fot. Aleksander Jasik
Ciężkie treningi rowerowe, mozolne długie biegi i litry wypitego piwa na spotkaniach towarzyskich zespołu Navigatoria, doprowadziły w końcu do długo oczekiwanego finału. Niezłomna wola i żelazne łydki miały być naszą tajną bronią w zmaganiach w III edycji On-Sight Adventure Racing odbywającego się w Lubniewicach.
Przy wsparciu całego zespołu czworo z nas stanęło na starcie zawodów. Paula z Rafałem stworzyli team praktycznie niezniszczalnych "napieraczy" w kategorii MIX. Ja zaś wystartowałem z debiutującym w naszych barwach, ale jakże doświadczonym zawodnikiem, Łukaszem. Poza lekkim katarem Rafała, końcówką anginy Pauli i moim zapaleniem oskrzeli byliśmy praktycznie zdrowi i gotowi do zmagań.
Organizatorzy w tajemniczy sposób postarali się, by w dniu zawodów pogoda zdecydowanie poprawiła się. Zamiast rażącego w oczy słońca i temperatury grożącej przegrzaniem się, zapewnili nam przyjemny chłodzący deszczyk, miły dla oka śnieg, oraz delikatny wietrzyk, jakże przyjemny dla naszych zahartowanych ciał. Tuż przed północą ruszyliśmy na linię startu by rozpocząć zmagania. W porównaniu z naszym domkiem, w którym mieliśmy nocleg, było całkiem ciepło, więc tuż przed rozpoczęciem pierwszego etapu zdecydowaliśmy się zdjąć po jednej warstwie ubrań.
Odliczanie i start. Pierwsze 10 km biegu stanowiło miłą rozgrzewkę, nawigacja szła sprawnie, a humory dopisywały. Drugi i trzeci etap liczyły po 9 km i pokonywaliśmy je na rowerach. Pod koniec trzeciego etapu odkryłem nowatorską metodę na pozbycie się ochoty na drzemkę. Otóż wystarczy wyrżnąć w leśny płot zahaczając kierownicą o druciane oka, przelecieć przez nią i rozwalić sobie nos. Po chwilowym szoku robi się naprawdę rześko. Osobiście polecam.
Jako, że wola w nas niezłomna, po rowerach ruszyliśmy na kolejną 10-kilometrową przebieżkę, która miała być najtrudniejsza nawigacyjnie. Trudna wcale nie była, biegło się przyjemnie, praktycznie bez żadnych błędów. Świt przywitał nas na piątym, 11-kilometrowym etapie, który pokonywaliśmy rowerami.
fot. Aleksander Jasik
Pod koniec tego etapu zaczęła nurtować nas pewna kwestia, sprowadzająca się do trywialnego pytania: gdzie ta przeklęta leśniczówka? Okazało się, że leśniczówka jest tam, gdzie stała już od wielu lat, a organizatorzy jej chytrze nie przenieśli. Tam też rozpoczęliśmy etap szósty, podczas którego nierozłączny jak dotąd Team Navigatorii zaczął zabawy w podgrupach. Tak też Rafał porwał Łukasza na małą, 10-kilometrową, rowerową przejażdżkę, a ja z Paulą ruszyliśmy w leśne ostępy potruchtać sobie drobne 5 km. Wielcy mędrcy wschodu powiadają, że to co połączone musi się rozpaść, a to co się rozpadnie w końcu połączy się na nowo, tak też po chwilach kilku, dwa teamy Navigatorii znowu przemierzały wspólnie kolejny, siódmy już etap rowerowy liczący według różnych miar 5 mil lądowych, 8748 yardów, 8.45 do potęgi -13 roku świetlnego lub po prostu 8 km.
Na 8 etapie wdzialiśmy rolki i ruszyliśmy krętymi i pagórkowatymi drogami do punktu, do którego zmierzało przed nami wielu legendarnych herosów. Swego czasu mityczny Orfeusz zszedł w czeluście ziemi by w Hadesie odnaleźć Eurydykę (podobno podbił tam też PK), tak też i my zeszliśmy by w starych betonowych bunkrach wykonać zadania specjalne. W dwóch bunkrach, należących do Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego, wiele metrów pod ziemią musieliśmy odnaleźć trzy punkty kontrolne, co niechybnie uczyniliśmy. Ostatnie zadanie specjalne niestety musieliśmy odpuścić. Kolejka oczekujących zespołów była na tyle duża, iż stwierdziliśmy, że nie ma sensu marnować czasu. Zdecydowaliśmy, iż mężnie przyjmiemy brak jednego PK oraz 3 godziny kary. Mówi się, że przegrany jest moralnym zwycięzcą, tak też wzmocnieni sukcesem tej drobnej porażki ruszyliśmy na kolejny etap rolkowy, który pokierował nas z powrotem do naszych rowerów.
Przedostatni etap rowerowy miał 31 km i zdawał się nam być długi jak, nie przymierzając, broda św. Szymona Słupnika. Jechaliśmy, jechaliśmy, jechaliśmy i dojechaliśmy do ostatniego etapu, podczas którego mieliśmy spędzić miło czas, wczasując się na kajakach.
fot. Aleksander Jasik
Powoli robiło się ciemno, padał to śnieg, to grad, a my zauroczeni cudowną aurą, wiosłowaliśmy, dygocząc sobie od czasu do czasu. Tak przy okazji warto wspomnieć, że dygotanie to jedna z rozrywek na rajdach AR. Jak sobie człowiek podygocze z zimna, to mu od razu cieplej. W końcu po 16 km wiosłowania dotarliśmy do upragnionej mety.
Podsumowując, pokonaliśmy jakieś 150 km biegnąc, jadąc rowerem, śmigając na rolkach i wiosłując. Całość zajęła nam 20 godzin i 21 minut + 3 godziny kary czasowej. Na 32 startujące teamy zajęliśmy odpowiednio 12 i 13 miejsce, a w swoich kategoriach Paula z Rafałem - 4 miejsce, zaś ja z Łukaszem uplasowaliśmy się na 9 pozycji.
Na zakończenie, jako Team Navigatoria, chcielibyśmy podziękować organizatorom za fantastycznie zorganizowaną imprezę, oraz wszystkim zespołom za wspólną walkę na trasie.
Strona organizatora: On-Sight Adventure Racing.
















Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.