciepło przy sporych wahaniach temperatur oraz kilka par rękawiczek.



Ważnym elementem naszego wyposażenia były również akcesoria noclegowe jak: namiot, śpiwór oraz mata samopompująca. Wiadomo, czym bardziej profesjonalny sprzęt, tym zwykle jego waga również jest niższa, co jest bardzo ważne przy podróżach z wykorzystaniem przelotów samolotem. Zabrane przez nas narzędzia rowerowe na szczęscie w zasadzie nam się nie przydały.

1) Namiot:
Żeby spać w miarę komfortowo zabraliśmy ze sobą namiot nie dwu, a trzyosobowy, z dwoma przedsionkami by mieć pod ręką nasz ekwipunek. Wybór namiotu polskiej firmy Fjord Nansen, model Veig Pro III był strzałem w dziesiątkę. Prócz faktu, ze jest on w miarę lekki - waży 3,4 kg sprawdził się naprawdę w niełatwych warunkach. Dzięki podklejanym szwom i wzmacnianemu stelażowi ani nie przemókł podczas ulew przez kilka dni z rzędu, ani nie połamał się przy silnych wiatrach znad oceanu. Zaletą namiotu jest również możliwość rozstawiania go w deszczu tak by sypialnia pozostała sucha. Jest to możliwe dzięki systemowi podczepianego tropiku, który można złożyć i rozłożyć nie odczepiając od reszty namiotu.

2) Śpiwór:
Oprócz dachu nad głową należy pamiętać o "ciepłej kołderce". Wszystko pięknie, jednak nie zapomnijmy, że jedziemy rowerem z sakwami gdzie ważne jest miejsce i waga! Biorąc dodatkowo pod uwagę pogodę, i fakt, że może coś się przemoczyć, zdacydowaliśmy się na zakup śpiworów z wypełnieniem syntetycznym, które co prawda mają rozmiary większe niż śpiwory puchowe o tym samym zakresie temperatur, lecz lepiej sprawdzają się w wilgotnych warunkach -Wybraliśmy również tą samą firmę Fjord Nansen, model Kjolen, w którym komfortowo spać można przy dolnej granicy jednego stopnia poniżej zera. Komfortowo czyli w bieliźnie, zaś ubranym w dres polarowy nawet do minus piętnastu stopni.(czego na szczęście nie musieliśmy sprawdzać)

3) Mata lub karimata:
Początkowo planowaliśmy wziąć zwykłe karimaty, jednak te zajmowały sporo miejsca. Zaproponowano nam zatem przetestowanie tzw. mat samopompujących, które na dobrą sprawę są tylko nieco cięższe, ale za to są bardziej poręczne(po ich zwinięciu mniej więcej połowa zwykłej karimaty). Ich zalety prócz rozmiarów, to przede wszystkim bardzo dobry komfort spania, jak również izolacja od podłoża.



Partnerem naszego wyjazdu był Sklep Turystyczny Tuttu.pl
W miejscu tym chcielibyśmy również podziękować całej ekipie za porady związane z zakupem odpowiedniej odzieży i akcesoriów pod katem naszej wyprawy.

Autor relacji: Krzysztof Arentowicz

Uczestnicy wycieczki: Krzysztof Arentowicz & Krzysztof Kochanowicz [GR3miasto]

Relacja pochodzi ze strony Grupy Rowerowej 3miasto

Dołącz do ludzi pozytywnie zakręconych

O naszych inicjatywach, rajdach i wycieczkach dowiesz się regularnie odwiedzając naszą stronę internetową lub wpisując się na listę sympatyków. Jeśli chcesz być na bieżąco informowany co organizujemy, napisz do nas e-mail: gr3miasto@gmail.com


Opracował:
Też przeżyłeś ciekawą przygodę, odkryłe(a)ś nową trasę? Podziel się wrażeniami z innymi, napisz do nas.
Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (46)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

wydarzenia - imprezy i szkolenia

+ dodaj

Porady rowerowe

zobacz więcej »

Szlaki rowerowe

Znajdź trasę rowerową

Turystyka rowerowa

zobacz więcej »