wydarzenia - imprezy i szkolenia

+ dodaj

wiadomości

podziel się na Facebooku dodaj kanał RSS prześlij artykuł drukuj artykuł

Pojezierze Krajeńskie; weekend pełen atrakcji

DZIEŃ 1

Niestety, z tego co pamiętam, dzień ten zaczął się szaro, buro i ponuro. Pomimo nienajlepszych prognoz pogody miałem nadzieję, że "czarny scenariusz" się nie sprawdzi. Niestety, tym razem przeliczyłem się. Dokładnie jak w szwajcarskim zegarku od samego rana lało jak z cebra. Mozolnie i bez przekonania jadłem śniadanie, sam już nie wiedziałem czy wypuszczać się w ten deszcz, czy dać sobie spokój? W między czasie za oknem niemalże świata nie było widać. Zrobiło się prawie czarno. Z oddali słychać już było walące pioruny. Dlatego też, po prostu zrezygnowałem. Siadłem więc w fotelu i dla zabicia czasu wziąłem do ręki lokalną prasę.

Tym razem, to nie krzyżówka przyciągnęła moją uwagę, a artykuł odnośnie zaniedbanych zabytków w okolicach Sępólna Krajeńskiego, które prawie co roku mam przyjemność odwiedzać. Śledząc uważnie tekst, ucieszył mnie fakt, że jest nadzieja odrestaurowania pięknych dworów w Komierowie i Skarpie, które obecnie ledwo co trzymają się fundamentów. Sięgając pamięcią do rodzinnych opowieści, były to nie lada majątki, w których mój pradziadek był szefem orkiestry, a babcia za młodych lat grywała na pianinie. W pięknych salach spotykali się dostojni goście, a tańce i hulanki trwały do białego rana. Pomimo, iż po obu posiadłościach zostały tylko piękne opowieści, wierzę, że kiedyś doczekają się lepszych czasów.



Tak wspominając, trochę się rozmarzyłem i nawet nie spostrzegłem kiedy wybiło południe i za oknem zabłysły pierwsze promyki słońca. Pojawiła się iskierka nadziei, że uda mi się zrealizować mój plan. Tego dnia miałem zamiar trochę pokręcić się wokół Sępólna i Kamienia Krajeńskiego, lecz ze względu na niezbyt wysoką temperaturę powietrza, trasę nieco wydłużyłem.

Trasa pierwszego dnia wyglądała następująco: Sępólno Krajeńskie -Lutówko -Poręba -Mosiny -Człuchów -Chojnice -Nowy Dwór -Ogorzeliny -Obkas -Duża Cerkwica -Płocicz -Sępólno Krajeńskie. Dystans: 87km

Pomimo wyjazdu dopiero ok. 13-tej, tego dnia i tak zrobiłem najwięcej kilometrów. Ale nie one były dla mnie tak istotne, jak odwiedzone przeze mnie miejsca Krajny, zwanej również Pojezierzem Krajeńskim bądź Wysoczyzną Krajeńską. Pierwsze kilometry potraktowałem bardziej jako rozgrzewka i praktycznie do samego Człuchowa nigdzie się nie zatrzymywałem.


Krajna, o której wspomniałem, to kraina historyczna w Polsce pod względem historycznym będąca początkowo częścią Pomorza, w I poł. XII wieku przyłączona do państwa Polan, następnie do Państwa Zakonu Krzyżackiego. Obecnie należy do województw: kujawsko-pomorskiego (m.in. miasto Nakło), pomorskiego (Człuchów), wielkopolskiego (Złotów) i lubuskiego (Strzelce Krajeńskie). Od północy graniczy z Kaszubami, od wschodu z Borami Tucholskimi, a od południa z Wielkopolską. Zawarta między rzekami Dobrzynką i Kamionką (od północy), Notecią (od południa), Gwdą (od zachodu) i Brdą (od wschodu). ( Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Krajna )



Jak już wspominać o tym co mnie urzekło więcej czy mniej w drodze przez Krajnę, to zacznę właśnie od Człuchowa, gdzie na chwilę uwagi zasługuje górująca nad miastem wieża, która pozostała po ogromnym zamku. Wg informacji zdobytych na miejscu dowiedziałem się, że należał on do jednych z najpotężniejszych na Pojezierzu Pomorskim tuż po Malborku. Czy to prawda? Nie wiem ... Może był, może nie był, historykiem nie jestem i zagłębiać się w to nie będę, w końcu przewodnika nie piszę, a jedynie wspominam odwiedzone miejsca.

To co najbardziej interesowało mnie w Człuchowie, to sprawdzenie jak najdogodniejszego, a przede wszystkim bezpiecznego połączenia z Chojnicami, dlatego też skierowałem się nad jedno z czterech tutejszych jezior - Jezioro Rychnowskie, skąd odbiłem w stronę Chojnic. Na mojej mapie nic nie wskazywałoby na to, że natrafię tu na jakąś drogę, nie mniej jednak miałem nadzieję, że wzdłuż linii kolejowej znajdę jakąś ścieżkę, którą bezpiecznie dojadę do Chojnic. Muszę powiedzieć, że nie zawiodłem się, dokładnie niedaleko nasypu wiodła ścieżynka, może rzadko uczęszczana, ale z pewnością znacznie bezpieczniejsza niż szosa nr 22.



Chojnice już znałem z wcześniejszych odwiedzin, a jako, że nie specjalnie było ciepło, zatrzymałem się jedynie na rynku oraz przy słynnej Bramie Człuchowskiej. Chojnicka starówka, muszę przyznać szczerze, że została pięknie odrestaurowana, a kolorowe kamieniczki i neogotycki ratusz przykuwają oko swymi odważnymi barwami.

Z Chojnic udałem się z powrotem do Sępólna Krajeńskiego, lecz nie przez Zamarte i Kamień, którędy zwykle jeżdżę samochodem, a nieco rzadziej uczęszczaną drogą zahaczając po drodze o zabytki sakralne oraz dwa ciekawe jeziora rynnowe: Mochel i Brzuchowo.

Pierwszą wsią, w której zrobiłem mały postój była Duża Cerkwica. Tu kilka chwil poświęciłem na obejrzenie drewnianego kościółka św.Wojciecha o konstrukcji szkieletowej wybudowanego w 1833 r. oraz XIX-wiecznej dzwonnicy stojącej tuż obok. Kierując się na Kamień Krajeński przekroczyłem granicę Krajeńskiego Parku, na terenie którego występują liczne jeziora rynnowe i bagna, które dają początek dwunastu wypływającym z tego obszaru rzekom. Na terenie parku zarejestrowano 96 pomników przyrody w skład, których wchodzą 993 obiekty. Głównie należą do nich drzewa oraz głazy narzutowe; niektóre z nich miałem okazję ujrzeć na własne oczy.

Kolejny przystanek zrobiłem przy rynnie Jeziora Mochel (153 ha), ze swym stromym zboczem północno-wschodnim przechodzącym w Góry Obkaskie. Najwyższym a zarazem najpiękniejszym jego fragmentem jest Czarna Góra - 189 m n.p.m.- najwyższy pod względem wysokościowym punkt w województwie kujawsko - pomorskim, z którego rozciągają się przepiękne widoki. Warto było włożyć trochę wysiłku i wdrapać się na samą górę ;-)



Zaś Jezioro Brzuchowo, znacznie mniejsze od poprzedniego, ale równie malownicze zachęciło mnie do dłuższego postoju i kąpieli. Jako, że woda była niemalże cieplejsza niż temperatura powietrza, pozwoliłem sobie pobyczyć się do późnego popołudnia. Później omijając ruchliwą szosę udałem się do wsi Płocicz, skąd odbiłem do Sępólna Krajeńskiego zmierzając wg żółtych oznaczeń Szlaku Akademickiego. Ta śmieszna nazwa, została nadana przez studentów uczelni bydgoskich w trakcie trwania obozu szkoleniowego zorganizowanego przez ZG PTTK. To chyba najkrótszy szlak, którym miałem okazje kiedykolwiek podróżować. Wyznaczony na odcinku 6 km, wiedzie otwartym falistym terenem Pojezierza Krajeńskiego drogami polnymi z Sępólna Krajeńskiego przez Piaseczno do Płocicza.

Podsumowanie dnia 1

Pomimo nienajlepszej pogody udało mi się zobaczyć kilka zabytków architektury jak i tutejszej przyrody. W szczególności bardzo urzekły mnie wysokie brzegi Jeziora Mochel, tzw. Góry Obkaskie oraz malownicze drogi gruntowe nieopodal kolejnego jeziora rynnowego Brzuchowo. Chcąc ominąć ruchliwą drogę z Sępólna Krajeńskiego do Chojnic warto wybrać powyżej opisane przeze mnie rozwiązanie. Nie tylko będziemy mieli okazję kontemplować z przepiękną przyrodą Krajeńskiego Parku Krajobrazowego, jak również cieszyć się spokojem i zupełnym brakiem ruchu samochodowego. Z pewnością wybiorę się tędy w przyszłym roku zmierzając ku Borom Tucholskim, czy do Zaborskiego Parku Krajobrazowego.

DZIEŃ 2

Tym razem pozwoliłem sobie wstać nieco później, a na planowaną wycieczkę wybrałem się dopiero po południu, jak się nieco wypogodziło. Niestety tego dnia, deszczowo było niemalże przez cały dzień, co do południa sprzyjało suszeniu moich rowerowych butków.

Trasa, znacznie krótsza niż dnia poprzedniego, nie mniej jednak bogata w walory turystyczne: Sępólno Krajeńskie - Kawle - Więcbork - Runowo Krajeńskie -Zabartowo - Pęperzyn - Śmiłowo - Jastrzębiec - Wielowicz - Szynwałd - Sępólno Krajeńskie. Dystans: 52 km.



Tym razem podobnie jak dnia poprzedniego również starałem się jak najwięcej korzystać z dróg lokalnych bocznych oraz wszelkich szlaków turystycznych. Dlatego też mając do wyboru różne możliwości dostania się do Więcborka, wybrałem oczywiście wariant okrężny. Z Sępólna wydostałem się lokalną drogą asfaltową w kierunku wsi Kawle, a dalej przy pomocy kompasu na południowy-wschód do Wiecborka. Pokonując dość wyboistą a zarazem pagórkowatą drogę gruntową cieszyłem się rześkim, bo tuz po deszczu powietrzem. Krajobraz często się zmieniał, ze wzniesień snuły się piękne wiejskie krajobrazy, to pola, to pastwiska. Gdzieniegdzie zaobserwować można było hasające zające czy sarny.

Po tak sielankowej drodze dojechałem w końcu do Więcborka. Miasteczko, leży nad największym w gminie Jeziorem Więcborskim (o pow.210 ha). Co do turystyki i zwiedzania w Więcborku zachowały się zabytki architektury głównie sakralnej z końca XVIII, XIX i początku XX wieku, których zwiedzać specjalnie mi się nie chciało, dlatego też nie tracąc specjalnie czasu udałem się w kierunku Runowa Krajeńskiego, które było głównym celem mojej wycieczki.



Pierwsze wzmianki o Runowie Krajeńskim pochodzą z roku 1325, gdzie jako właścicieli wymienia się Cystersów Koronowskich z Byszewa. Na przełomie XVI i XVII wieku Jan Orzelski zbudował murowany, obszerny dwór renesansowy w miejsce dawnej budowli drewnianej. W 1860 r. dwór został przebudowany z inicjatywy ówczesnych właścicieli rodziny von Bethmann-Hollweg. W 1945 r. pałac został podpalony przez cofające się wojska niemieckie i zrujnowany ostatecznie w latach powojennych. Po wojnie posiadłość, aż do roku 1997, była własnością państwową.
Obecnie zespół pałacowo-parkowy w Runowie Krajeńskim znajduje się w rękach prywatnych i pewnie dzięki temu można powiedzieć jest jednym z najpiękniejszych zabytków romantycznej architektury renesansowej w całym powiecie. Kunsztownie odrestaurowany i luksusowo wyposażony kompleks hotelowo - restauracyjny, wraz z malowniczym 18 ha parkiem i jeziorem doskonale oddają klimat atmosfery pałacu z minionych wieków. Niepowtarzalne, luksusowe apartamenty, stylowo urządzone pokoje, wnętrza z zabytkowymi kominkami zapraszają do pobytu i organizowania bankietów, konferencji, koktajli, imprez plenerowych, galowych otwarć i prezentacji.
Drzewostan parku jest dobrze zachowany. W pobliżu ruin pałacu rośnie szereg ciekawych i cennych gatunków drzew. Drzewa parkowe zgrupowane są w swobodnych skupiskach o charakterze krajobrazowym oraz w alejach. Do najstarszych drzew wyjątkowo okazałych o walorach pomnikowych należą dwa dęby szypułkowe rosnące przy zachodniej granicy parku oraz klon sztrzępolistny - jedyny okaz w Polsce. ( Źródło: http://www.palacrunowo.pl/ )



Po niemalże godzinnym spacerze w Runowie Krajeńskim udałem się jeszcze bardziej na południowy-wschód podążając w kierunku Zabartowa i Pęperzyna. Na tym odcinku drogi zaczęło znowu się chmurzyć i jeszcze przed Pęperzynem złapała mnie nie mała ulewa, nie pozostawiając na mnie, żadnej suchej nitki ;-/ Po drodze specjalnie też nie było gdzie się schować, bo wokół jedynie pola i łąki, dlatego też kolejny postój zrobiłem dopiero w Śmiłowie przy dość okazałym Kościele pw.św.Małgorzaty P.M. i Matki Bożej Szkaplerznej i to też tylko na chwilę, gdyż tuz za mną podążała ogromna czarna chmura, z której dopiero co udało mi się wydostać.

Kolejna wieś z ciekawym zabytkiem, który przykuł moją uwagę na nieco dłużej był Wielowicz. Tu kolejny zabytek sakralny, który niestety mogłem obejrzeć jedynie z zewnątrz. Kościółek o którym mowa o konstrukcji szachulcowej, zwanej potocznie "pruską kratą" pochodzi z przełomu XVIII i XIX wieku.

Tego dnia pogoda nie była dla mnie łaskawa. Deszczowa chmura, która raz już mnie dopadła za Runowem Krajeńskim po raz kolejny dogoniła tuż po wizycie w Wielowiczu. O dziwo udało mi się wyjąć aparat i pstryknąć kilka pamiątek zanim po raz kolejny z nieba "wylano wodę". Dobrze, że moja wycieczka powoli dobiegała końca, a do celu, czyli Sępólna Krajeńskiego było jak "rzut beretem".

Podsumowanie dnia 2
Pomimo, iż tego dnia specjalnie nie rozstawałem się z kurtką przeciwdeszczową na wycieczkę narzekać nie będę. Trasa, którą wcześniej sobie opracowałem uważam za udaną. W szczególności podobały mi się ruiny zamku oraz zespół pałacowo-parkowy w Runowie Krajeńskim oraz kościółek "w kratkę" we wsi Wielowicz.



DZIEŃ 3

Dzień trzeci, czyli można by rzec, do trzech razy sztuka. O dziwo jak tylko wstałem nie padało. Ucieszyło mnie to, lecz nie na długo. Jak tylko wygramoliłem się z łóżka, znowu zaczęło padać. Brrrr.... Takie piękne było lato, a jak przyszło mi podróżować, to... ahhh szkoda gadać. Wkurzyło mnie to strasznie. Pomyślałem: "co tam, wczoraj i przed wczoraj dałem radę, to co, dziś nie dam?" Tak jak pomyślałem, tak ubrałem się i ruszyłem na podbój trzeciej trasy. Do mojego planu dorzuciłem jeszcze odwiedziny pałacu w Komierowie, który odwiedzam co roku. Lecz tego dnia moim celem głównym był test Szlaku "im. gen. Jakuba Komierowskiego" (oznaczonym kolorem niebieskim) wiodącym z Sępólna Kraj. przez Sikorz -Komierowo -Wałdówko -Olszewkę -Ciosek do Małej Klonii. Szlak poświęcony postaci Jakuba Komierowskiego, właściciela Krajenki, który za własne pieniądze wystawił pułk piechoty i zginął w bitwie stoczonej z pruskimi wojskami pod wsią Ostrowite w styczniu 1807 r. Szlak o długości 22 km. Prowadzi pięknymi starymi lasami, doliną rzeki Sępolny, przez obszar dawnych dóbr rodu Komierowskich. Oprócz szlaku koniecznie chciałem sprawdzić połączenie z innym szlakiem, którym to częściowo miałem wyruszyć w drogę powrotną do Gdańska, dnia następnego.



Niebieski szlak, który udało mi się znaleźć bez większego problemu początkowo wiódł szosą, jednak później odbił w drogę gruntową, którą dotarłem do Komierowa. Komierowo, o którym już nie raz wspominałem we wcześniejszych moich zapiskach, czy relacjach, to mała wieś w której znajduje się popadający w ruinę pałac. Zajechałem tam na chwilę, gdyż nie raz miałem okazję go zwiedzać, zarówno w wewnątrz jak i z zewnątrz. Niestety, tak jak przewidywałem, jego obecny wygląd jest w opłakanym stanie. Ale być może, z tego co wyczytałem z prasy krajeńskiej jest szansa na odratowanie tak pięknego zabytku.
Nie rozczulając się zbyt długo udałem się dalej, kurczowo śledząc niebieskie oznaczenia szlaku. Mijając liczne zapyziałe wsie szukałem dworów, o których naczytałem się w przewodniku. Niemniej jednak żadnego nie znalazłem, prócz rozpadającej się rudery we wsi Mała Klonia. Zmierzając dalej wzdłuż rzeki Sępolny, szlak to podchodził to schodził w wąskie wąwozy. Miejscami był ciężko przejezdny, miejscami też zupełnie znikał zamieniając się w tabliczki z napisem "teren prywatny". Ale specjalnie się tym nie przejmowałem, w końcu innej drogi nie było, a o powrocie nawet nie myślałem.



Za Małą Klonią pożegnałem się ze szlakiem i odbiłem w kierunku Pruszcza, gdzie zamierzałem sprawdzić część drogi powrotnej do Gdańska. Przynajmniej ten odcinek mnie nie zawiódł, a co lepsze pogoda się poprawiła. Jak tylko sprawdziłem to co najbardziej mnie interesowało, czyli początek Szlaku im. Leona Wyczółkowskiego, przyspieszyłem nieco tempo chcąc ostatnie popołudnie spędzić w rodzinnym domu nad jeziorem. Do Sępólna wróciłem bocznymi drogami asfaltowymi przez Wieszczyce, Krajenki i Pamiętowo, pokonując tego dnia zaledwie 43 km.

Podsumowanie
Dzień trzeci nie należał może do najbardziej ciekawych, niemniej jednak ucieszyła mnie kolejna wizyta w Komierowie. Szlak, który miałem okazję się przejechać chyba był nieco za krótki, 22 km, co to jest? Nawet nie zdążyłem się porządnie rozgrzać, a dobiłem do końca ;-/
Ogólnie podsumowując cały wyjazd muszę przyznać, że Pojezierze Kujawskie to dość bogaty pod względem turystyki region. Wcześniej bywając tu jedynie u rodziny nad Jeziorem Sępoleńskim, nie myślałem, że jest tak dużo ciekawych miejsc, godnych uwagi. W przyszłym roku z pewnością wybiorę się tu jeszcze raz i już wiem co będzie moim kolejnym celem. Z pewnością będę chciał objechać Zalew Koronowski, być może zwiedzę kujawskie zamki krzyżackie nad Wisłą...



DZIEŃ 4 (droga powrotna do Gdańska)

Jako, że w rodzinne strony zabrałem się samochodem, tak z powrotem planowałem wrócić o własnych siłach na rowerze. Na skróty, przez Bory Tucholskie i Kaszuby można spokojnie zrobić nieco ponad 160 km, jednak od dłuższego czasu chodziło mi po głowie przetestowanie odcinka wzdłuż Wisły i zahaczenie o Chełmno, Grudziądz oraz Nowe, których nigdy wcześniej nie miałem okazji zwiedzić. W prawdzie kilometraż znacznie się wydłużył, bo do 224 km, lecz i tak nie miałem zamiaru się poddać. W końcu już nie raz miałem okazję wybrać się na podobny dystans, tyle, że bez bagażu.

Los chciał, z jednej strony może i dobrze, że dzień w którym przyszło mi wracać do Gdańska zaczął się fatalnie. Jak tylko wstałem, jak myślicie, co ujrzałem za oknem? Czarny scenariusz znowu się powtórzył, pomimo, iż zapowiadali poprawę pogody. Niestety, wyboru nie miałem i pomimo chęci wskoczenia z powrotem pod kołdrę, postanowiłem ruszyć w trasę.

Na pierwszych kilometrach myślałem, że zasnę. Pomimo padającego deszczu jakoś nie mogłem się obudzić. Cały wcześniej przejechany szlak niebieski przejechałem jak przez wielkie bagno. Już na dzień dobry, niespełna po 20 km nie było na mnie suchej nitki. Po prostu rewelacja, a do Gdańska zostało tylko 10 razy tyle... ;-/ Tak psiocząc chyba ktoś mnie wysłuchał...



Jak tylko opuściłem Szlak Jakuba Komierowskiego i za Pruszczem wskoczyłem na kolejny im. Leona Wyczółkowskiego, zaczęło się wypogadzać. W końcu przestało padać, nie mniej jednak jadąc wąską leśną ścieżynką, trzymając się żółtych oznaczeń szlaku nie miałem szans wysuszenia przemoczonego wcześniej ubrania.

Wg informacji tucholskiego PTTK, Szlak im. Leona Wyczółkowskiego nie nadaje się do wycieczek rowerowych. Fakt, może jego początek jest dość trudny, lecz dalsza część? Bardzo przypomina nasz Szlak Trójmiejski wiodący licznymi wzniesieniami. Na 16 km, mamy do pokonania kilka stromych podjazdów i zjazdów, przewalone drzewo na wysokości Jeziora Koronowskiego oraz dobry kilometr jazdy nieczynną linią kolejową. Eeee, co to jest dla wprawionego turysty rowerowego? Pełny opis szlaku znajdziecie na stronie o Borach Tucholskich i szlakach, pod linkiem: http://www.bory.tucholskie.pl/bory/szlaki/szlaki.htm

Po 16 km w końcu wyjechałem na szosę. Bocznymi lokalnymi drogami asfaltowymi dostałem się nad samą Wisłę, skąd w oddali widać było pierwszy mój cel - Chełmno. W Chełmnie zamierzałem zrobić dłuższy odpoczynek, regenerując siły spacerem po starówce i wokół murów miejskich. Muszę przyznać, że będąc tu pierwszy raz, miasto bardzo przypadło mi do gustu. Malowniczo położone na zboczach doliny Wisły, nie przez przypadek zostało nazwane "Krakowem Północy". Oczywiście nie jest tak piękne jak Kraków, ale również ma swój niezapomniany klimat. Drepcząc po chełmińskiej starówce mogę powiedzieć, że miasto posiada imponujący zespół zabytków najwyższej klasy.



Jako, że specjalnie nie miałem możliwości zostawienia gdzieś roweru, a sam przemoknięty byłem jak kura zrezygnowałem ze zwiedzania monumentów sakralnych. Za to skusiłem się zobaczyć słynny renesansowy ratusz, gotycko-manierystyczną bramę miejską z prawie całkowicie zachowanymi gotyckimi murami miejskimi.

Wracając jednak do Ratusza Chełmińskiego, to jedna z pierwszych renesansowych budowli Pomorza. Został wzniesiony w latach 1567-1572 w miejscu wcześniejszego ratusza zbudowanego w stylu gotyckim około 1298 roku. Wieżę wybudowano w latach 1584-1596, a barokowy hełm wykonany przez Krzysztofa Wagnera z Gdańska, pochodzi z 1721 roku. Ratusz jest wolno stojącym budynkiem, usytuowanym nieco na południowy - zachód od środka rynku. Zbudowany jest na planie prostokąta o wymiarach 13,20 x 22,70 m., wysokości około 47 metrów. Obecnie w budynku znajduje się informacja turystyczna oraz Muzeum Ziemi Chełmińskiej, które wydaje mi się że warto zobaczyć, pomimo iż osobiście nie lubię tego typu muzeów. W Chełmie zagościłem ponad godzinę. Później wróciłem nad Wisłę skąd odbiłem w kierunku Grudziądza (jadąc prawym brzegiem Wisły). Tu pomimo, iż wcześniej ładnie się wypogodziło zaczęło potwornie wiać. Już chyba wolałbym, żeby z powrotem zaczął padać deszcz. Jazda pod wiatr, należy niestety do moich słabości ;-/ Pierwsze kilometry kręciłem niemalże z prędkością żółwia, jedynie co mnie cieszyło po drodze i na kilka chwil poprawiało humor to śmieszne nazwy mijanych miejscowości: Dolne i Górne Wymiary. Do Grudziądza jakoś się doturlałem...



W Grudziądzu drugi dłuższy postój. Tu chciałem zobaczyć przede wszystkim Rynek Główny, nadwiślańskie mury miejskie, które znam tylko z pocztówek oraz kilka innych zabytków, o których miałem tylko okazję słyszeć, jak brama wodna czy XVIII w. cytadela. Ciekawym również miejscem był plac przy którym zgromadzono kilkanaście różnych tablic tej samej nazwy ulicy "Grudziądzka", jednak plac wcale przy niej się nie znajduje, jak również w Grudziądzu nie ma takiej ulicy. Niestety mój odpoczynek zakłócił porywisty wiatr, który przywlekł ze sobą deszcz. Żeby dotrzeć do Gdańska przed zmrokiem postanowiłem wyruszyć nieco szybciej. W końcu zamierzałem jeszcze zatrzymać się w Nowych, a do celu zostało jeszcze raz tyle kilometrów co zrobiłem. Przemierzając grudziądzki most na Wiśle, pożegnałem się z miastem, po czym odbiłem na północ. Pogoda niestety nie była dla mnie łaskawa, i tak jak w drodze do Grudziądza zdążyłem trochę przeschnąć, tak teraz czułem się jakby z powrotem ktoś mi wylał wiadro wody na głowę ;-/

W drodze do Nowych oprócz beznadziejnej pogody złapał mnie mały skurcz w mięśniach i byłem nieco zwolnic tempo. Jednak w pewnym momencie ból nasilił się, dlatego też kilka kilometrów postanowiłem przespacerować. Tak sobie spacerując w jednej z mijanych wsi dostrzegłem piękny drewniany dom, przy którym postanowiłem zrobić przerwę, aż do momentu gdy z powrotem będę mógł wsiąść na rower. I jako, że przerwa ta przewlekła się nieco dłużej niż bym chciał, w Nowych zatrzymałem się jedynie na moment w celu zobaczenia panoramy na płynącą w dole Wisłę.



W Nowych postanowiłem również zmienić koncepcję trasy, gdyż porywisty wiatr świszczący prosto w twarz doprowadzał mnie do szału. Zamiast dalej kierować się na północ wzdłuż Wisły postanowiłem przeciąć Kociewie, by ostatecznie przez Żuławy dotrzeć do Gdańska. Po drodze zatrzymałem się jeszcze na przedmieściach Pelplina oraz przed zabytkowymi Mostami Tczewskimi, gdzie powoli zaczął zapadać zmrok.
Do Gdańska dotarłem ok.godz.21. Cała 224 km trasa pochłonęła mi prawie 14 godzin, licząc z postojami. Gdybym jechał samą szosą, z pewnością trasę ta pokonałbym znacznie szybciej, nie mniej jednak nie cierpię monotonii. Fakt, przeprawa z bagażami przez szlaki piesze nie zawsze była prosta, ale to akurat zaliczam do tych najlepszych wspomnień. Najgorszy odcinek, to jazda pod wiatr wzdłuż wału Wisły.

Pokonana trasa: Sępólno Krajeńskie - częściowo Szlak Jakuba Komierowskiego do Wałdówka -Bagienica -Pruszcz -szlak wzdłuż nieczynnej linii kolejowej przecinającej Zalew Koronowski - Bieniek -Świekatowo -Stążki -Różanna -Gruczno -Kosowo -Chełmno* - (prawy brzeg Wisły) Dolne i Górne Wymiary -Szynych -Grudziądz* -(lewy brzeg Wisły) -Dragacz -Mątawy -Tryl -Rybaki -Nowe* -Twarda Góra -Frąca -Gapica -Majewo -Nowa Cerkiew -Pelplin -Rajkowy -Subkowy -Tczew -Koźliny - Krzywe Koło -Suchy Dąb -Grabiny Zameczek -Wiślina -Przejazdowo -Gdańsk (* -miejscowości, którym poświęciłem więcej uwagi).

Prócz podanych linków, źródłem dodatkowych informacji turystycznych zawartych w mojej relacji jest przewodnik turystyczny: "Kujawsko-pomorskie dla każdego", wydany przez Apeiron (ISBN 83-919091-1-5).

Autor relacji i zdjęć: Krzysztof Kochanowicz
Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Tytuł:
Treść:
Autor:
E-mail (opcjonalny):
Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Opinie (razem: 22)

Dodaj opinię

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.