rowery

stat

1230 km na rowerze w 63 godziny

artykuł czytelnika
Od lewej Mateusz Dąbrowski - autor relacji, Sławomi Mazur, Bogdan Adamczyk, Cezary Urzyczyn
Od lewej Mateusz Dąbrowski - autor relacji, Sławomi Mazur, Bogdan Adamczyk, Cezary Urzyczyn

5820 uczestników z 63 krajów świata w dniach 16-20 sierpnia podjęło próbę pokonania morderczego dystansu 1230 km w ramach jednego z najdłuższych i najtrudniejszych ultramaratonów kolarskich świata Paryż - Brest - Paryż, którego 18 edycja przemierzała po raz kolejny szosy północno-zachodniej Francji. Wśród nich znalazło się 31 Polaków pragnących wzbić się na szczyt swoich sportowych możliwości i zmierzyć z barierami, które często wydają się nie do pokonania.



Wyłączając jeden z pierwszych wyścigów kolarskich świata rozegrany 31 maja 1868 na "wymagającej" trasie od fontanny do barierek i z powrotem w parku St. Cloud pod Paryżem, o którym wspomina Les Woodland w książce "This Island Race" oraz zorganizowany 20 sierpnia 1887 na wzgórzu Westerham w Wielkiej Brytanii "Catford Cycling Club Hill Climb" - ultramaraton Paryż-Brest-Paryż był zdecydowanie najdłuższym i najtrudniejszym wyścigiem w historii kolarstwa.

Pomimo tego, że wyścig "Derby", a więc Bordeaux-Paryż, którego pierwsza edycja odbyła się 23 maja 1891 na dystansie 560 km, gdzie zawodnicy jechali za motocyklistą nadającym tempo i chroniącym ich od wiatru jest o kilka miesięcy starszy i dumnie dzierży palmę pierwszeństwa jako poważne zawody w świecie kolarskim, to Paryż-Brest-Paryż, po raz pierwszy rozegrany 6 września 1891 r. był z kolei najdłuższym wyścigiem rowerowym świata i liczył bagatela 1200 km.

Historia tego ultramaratonu, na starcie którego do 1951 obok kolarzy-amatorów stawali również zawodowcy, sięga 1891 r., kiedy redaktor naczelny paryskiego dziennika "Le Petit Journal", Pierre Giffard zorganizował wyścig kolarski na trasie z Paryża do Brestu i z powrotem. Do tego prekursora wielkich wydarzeń sportowych należy również organizacja biegu Paryż-Belfort na przerażającym dystansie 380 km, pierwszego wyścigu samochodowego Paris-Rouen czy chociażby słynnego paryskiego maratonu, którego historia sięga 1896 r. Debiutancka edycja PBP, w której udział wzięło 206 zawodników padła łupem Charles'a Terronta, który na pokonanie trasy nad Atlantyk i z powrotem potrzebował 71 godzin i 22 minut. Drugi na mecie zameldował się Jiel Laval tracąc do zwycięzcy ponad 8 godzin.

Kolejne 4 wyścigi do 1931 r. odbywały się w odstępach co 10 lat. Po 17-letniej przerwie, w 1948 r. rozegrano kolejną edycję. Następna jako jedyna odbyła się już trzy lata później, a kolejne do 1971 r. gościły kolarzy co 5 lat. Od 1971 r. PBP przemierza szosy Francji cyklicznie co 4 lata i aż tyle czasu oczekiwali rowerowi szaleńcy z całego świata, pokonujący niekiedy kilkanaście tysięcy kilometrów by pojawić się na linii startu w Saint Quentin en Yvelines nieopodal Paryża i wziąć udział w tym niesamowitym sportowym wydarzeniu, bo niewiele jest imprez rowerowych, które gromadzą tak liczne rzesze kolarzy i pasjonatów dwóch kółek w jednym miejscu.

Nasza trójka (Sławek, Bogdan, Mateusz) decyzję o wyjeździe w kierunku Pól Elizejskich podjęła na początku kwietnia. Choć z początkiem roku bardziej w naszych głowach siedział Górski Maraton południową ścianą Polski z Przemyśla do Świeradowa Zdroju (1130 km) niż PBP, to jednak 2015 był rokiem wyjątkowym, ponieważ właśnie teraz w kolarskim kalendarzu figurowała francuska impreza.

Aby uzyskać kwalifikację i wystartować z Paryża w kierunku Bretanii należało wcześniej ukończyć organizowane przez stowarzyszenia Randonneurs na całym świecie 4 tzw. brevety, a więc rozgrywane w różnych odstępach czasu etapy o długościach 200, 300, 400 i 600 km. Formuła Randonneurs polega na tym, że wszyscy są zwycięzcami. Wszyscy, którzy ukończyli wspomniane odcinki w ustalonych przez organizatorów limitach czasowych. I tak dla 200 km limit wynosił 12,5 h, 300 km-20 h, 400 km-27 h, i 600 km-40 h. W Polsce brevety są rozgrywane nieopodal Warszawy, Krakowa i Białegostoku. My braliśmy udział w brevetach od kwietnia do czerwca, a po ich ukończeniu i potwierdzeniu mogliśmy przystąpić do oficjalnej rejestracji wyrażając chęć startu w ultramaratonie Paryż-Brest-Paryż na stronie organizatora, którym jest Audax Club Parisien. Tam, każdy uczestnik wybierał godzinę startu i limit czasowy w jakim zamierzał ukończyć maraton. Ograniczenia czasowe zawierały się w trzech wartościach: 80, 84 i 90 godzinach.

Początek tej wielkiej wyprawy mieliśmy rozpocząć w niedzielę 16 sierpnia o godz. 16:45 wraz z grupą 247 innych uczestników deklarujących chęć zameldowania się w Paryżu po maksymalnie 80 godzinach jazdy łącznej. Poszczególne grupy liczące 250 zawodników wyruszały na trasę w 15-minutowych odstępach czasowych. Do stolicy Francji dotarliśmy w piątek nad ranem. W sobotę czekała nas odprawa techniczna podczas której każdy uczestnik otrzymywał od organizatorów numery startowe, chip za pomocą którego można było śledzić danego zawodnika na trasie, koszulkę kolarską PBP, kamizelkę odblaskową w którą wyposażeni zostali wszyscy startujący oraz książeczkę brevetową do której na poszczególnych punktach kontrolnych wbijane były pieczątki wraz z datą i godziną przejazdu.

Formuła maratonu zakłada, że zawodnicy mogą wyruszyć na trasę wszelkimi pojazdami napędzanymi siłą ludzkich mięśni. I faktycznie, w pobliżu welodromu, gdzie znajdowała się linia startu spotkać można było przeróżne wehikuły przypominające niekiedy bardziej rakiety kosmiczne niż standardowe rowery. Jednakże rowery poziome, tandemy, trójkołowce, "rakietnice" i inne cuda wyruszały na trasę we własnym towarzystwie, co nie oznaczało, że nie można ich było później spotkać na trasie.

Początek ultramaratonu jak się można było spodziewać był dosyć nerwowy. Wysepki, zwężenia, studzienki, bardzo wysoka prędkość i ogromna ilość uczestników, to wszystko okraszone wysoką dawką adrenaliny przyczyniło się do kilku kraks już na odcinku do 140 km, gdzie zlokalizowano pierwszy punkt kontrolny. Niestety już na 70 km w kraksie leżał Bogdan, jednak na szczęście poza szlifami i odrapaniami obyło się bez większych obrażeń i mógł dalej kontynuować jazdę. Po pewnym czasie dotarła do mnie informacja, że również Pierangelo z Italii, którego poznałem przed startem uczestniczył w kraksie i zakończył swój występ na 300 km uszkadzając rower.

Do Brestu, a więc na półmetek (614 km) dotarliśmy ze Sławkiem po 26 godzinach jazdy o 18:40 w poniedziałek, a więc blisko 2 godziny później niż zakładaliśmy przed startem. Czas nie był najważniejszy. Poza tym Sławka dopadły problemy zdrowotne i niestety nasza średnia podczas drugiej nocy powoli zaczęła spadać. Zaczęliśmy się coraz częściej zatrzymywać; a to na pyszne naleśniki z czekoladą czy kawę; krótki postój na złapanie tchu czy chociażby wymianę baterii.

Będąc w Loudeac zostawiliśmy na naszą zgubę w wozie technicznym Fundacji Randonneurs kamizelki bez których jazda od zmroku do świtu jest surowo zakazana sądząc, że 300 km z Loudeac do Brestu i z powrotem obrócimy do wieczora. Niestety, nie udało się. I tu trzeba przyznać, że organizatorzy są bardzo czujni, ale nie zawsze restrykcyjni, bo chwilę po 20, kiedy słońce chyliło się ku zachodowi upomniała nas motocyklistka z obsługi technicznej nakazując zatrzymanie i założenie kamizelek na co odparliśmy, spodziewając się kary czasowej, a może i dyskwalifikacji, aby nas nie wstrzymywała, gdyż "pędzimy" do Loudeac oddalonego o 200 km by zdążyć przed zmrokiem, który już właśnie zapadł. Kobieta nie była jednak skora do żartów, pogroziła palcem wykrzykując coś po francusku, ale na szczęście puściła nas wolno. Kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że nie uciekniemy przed mrokami nocy jeszcze w Breście prosiliśmy organizatorów o zapasowe kamizelki, których nam jednak nie chcieli użyczyć, więc sumienie mieliśmy czyste, o czym poinformowaliśmy obsługę. Ostatecznie sytuacja nie była aż tak zła jeśli chodzi o naszą widoczność, ponieważ mieliśmy mocne lampy rowerowe, odblaski na ramach, kaskach i butach.

Właśnie ta druga noc była dla mnie najmniej gościnna i szczególnie wymagająca głównie z powodu wychłodzenia, bólu kolan (rzeczy pozostawione na punkcie kontrolnym) oraz chęci snu, co zmusiło nas do ucięcia sobie 30 minutowej drzemki w jednym z PK (punktów kontrolnych). Później było już zdecydowanie lepiej; szczególnie w momentach gdy dojeżdżaliśmy do rozsądnie jadących zawodników w dużych grupach, którzy w dobrym tempie kręcili na "płaskich" odcinkach, a odpuszczali z kolei na podjazdach.

Niezwykłe wrażenie podczas nocnej jazdy sprawiał ogromny peleton rozciągnięty na długości niekiedy kilkuset metrów ubrany w identyczne kamizelki odblaskowe rozświetlający mroki nocy święcącymi na kilkadziesiąt metrów w przód lampkami. Jazda nocna w gęstym peletonie nie należała do najłatwiejszych i najbezpieczniejszych z powodu rozmaitych kraks i upadków często spowodowanych zmęczeniem, sennością czy chwilą zwykłego zagapienia, ale sprawiała niesamowitą frajdę; szczególnie na zjazdach. Łączna długość porozrywanych na całej trasie cyklistów jest trudna do wyobrażenia i mogła sięgać nawet setek kilometrów w stronę bretońskiego ramienia.

Mateusz Dąbrowski gotowy do startu w ultramaratonie na 1230 km trasie Paryż-Brest-Paryż
Mateusz Dąbrowski gotowy do startu w ultramaratonie na 1230 km trasie Paryż-Brest-Paryż


Spośród 5820 uczestników maraton ukończyło 4570 (78,5% ) śmiałków. Najliczniej reprezentowaną grupą wiekową były osoby mieszczące się w przedziale od 50 do 54 lat. Na kresce startowej maratonu stanęło ich 1134. Moja grupa (25-29 lat) była o wiele bardziej skromna i liczyła jedynie 161 zawodników, a maraton ukończyło 133. Jako ciekawostka warto podać informację, że najmłodszych uczestników (15-19 lat) wystartowało 5, a najstarszych (80-84 lata) - 3. Z tej ostatniej grupy tylko jeden dotarł do mety. Największą ekipę startujących stanowili oczywiście Francuzi (1991), następnie Niemcy (497), Amerykanie (463), Brytyjczycy (458) Włosi (363), Hiszpanie (241), Japończycy (211). Polaków wystartowało 31.

Najlepszy wynik spośród wszystkich startujących Polaków pomimo kraksy na początku maratonu uzyskał Bogdan Adamczyk docierając do Paryża z czasem 50 godzin 25 minut i zajmując w klasyfikacji generalnej bardzo wysokie 63 miejsce. Drugi z naszych rodaków był Cezary Urzyczyn z czasem 53 godzin 30 minut poprawiając swój wynik sprzed 4 lat o niemal godzinę. Natomiast ja ze Sławkiem dotarłem nad Sekwanę w miłym towarzystwie Grześka Rogoża (5 wśród Polaków z czasem 64:12) po 3 nieprzespanych z rzędu nocach i 63 godzinach i 43 minutach łącznej jazdy, zajmując 4 i 3 miejsce wśród polskiej załogi, a 423 i 420 w klasyfikacji generalnej. I choć nie był to wynik naszych marzeń, bo przed startem zakładaliśmy ukończenie trasy poniżej 50 godzin to i tak satysfakcja była ogromna, a radość po dotarciu na metę jeszcze większa. Najszybciej z 1230-km trasą poradził sobie Niemiec Björn Lenhard docierając na metę w czasie 42 godzin i 26 minut śrubując i poprawiając amatorski rekord całego maratonu należący od 2003 roku do Belga Marca Leuckx'a o 14 minut. I choć rezultat jaki uzyskał nasz sąsiad budzi respekt, to wspomnę tylko, że rekord przejazdu wszechczasów cały czas należy do Francuza Maurice'a Diota, który jako profesjonalista startując w 1951 r. wówczas jeszcze w wyścigu, z pomocą grupy Mercier - Hutchinson uzyskał niewiarygodny rezultat 38 godzin 55 minut.

Podsumowując, Paryż - Brest - Paryż jest ultramaratonem bardzo wymagającym; nie tylko ze względu na ogromny 1230 - km dystans, ale głównie z powodu niekończących się praktycznie na całej trasie, krótkich (1, 2, 3 - kilometrowych) podjazdów oraz pozostawiających wiele do życzenia chropowatych asfaltów. Śmiało można stwierdzić, że impreza organizowana przez Audax Club Parisien jest przygotowana perfekcyjnie. Kolarze docierający na punkty kontrolne oddalone od siebie mniej więcej o 80 km, poza wbiciem pieczątki do książeczki mogli zjeść ciepły posiłek o szerokiej gamie potraw, skorzystać z noclegu, prysznica czy serwisu technicznego. Zawodników przemierzających szosy Bretanii dopingowały tysiące francuskich kibiców, którzy kochają kolarstwo i na tę okoliczność potrafią oczekiwać w swoich domach na barwny peleton do późnych godzin nocnych częstując niekiedy kawą czy ciastkami. Nawigacja na trasie jest praktycznie zbędna, ponieważ droga jest tak dobrze oznaczona, że na tym ponad tysiąckilometrowym dystansie wielką sztuką jest się zgubić. Strzałki wykonane z odblaskowego materiału z kierunkiem Brestu, czy te wskazujące drogę do Paryża, znajdowały się praktycznie na każdym rondzie czy miejscu, gdzie zawodnicy mogliby mieć problemy z orientacją.

PBP to zdecydowanie najtrudniejszy ultramaraton kolarski w jakim miałem przyjemność uczestniczyć. Poprzez swoje niemal 12-kilometrowe przewyższenie w pionie i pagórkowaty teren, droga znad Sekwany po Atlantyk i z powrotem była wielkim wyzwaniem nie tylko sportowym, ale przede wszystkim mentalnym. Teraz już wiemy, dlaczego tak wielu zawodowych kolarzy dostaje mdłości na myśl o etapach w Bretanii. Pomimo 2 godzin łącznego snu podczas całej imprezy i drugiej, najtrudniejszej nocy, kiedy zmęczenie osiągnęło najwyższy pułap muszę przyznać, że jazda w tak licznym peletonie pośród kolarzy z całego świata, których łączy wspólna pasja i chęć osiągnięcia bardzo odległego i mogłoby się wydawać nierealnego celu, była niesłychaną przyjemnością i sprawiła nam wiele radości. I taka właśnie jest formuła Randonneurs, gdzie liczy się nie tylko czysta rywalizacja i licytacja na sekundy, ale przede wszystkim świetna atmosfera, niesamowity duch ultramaratonu powstający pomiędzy uczestnikami i ogromna chęć przekroczenia własnej smugi cienia, która tym razem wynosiła 1230 km. Chciałbym serdecznie podziękować wszystkim za zaciśnięte kciuki, dobrą myśl i pomoc udzieloną zarówno przed jak i w trakcie trwania maratonu (Loudeac) oraz wiarę, że przejechanie 1230 km na rowerze wcale nie jest takie trudne jak mogłoby się wydawać.

Wyniki brevetów:

2015.04.25 - Pomiechówek 300 km -10:37 h (nocny maraton)
2015.05.02 - Miechów 200 km - 10:13 h
2015.05.16 - Pomiechówek 400 km - 13:40 h
2015.06. 06 - Pomiechówek 600 km - 23:46 h

Odległości punktów kontrolnych:

Saint-Quentin-en-Yvelines - Mortagne-au-Perche 139,725 km
Mortagne-au-Perche - Villaines-la-Juhel 80,062 km
Villaines-la-Juhel - Fougères 88,708 km
Fougères - Tinténiac 54,166 km
Tinténiac - Loudéac 84,858 km
Loudéac - Carhaix 78,349 km
Carhaix - Brest 88,829 km
Brest - Carhaix 83,521 km
Carhaix - Loudéac 82,509 km
Loudéac - Tinténiac 85,276 km
Tinténiac - Fougères 54,164 km
Fougères - Villaines-la-Juhel 88,658 km
Villaines-la-Juhel - Mortagne-au-Perche 80,332 km
Mortagne-au-Perche - Dreux 77,484 km
Dreux - Saint-Quentin-en-Yvelines 63,465 km

Zobacz poszczególne etapy trasy

GPS i mapa trasy maratonu

Zobacz oficjalne wyniki

Statystyki:

Dystans - 1230,9 km
Łączny czas- 63:43:10
Czas samej jazdy - 48:59:29
Przewyższenie w górę 11.700 m
Przewyższenie w dół 11.706 m
Prędkość średnia - 19,7 km/h
Średnia prędkość samej jazdy - 25,1 km/h
Prędkość maksymalna - 67,3
Spalone kalorie - 29.737
Liczba uczestników - 5820
Ukończyło - 4570
Miejsce w klasyfikacji generalnej - 423
Miejsce wśród Polaków - 4
Średnia kadencja - 75

WWW: Ultramaraton Paris-Brest-Paris

Przeczytaj także relację z  Ultramaratonu przez Polskę Bałtyk-Bieszczady Tour 2014


Mateusz Dąbrowski, pracownik Oddziałowego Biura Lustracyjnego IPN w Gdańsku od blisko 10 lat przemierzający szosy Polski i Europy. Pasjonat kolarstwa, górskich przełęczy Alp, Pirenejów i Dolomitów, filatelistyki, dobrej książki i podróży. Uczestnik wypraw rowerowych do Francji, Portugalii, Italii, Szwajcarii, Austrii. Od niedawna startujący także w ultramaratonach.
Też przeżyłeś ciekawą przygodę, odkryłe(a)ś nową trasę?
Podziel się wrażeniami z innymi, napisz do nas: rowery@trojmiasto.pl.
Co Cię gryzie - artykuł czytelnika to rubryka redagowana przez czytelników, zawierająca ich spostrzeżenia na temat otaczającej nas trójmiejskiej rzeczywistości. Wbrew nazwie nie wszystkie refleksje mają charakter narzekania. Jeśli coś cię gryzie opisz to i zobacz co inni myślą o sprawie.
Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (18)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.